Wieża sztuk

Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Twórczość własna naszych forumowiczów

Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez abigail » 22 kwi 2013, o 23:23

Bernadeta nas nie oszukała








W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie>>.
Ewangelia według świętego Tomasza 10,21

W ostatnich dniach - mówi Bóg - wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało, i będą prorokowali synowie wasi i córki wasze, młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, a starcy - sny.
Dzieje Apostolskie 2,17

I Ta Grota – dlaczego?


Projekt tej książki i pragnienie jej napisania towarzyszy mi od kilkudziesięciu lat. Jednakże pomimo upływu czasu i nagromadzonej dokumentacji, właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek, czuję jak bardzo słuszne było stwierdzenie pewnego doświadczonego badacza i autora: „Pisania książki się nie kończy, pisanie książki się przerywa”.
Są takie książki, które bardziej niż inne, wymagają podjęcia decyzji o przerwaniu poszukiwań i zmuszeniu się do spisania tego, co dotychczas ustalono. I może rzeczywiście, pierwszym dowodem na prawdziwość osiemnastu objawień z Lourdes i szczerości jedynego ich świadka – jak uznałem po latach – jest właśnie owa niemożność wyczerpania tematu. Zaskakujące, zważywszy, że u początku badawczej drogi mogło się wydawać, że to po prostu zwykła bajka: „U stóp gór, żyła sobie raz uboga dziewczynka, która poszła wzdłuż strumienia zbierać chrust. Nagle, w grocie, której wejście przesłaniał krzak róży, ujrzała uśmiechniętą, piękną panią…”. Złudzenie, że szybko uda się uporać z tematem, u poważnego badacza rozwiewa się w miarę jak coraz bardziej pochłaniają go poszukiwania, które wydają się nie mieć końca. Winnym w tym względzie jest też fakt, iż archiwa dotyczące tej sprawy są niezwykle obszerne, a bibliografia - i ta nagromadzona przez ponad półtora wieku, i ta powstająca na bieżąco we wszystkich językach - jest bezkresna.
Teologowie mają swoje powiedzenie ukazujące tajemnicę badań dotyczących Maryi, Matki Jezusa, o której w Ewangeliach zapisano zaledwie kilka zdań, a w Dziejach Apostolskich raptem jedno - w listach św. Pawła, gdzie wspomina on o „niewieście”, nie podając nawet jej imienia. Jakaż to skromna i mizerna podstawa.... A jednak zbudowano na niej wielki gmach, który wciąż rośnie. A rośnie bynajmniej nie ponad miarę – jak mógłby pomyśleć ktoś, kto tak naprawdę go nie zna. To konstrukcja logiczna i bardzo solidna. To cała dyscyplina wiedzy zwana „mariologią”. I tak oto teologowie powiadają: „De Maria numquam satis” – o Maryi nigdy nie powie się i nie uda się powiedzieć wystarczająco wiele. Czasami, odkrywając wciąż nowe - pomimo rozlicznych badań - aspekty i nowe szczegóły dotyczące tej skromnej mieszkanki prowincji, zmarłej w wieku zaledwie 35 lat, a także o jej współczesnych, chciałoby się – pół żartem, lecz równie poważnie – sparafrazować powyższe powiedzenie i rzec: „De Berndardina numquam satis” [O Bernadecie nigdy dosyć]. Ta niewyczerpywalność tematu ma także swoje znaczenie - jeśli rację miał Chesterton twierdząc, że jak św. Franciszek jest odbiciem Jezusa, tak św. Bernadeta z Lourdes jest odbiciem Maryi.
Tak czy inaczej, nieuchronna starość (nie zapominam Psalmu 90, aktualnego do dziś, pomimo naszych iluzorycznych nadziei związanych z cudotwórczą medycyną) narzuca bezlitosny kalendarz, zmuszający mnie do przerwania przygotowań i przystąpienia do redakcji tego pierwszego tomu. Piszę „pierwszego”, gdyż po tak długiej pracy, ilość zgromadzonej dokumentacji mogłaby zniechęcić najbardziej zagorzałego czytelnika. Na kolejnych stronach podaję więc to, co uznałem za najistotniejsze w poszukiwaniach prawdy (to mój jedyny cel) o tej, której wątłe ramiona niedożywionej i chorowitej nastolatki utrzymują kolosalny ciężar największego centrum pielgrzymek w dziejach chrześcijaństwa. Mamy tylko jej własne świadectwo. To właśnie mogłoby oznaczać pozorną kruchość objawień z Lourdes, a tymczasem jest dowodem ich siły, zgodnie z paradoksami jakich pełna jest Ewangelia.
W drugim tomie, który ukarze się w następnej kolejności – Deo adiuvante [Bóg wspomożyciel] - chciałbym rozszerzyć rozważania o kontekst wydarzeń w Grocie i tajemnicy przeżytych tam objawień. Wiele jest bowiem przedziwnych zbiegów okoliczności (a dla wierzącego – znaków Opatrzności) - co do miejsc, dat, symboli i znaczeń. Zadawałem sobie rozliczne pytania: dlaczego w tej skalnej niszy ukazała się Maryja - a nie sam Jezus? Dlaczego spośród tylu Imion wybrała „Niepokalaną”? Dlaczego właśnie w tym miejscu zwanym Lourdes? Dlaczego właśnie wtedy? Czy to prawda, że miejsce to od wieków było predestynowane do takich wydarzeń? Co powiedzieć o innych objawieniach, które wydają się zapowiadać objawienia z Lourdes i o tych, które są jakby jego kontynuacją i dopełnieniem? W drugiej książce spróbuję nakreślić pewne próby odpowiedzi – o ile czasu i sił wystarczy, by przejść od gotowego już w dużej mierze materiału do jego spisania. Z pokorą daną tym, którzy wiedzą, iż dotykają Tajemnicy, której można ewentualnie zakreślić kontury, lecz nigdy nie da się jej odkryć całkowicie.
Myślę, że zalążek tych dwóch tekstów pojawił się w mym umyśle, chociaż w sposób, którego nie byłem wtedy świadomy, na początku jakże odległego 1958 roku. Byłem wtedy uczniem jak najbardziej laickiego liceum, w mieście wielkich świętych, ale też groźnych demonów – w Turynie. To miasto, w którym przechowywany jest sławny Całun, ma także istotny związek z Lourdes. Związek, z którego wielu turyńczyków nie zdaje sobie sprawy. Kiedy zbliżało się stulecie objawień, właśnie w 1958 roku, o którym mowa, biskup Tarbes zdecydował o usunięciu z groty Massabielle wszelkich dodatków - kul i innych wotyw związanych z cudownymi uzdrowieniami - aby przywrócić temu miejscu jego pierwotny wygląd. Kazał on usunąć również kratę, zamykającą wejście do groty, na której odcisnęło się przez cały wiek dziesiątki milionów rąk pielgrzymów którzy tam modlili się i błagali o uzdrowienie. Ta drogocenna krata, wykuta przez kowali z Pirenejów, to żelazo, które było świadkiem wszelkich możliwych cierpień, nadziei i uzdrowień duchowych i fizycznych, spogląda od dziesiątków lat na Turyn ze wzgórza Kapucyńskiego otaczając figurę Niepokalanej, odlaną w brązie specjalnie z tej okazji. Spośród wszystkich miast, które o tę właśnie kratę prosiły, biskup Lourdes wybrał właśnie Turyn. Wpływ na tę decyzję, jak sądzę, miał fakt, iż coroczna pielgrzymka pracowników Fiata (organizowana, lecz nie opłacana przez koncern, którym kierował wtedy jawny i zatwardziały mason Vittorio Valletta) była jedną z najliczniejszych, najbardziej zdyscyplinowanych i najbardziej żarliwych.
Na wybór Turynu jako odbiorcy daru miało wpływ również i to, że w tym właśnie mieście ks. Bosco i jego współbracia święci, których w Turynie nie brakowało, oddali się kultowi maryjnemu dokładnie w czasie krótkiego życia Bernadety, witając entuzjastycznie ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym poczęciu. Ponadto święci ci, czy to w parafialnych kaplicach, czy to w hospicjach, czy w fundowanych i prowadzonych szpitalach, powtarzali słuchającym ich tłumom o wydarzeniach w grocie Massabielle, dając w ten sposób początek coraz szerszemu zainteresowaniu Lourdes. Dzięki temu pielgrzymi z Włoch od dawna stanowią w Lourdes najliczniejszą grupę narodowościową, oczywiście zaraz po Francuzach, chociaż niekiedy przybywają liczniej nawet niż ci ostatni. Także w rejestrze 67 osób uznanych oficjalnie za cudownie uzdrowione, zaraz po Francuzach, znajdziemy najwięcej Włochów.
Na próżno Mussolini, chcąc podporządkować swojej władzy także i kult religijny, utrudniał pielgrzymowanie do stóp Pirenejów bojkotując słynne „białe wagony” dla chorych i starał się skierować wiernych wyłącznie do włoskich sanktuariów. Marna polityka. Jeśli do Bernadety Zjawiona mówiła nie po francusku, dumnym języku „cesarstwa”, lecz w mało znanym dialekcie pirenejskiej doliny, może czyniła tak również i po to, by przestrzec przed niebezpieczeństwem owego nacjonalizmu, który doprowadził do znanych i wyniszczających wojen. Wysiłki duce okazały się oczywiście daremne. Nie zmniejszyły miłości Włochów do pielgrzymkowych ośrodków na Półwyspie Apenińskim, ale i tak Lourdes pozostało i stawało się coraz częściej, najchętniej wybieranym celem pielgrzymek naszych rodaków. Prawie zawsze zapominają oni, że Najświętsza Panna, przed którą modlą się w grocie Massabielle, figura przedstawiana na milionach wysyłanych przez nich widokówek, ta przesławna Madonna w białej szacie z błękitnym pasem – pochodzi z właśnie z Włoch. Jej autor -Józef Fabisch, lyoński artysta polskiego pochodzenia - zażyczył sobie do jej wykonania najlepszego spośród marmurów dostępnych na świecie i wybrał ten najczystszy – karraryjski. Odpowiedni blok został wycięty specjalnie dla niego w toskańskim kamieniołomie, z którego korzystali Michał Anioł, Bernini i Canova. Przyznam, że za każdym razem gdy odwiedzam Grotę w tłumie wiernych, odczuwam pewną dumę z faktu, że oto włoski marmur jest wielbiony na każdym kontynencie. Nie jest to w żadnym razie objaw nacjonalizmu. Bowiem jak nam niestrudzenie przypominał pierwszy słowiański papież: należy szanować i respektować wszystkie narody, ale można, co więcej - należy - kochać własny. Sam Jezus płakał widząc przyszłą ruinę swojego narodu - Izraela.
Wracając do początku roku 1958: 16 kwietnia miałem skończyć 17 lat. W kalendarzach, jakie wtedy miałem, podawano, iż jest to dzień Św. Lamberta – męczennika. Nie wiedziałem kim był i – szczerze mówiąc – niewiele mnie to obchodziło. Jedyni bogowie, jacy mnie interesowali, to ci z Olimpu, ze względu na mą pilną naukę łaciny i greki oraz lekturę klasyków w tych językach. Nie przyszło mi do głowy (i żaden profesor mi o tym nie wspomniał), że także i nowy testament spisany został w grece, choć w rzeczy samej – literacko słabej. Myśli moje błądziły chętnie wokół Olimpu, a nie Synaju czy góry Tabor, czy jeszcze gorzej – Golgoty. Te trzy ostatnie wzbudzały mój sprzeciw, choć raczej powierzchowny, jak to u agnostyka (bo to bardziej eleganckie niż wulgarny ateusz). Uznawałem je za początek religio execrabilis (wg słów wielkich starożytnych filozofów) -kultu ukrzyżowania, będącego według mnie jedną z przyczyn upadku wielkiego Imperium.
Tak więc nie wiedziałem i nie chciałem wiedzieć kim był męczennik Lambert. Zresztą, gdybym nawet chciał – zbyt wiele bym się nie dowiedział. Bowiem nie wiadomo o nim prawie nic. Wiadomo jedynie, iż jego ciało zostało złożone w bazylice Św. Enkratydy, obok ciał 18 męczenników z czasów prześladowań Dioklecjana, w sławnym rzymskim mieście Cezarei, które później zwano po arabsku Zaragoza – nam znanym jako Saragossa.
Co ciekawe, wiele lat później napisałem pierwszą włoską książkę poświęconą temu, co Aragończycy zwą El Gran Milagro . W 1640 roku w mieście Calanda (w diecezji Saragossa) od ponad dwóch wieków widniała odpowiedź na szydercze słowa Emila Zoli wypowiedziane w Grocie w Lourdes, w której wieszano laski i kule cudownie uzdrowionych - owe wotywa, o których już wcześniej wspomniałem, a które usunięte zostały w 1958 roku. Ten prekursor naturalizmu w literaturze, który udał się na miejsce, by przygotować książkę o Lourdes, o której jeszcze wielokrotnie będę wspominał, powiedział: „Widzę wiele kul, ale nie widzę żadnej drewnianej nogi!”. Miało to znaczyć, że dopiero odrośnięcie amputowanej części ciała byłoby prawdziwym cudem, takim, któremu zaprzeczyć nie sposób i który każdego by przekonał.
Cóż, chociaż ja sam byłem bardzo sceptyczny (działanie Boga nigdy nie jest tak oczywiste, a to dlatego, by chronić naszą wolność uwierzenia lub nie; światło zawsze miesza się z cieniem, ulubioną formą chrześcijańskiego Boga jest światłocień) - to jednak liczne podróże do Aragonii i cierpliwe wizyty w starych archiwach i bibliotekach, zmusiły mnie do kapitulacji. Istniejąca dokumentacja zmusza historyka – o ile nie chce zanegować bardzo licznych i wiarygodnych źródeł – do przyznania, że naprawdę w Calanda noga odrosła po kilku latach od jej amputacji. Tych, którzy oskarżą mnie o naiwność lub niebezpieczne halucynacje – polecam lekturę tamtej mojej książki. Tutaj pragnę nadmienić, że „Wielki Cud” miał miejsce za wstawiennictwem Virgen del Pilar – Madonny z Pilastro, czczonej jako patronka Saragossy, gdzie wzniesiono jedno z Jej najbardziej imponujących sanktuariów w Europie. Tak więc – w przedziwny sposób – mój los został związany z miastem, w którym męczeńską śmierć poniósł ów nieznany Lambert, wskazany w kalendarzu w dniu 16 kwietnia - dniu moich narodzin.
Dość późno natomiast odkryłem, że ów wiosenny dzień był także dies Natalis – jak tradycja katolicka nazywa dzień śmierci, a więc narodzenia do życia wiecznego – wizjonerki z Lourdes, świętej Bernadety Soubirous, która w życiu konsakrowanym przyjęła imię Marie Bernard. Co więcej, sprawdzając w „uniwersalnym kalendarzu” dowiedziałem się, że 16 kwietnia w 1879 roku, gdy odeszła do lepszego świata, wypadał w środę po Wielkiej Nocy. Dokładnie tak samo, jak w przypadku 16 kwietnia „mojego” roku. Kiedy Benedykt XVI był jeszcze kardynałem Josephem Ratzningerem, widywaliśmy się czasami z uwagi na fakt, że pisaliśmy razem „raport w sprawie wiary”, który nie przeszedł niezauważony. Nasze poglądy na aktualny stan Kościoła były bardzo podobne. Pewnego dnia, przy stole, skorzystałem z rozluźnionej atmosfery i Jego poczucia humoru, by żartobliwie mu dokuczyć: „16 kwietnia, dzień urodzin kardynała” – powiedziałem- „był bardzo ważnym dniem – Wielką Sobotą. Ale nie pokrywa się tak dokładnie jak w moim przypadku z dniem, w którym Bernadeta przeniosła się do świata, gdzie według obietnicy Niepokalanej, miała być nareszcie szczęśliwa”. Kardynał, ze swym pobłażliwym uśmiechem wielkiego czciciela Lourdes (pielgrzymka do tego sanktuarium była jedną z jego pierwszych podróży papieskich, a przez dwa dni mówił o nim piętnaście razy, często improwizując i z widocznym wzruszeniem) przyznał, że o tym nie wiedział i zgodził się, że otrzymałem wspaniałe „wyróżnienie”, za które powinienem być wdzięczny. Staram się wyrazić moją wdzięczność między innymi pisząc tę książkę.
Powróćmy więc jeszcze raz do roku 1958. Pamiętam bardzo dobrze, jak w starej księgarni w centrum (jej stałym klientem był Nietszche, który – o zgrozo! - tylko w Turynie czuł się jak w domu) przeglądałem nowości na stołach. Moją uwagę przykuła wtedy książka zatytułowana Cento anni di miracoli a Lourdes (Sto lat cudów w Lourdes). Autor – Michel Agnellet, wedlug noty bibliograficznej na okładce, był wiernym katolikiem, znanym we Francji pisarzem i dziennikarzem. Włoskim wydawcą był ten sam, który opublikował niniejszą książkę – Mondadori. Byłem zdumiony, ponieważ w owych czasach istniało silne rozróżnienie między wydawnictwami laickimi i katolickimi. Laickie wydawnictwa nie odkryły wtedy jeszcze, że czytelnicy zainteresowani kwestiami religijnymi stanowią znaczną i silną grupę – są więc warci uwagi z komercyjnego punktu widzenia. Książka o Lourdes, napisana przez wierzącego, na dodatek o wyraźnym apologetycznym charakterze, ze wstępem owego wielkiego „papisty” - Daniela Ropsa , w owym czasie mogła być wyłącznie specjalnością Wydawnictwa Paulinów lub innych wydawnictw wyznaniowych, które miały (jeszcze od czasów antyklerykalnego Risorgimenta ) własną sieć księgarń, skądinąd mnie samemu podówczas nieznaną. Zdumiało mnie, że Mondadori umieściło tego typu książkę w swoim katalogu. Owszem znałem je jako wydawnictwo kulturalne i ekumeniczne - lecz nie sądziłem, że aż do tego stopnia, by publikować teksty broniące wyraźnie cudów i objawień. W istocie, czytając informacje na obwolucie, zrozumiałem powód takiego przekroczenia granic, jakże niezwykłego w owych czasach. Otóż rok 1958 był setną rocznicą objawień i bardzo wiele mówiło się o Lourdes, także poza kręgami kościelnymi. Dlatego to właśnie, Arnoldo - ten genialny i uważny stary lis, wtedy jeszcze w pełni sił - wyczuł okazję wykorzystania masowego wydarzenia. I tak „cuda” z Groty zabłądziły na laickie stoły ulubionej księgarni proroka „śmierci boga”, który bywał w niej właśnie wtedy, gdy pisał swojego „Antychrysta” – nie wiadomo: bardziej okropnego czy groteskowego.
Oczywiście nie kupiłem książki o Lourdes. Moje finanse jako studenta były bardzo skromne i nie mogły być uszczuplane z powodu tego rodzaju tekstów, jak dla mnie mało atrakcyjnych. Okładka tej książki była tylko niespodziewanym błyskiem, jednakże na tyle zaskakującym, że zapamiętałem ją do dziś. Wobec niewielkiej wiedzy jaką posiadałem, Lourdes nadal było dla mnie odstręczającym miejscem, polem cudów, gdzie współistniały choroby w terminalnym stadium, przesąd, chciwy i bezczelny handel, spocone księżyska oprowadzające swe parafialne pielgrzymki i kicz kościołów udających średniowieczne, wśród triumfu fałszywego romantyzmu i gotyku. Po prostu świat katolickiej subkultury. Najgorsza rzecz dla tej, która sama siebie zwie kulturą wysoką, a w której nie bez dumy właśnie się kształciłem.
Ale kara, wcześniej czy później (prawie zawsze) nadchodzi. I tak też stało się z moim konformizmem młodzieńca wykształconego w pewnych kwestiach, a w innych ignoranta, z moim laicyzmem turyńskiego wykształciucha wychowanego w surowych (i powściągliwie eleganckich) „cnotach obywatelskich” przez Mistrzów wyłącznie i obowiązkowo „laickich, demokratycznych i antyfaszystowskich”, jak głosiła kanoniczna litania. Mistrzów, którzy jako livre de chevet zalecali nam, uczniom, jakby to była Biblia – Konstytucję Republiki, a jako lekturę duchową teksty Gramsciego i Gobettiego - podalpejskich dioskurów, istnych Kosmę i Damiana czczonych przy Mole Antonelliana –
Tak więc pokarany został mój młodzieńczy konformizm liberała, do tego stopnia, że w połowie lat ’90 tych, po opublikowaniu wywiadu-rzeki z Janem Pawłem II, ówczesny biskup Tarbes i Lourdes poprosił mnie bym przeprowadził się pod Pireneje, wynajął tam dom i poprowadził biuro prasowe sanktuarium oraz ogólnie zajął się jego relacjami zewnętrznymi. Nie byłaby to synekura. Lourdes nadal jest sensacją. Nadal, jak u swych początków, dla jednych stanowi stolicę Ducha, a dla innych - wstydliwą zarazę, którą należałoby wyeliminować. Dochodzi nawet, jeszcze i dzisiaj, do interpelacji poselskich – jak za czasów Belle Époque, z zapytaniami do rządu francuskiego dlaczego nie zamknie sanktuariów, gdyż są one zagrożeniem dla zdrowia publicznego (ze względu na baseny i skupisko tak licznych chorych na małej przestrzeni), a także narzędziem żerowania na ludzkiej łatwowierności. Właśnie kiedy piszę te słowa, brytyjska państwowa instytucja ochrony konsumentów przed nieuczciwą reklamą – Advertising Standards Authority – interweniowała przeciwko grupie katolickiej, która podejmuje się modlić za chorych. Jest to bowiem, wg Authority, „nadużycie propagandowe, nielegalne i nieodpowiedzialne, ponieważ rodzi złudne nadzieje”. Rząd odpowiedział na tę interpelację, iż równie dobrze mógłby wystąpić przeciwko stowarzyszeniu Kościoła Wielkiej Brytanii, który od ponad wieku wysyła do Lourdes chorych nakłaniając ich do wiary, że mogą zostać uzdrowieni. Nie warto dociekać - warto zrozumieć. Mówiąc z francuska tout se tient – z pewnych przesłanek, nasza kultura może wyciągnąć tylko określone wnioski.
Ale jest to także dobry znak. To, co wynika ze słów Bernadety nie pozostawia obojętnym, lecz wywołuje - i mam nadzieję wywoływać będzie zawsze - żywe reakcje. Reakcje, które prowadzą nawet do przemocy. Za naszych czasów pod Grotą wybuchła bomba, która miała zniszczyć figurę z karraryjskiego marmuru. Święci, zgodnie, powiadają, że sprzeciwy są znakiem działania Boga, którego Syn do budził sprzeciw do tego stopnia, że powieszono go na krzyżu. Wciąż aktualne jest ostrzeżenie: „Jeśli wszyscy przyznają ci rację, gdy mówisz jako chrześcijanin – zastanów się gdzie się pomyliłeś”.
Wracając do mojej planowanej przeprowadzki do budynku biurowego w pobliżu Groty: propozycja wyszła ode mnie, na nieśmiałą prośbę biskup odpowiedział natychmiast z takim przekonaniem, że utwierdziłem się w tym postanowieniu. Projekt jednak nie doszedł do skutku z różnych przyczyn, niezależnych od woli biskupa i mojej.
Nim tam dotarłem, na próg Bureau de Presse (Biura Prasowego), napisałem o Bernadecie scenariusz, zaprowadziłem ekipę filmową do tych miejsc, a nawet odegrałem rolę kronikarza w Aqueró – filmie dokumentalnym dla trzeciego programu Rai. Film, dzięki doświadczonemu reżyserowi Vittorio Nevano, został doceniony i otrzymał Prix Italia, najwyższą nagrodę (jak mi mówiono) w dziedzinie produkcji radiowo-telewizyjnych. Na potwierdzenie mojej znajomości tamtych miejsc, pewnego lutego, w okresie kiedy sklepy i hotele są zamknięte, na zaproszenie biskupa (następcy tego, który proponował mi przeprowadzenie się) zostałem wprowadzony w krąg mieszkańców Lourdes, jakbym był miejscowym i przemawiałem do nich po mszy w kościele parafialnym, a była to parafia księdza Peyramale - proboszcza Bernadety.
W międzyczasie zostałem admiratorem, potem przyjacielem, a jeszcze później współpracownikiem legendarnego ojca René Laurentina, największego znawcę tych wydarzeń, niestrudzonego i rygorystycznego wykładowcy uniwersyteckiego, który swego czasu w Lourdes poświęcił ich bohaterom dziesiątki lat pracy i dziesiątki książek. Nikt, kto chciałby się wypowiadać na ten temat ze znajomością rzeczy nie może pominąć jego długich, wytrwałych i imponujących badań.

W tym miejscu, raz na zawsze, trzeba podać ważne wyjaśnienie. Otóż przed badaniami tego francuskiego naukowca opowiadano historie o „tajnych archiwach”, w których zamknięte pozostają dokumenty niszczycielskie dla Kościoła i dla tych, którzy traktując poważnie jego słowa udają się naiwnie z pielgrzymką do Lourdes. Emil Zola, napotkawszy na trudności ze względu na krytykę jego książki, bowiem sprawy miały się inaczej niż on w niej opowiadał, mimo iż przedstawiał ją jako livre vérité (historię prawdziwą) - groził: „Niech ci księża zamilkną, jeśli chcą uniknąć gorszego losu! Wiem jeszcze wiele więcej niż napisałem! Istnieją teczki z przerażającą zawartością pozostające w ukryciu, które prędzej czy później ujrzą światło dzienne!”. Był to jedynie wybuch kogoś, kto pragnie ominąć oskarżenia o manipulowanie faktami. W rzeczywistości owe ukryte archiwa nigdy nie zostały odnalezione z jednego prostego powodu: nigdy nie istniały i nie istnieją. Wszystko, dokładnie wszystko, co zostało napisane o początkach sanktuarium - ujrzało światło dzienne, także – jeśli nie przede wszystkim – w wyniku chwalebnego trudu owego francuskiego księdza-badacza, który, gdy piszę te słowa, w wieku 95 lat, choć już niewidomy, nadal, nieustraszenie, prowadzi swoje badania. Badania, które tak często - dzięki Bogu - są „niepoprawne teologicznie”, gdyż dotyczą spraw (w tym objawień maryjnych), których jego współbracia teologowie unikają z odrazą.
Jeśli jakieś archiwum, lub jego część, jest nie do odnalezienia, to dlatego, że miało zniknąć, ale z powodów dokładnie odwrotnych od tych jakie zakładają różni „dociekliwi”, przedstawiający Lourdes jako oszustwo. Dokumenty te dotyczyły w rzeczywistości funkcjonariuszy lub innych notabli, którzy nie chcieli, by pozostał ślad po ich zatwardziałości, a nawet krzywdach wyrządzonych wizjonerce, a także manipulacjach i sztuczkach dokonywanych w celu zaprzeczenia, że wydarzenia te są po ludzku niewytłumaczalne. Dalszy bieg historii wykazał jak bardzo się mylili. Ta, którą oskarżali o halucynacje została uznana przez Kościół niczym mniej niż ambasadorem Najświętszej Panny, a Grota zamieniła się w ogromne sanktuarium. Lepiej było ukryć zapisy tego zawstydzającego braku profesjonalizmu.
Prawie wszyscy funkcjonariusze państwowi, którzy na miejscu mieli do czynienia z Bernadetą, byli - przynajmniej formalnie - katolikami. A jednak traktowali ją jak umysłowo chorą, bo niepojęte było dla nich, by Królowa Niebios do ukazania się wybrała tak mało znaczącą, niepiśmienną i mizerną osobę. Byli przekonani (i początkowo duchowni również podzielali ich zdanie), że działają powodowani poszanowaniem religii i w obronie jej godności. Natomiast nie byli katolikami, co więcej byli członkami Loży Masońskiej, a więc zagorzałymi antyklerykałami – ministrowie Kultu, Spraw Wewnętrznych i Sprawiedliwości, którzy z Paryża pociągali za sznurki. Sam Napoleon III należał do masonerii i był gwałtownym bezbożnikiem. W pierwszej połowie swego życia, jako konspirator, rewolucjonista i terrorysta, uczestniczył między innymi w ruchach powstańczych w roku 1831 na terenie Państwa Kościelnego, wymierzonych przeciwko „papieskiej tyranii”. Jego dość przychylne traktowanie Lourdes (wydał rozkaz ponownego otwarcia zakratowanej poprzednio Groty i zezwolił na budowę „kaplicy”, o którą prosiła Najświętsza Panna) wynikało z kalkulacji politycznej i miało na celu udobruchanie katolików. Ci jednak, już rok później zwrócili się przeciwko niemu w związku z interwencją we Włoszech u boku Piemontu tych „świętokradców” Wiktora Emanuela II i Cavoura. Ale cesarska pobłażliwość inspirowana była nie tylko polityką, lecz także uczuciami rodzinnymi. Jego żona, Hiszpanka, piękna i żarliwa katoliczka Eugenia de Montijo, gdy jej syn zachorował, na wakacjach z dala od domu, w Biarritz, wysłała guwernantkę, aby nabrała wody z cudownego źródła w Grocie. Wody, która zresztą okazała się naprawdę błogosławiona, bowiem dziecko natychmiast wyzdrowiało. To właśnie Maryi-Pani Pirenejów cesarzowa przypisywała ratunek także i wtedy, gdy w roku 1870 nastąpiła katastrofa i jej małżonek został uwięziony przez wojska pruskie a canaille - ten zwykły motłoch żądny krwi we wszystkich rewolucjach, wdarł się do Tuileries , by zgładzić cesarzową i jej uzdrowionego przez źródło z Groty – syna. Prawdziwym cudem donnie Eugenii udało się zbiec i dotrzeć do Anglii, gdzie odnalazła swojego męża. W ogrodzie willi, na przedmieściach Londynu, gdzie zamieszkali jako wygnańcy, była cesarzowa umieściła kopię figury z Massabielle.
Wracając do archiwów, zniknęły właśnie te, które tworzyli przeciwnicy, a ich zniknięcie dowodzi prawdziwości objawień z Lourdes, a nie oszustwa. Gdyby miały zostać odnalezione (historia zna i takie zaskakujące wypadki), to z pewnością nie katolicy mieliby kłopot. Mieliby go raczej intelektualni spadkobiercy – jeśli takowi jeszcze istnieją – pewnego Zoli, który, by wymazać ciążące na nim oskarżenia, groził „wyciągnięciem ukrytych kart”.
Ksiądz René Laurentin i ja postanowiliśmy spotkać się w Rzymie - on w drodze powrotnej z Paryża, ja z Mediolanu - kiedy, decyzją kardynała Ratzingera, otwarto archiwum byłego Świętego Oficjum. I uzyskaliśmy potwierdzenie (obaj już wiedzieliśmy jak się rzeczy miały) znajdując pustą kopertę z opisem „Lourdes”. Była w niej jedynie maleńka karteczka dotycząca dyskusji o prawach autorskich między Henri Lasserrem – autorem pierwszego i największego bestsellera dotyczącego objawień, a ojcem Rémi Sempé, budowniczym i dyrektorem sanktuarium. Nędzne głupstwa, których nigdy nie brakuje tam, gdzie są ludzie. Uzyskaliśmy więc dowód, że Rzym nigdy nie powinien był zajmować się tymi objawieniami, tak wielka była ich „jaskrawa oczywistość” - jak to skonstatował w swym Brewe Pius IX. Skądinąd to ja właśnie byłem tłumaczem na język włoski dzieł Laurentina, a często pisałem do nich wstępu. Podobnie jak w przypadku innych badaczy tych wydarzeń. Dbałem bowiem by w mojej bibliotece temu tematowi poświęcony był bardzo szeroki dział.
Opowiadam o tych sprawach (a wiele innych jeszcze mógłbym dodać), by potwierdzić, że Lourdes, które pojawiło się w moim życiu przypadkowo i nawet przy niejakiej odrazie w mojej wczesnej młodości, było w nim zawsze obecne także i w późniejszych latach. Również – i to ważne – jako cel pielgrzymek, bywało, że jako ochotniczy przewodnik grup. A także jako miejsce dłuższego pobytu, kiedy wynajmowałem sobie mieszkanie w jego okolicach. Ale Lourdes było też zawsze obecne jako przedmiot moich badań, gdyż uznałem za obowiązek (który nierzadko był przyjemnością) zagłębienie się w nieskończonej bibliografii dotyczącej tego tematu. Ta bibliografia, jak już wspominałem, stale rośnie – aktualnie także w sieci, w internecie. Wpisując w wyszukiwarkę „Lourdes” otrzymamy ponad sto pięć milionów adresów stron. Imponująca liczba, która stale rośnie; szczególnie jeśli wykorzystamy francuską wyszukiwarkę. Napisano na ten temat bardzo wiele, może aż nazbyt wiele, w tym sensie, że wiele z tekstów się powtarza, czasem są to teksty niedokładne lub niewolne od sentymentalizmu – może i usprawiedliwionego dla niektórych wiernych, ale jednak szkodliwego, ze względu na bajkowy charakter jakim są naznaczone. Bernadeta i jej historia nie mają nic wspólnego z Królewną Śnieżką, Czerwonym Kapturkiem i Kopciuszkiem i nie jest to ani „ozłocona legenda”, ani też średniowieczne „kwiatki”. Jest jednak bardzo wiele innych pozycji, bardzo interesujących i godnych nie tylko przeczytania, ale i głębszych studiów. Ich autorom należy być wdzięcznym – i ja osobiście jestem.
Lecz skoro tak, to po co pisać kolejną książkę?

Tym, którzy zadawali mi to właśnie pytanie w ostatnich latach, odpowiadałem: „Ponieważ chciałem przypomnieć, że w Lourdes otrzymaliśmy wielki dar – solidny uchwyt, opatrznościowy punkt oparcia. Uchwyt? Tak! Punkt oparcia, do którego możemy się wspiąć, my, którzy zwiemy się chrześcijanami, my którzy jak ojciec dziecka-epileptyka z ewangelii św. Marka wołamy: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu” (Mk 9,24). Uchwyt, którego mogą trzymać się mocno, ci, którzy pną się w górę, lecz także i ci, którzy się wahają, wątpią, poszukują. Wsparcie pomagające w wierze. Oparcie tym cenniejsze dziś, kiedy to właśnie wiara staje się coraz słabsza, aż do wyginięcia.
Dzisiejszy kryzys Kościoła nie jest spowodowany, jak sądzili posoborowi kontestatorzy, brakiem reform instytucji kościelnych, liturgii, etyki. Takie podejście jest w istocie jedynie pewną klerykalną deformacją, przecenianiem instytucjonalnej struktury, zatrzymywaniem się na powierzchni muszli, skrywającej perłę. To, co jak bramińską mantrę powtarzają siwiejący katolicy „kontestujący” – należy już do przeszłości. Od dziesiątek lat, jeśli nie wieków, wspólnoty protestanckie, powstałe w łonie XVI-wiecznej Reformacji, mają o wiele więcej niż się żąda od Rzymu. Mają to wszystko i jeszcze więcej. Zgodziły się na każdy intelektualny konformizm danej chwili i nie wydaje się, by to wszystko miało wystarczyć. Do tego stopnia, iż gorączkowo odwołują się do ideologii stopniowo popadających w hegemonię. Ograniczając się do spojrzenia na ostatnie stulecie: na początku – liberalizm historyczny, potem – socjalizm, następnie nacjonalizm (o tak! Większość niemieckich luteranów – poza szlachetnymi wyjątkami – odnalazła się znakomicie w Reichs Kirke z jego tezami o aryjskości Chrystusa i odrzuceniu Starego Testamentu), później marksizm i wreszcie radykalny liberalizm … w oczekiwaniu na nową modę prowizorycznie większościowego konformizmu. A jednak wspólnoty te są w stanie jeszcze gorszym niż wspólnota Katolicka. Liczba ich wiernych praktykujących jest bardzo skromna. Na przykład anglikanie, którzy po pięciu wiekach zjadliwej nienawiści wobec papiestwa, proszą o schronienie u papieża wobec rosnącej perspektywy rozkładu wizji chrześcijańskiej spowodowanego przez niewolnicze podejście hierarchii tego kościoła wobec „tego świata” - w negatywnym rozumieniu jego znaczenia podanego przez Chrystusa. Pozostali przy życiu spadkobiercy dawnej Reformacji mają teologów zajmujących katedry uniwersyteckie (w Niemczech i w innych krajach nordyckich, gdzie władze państwa utrzymały wydziały teologiczne na publicznych uczelniach), lecz brakuje im wiernych i coraz bardziej oddają pola nowym protestantom, evangelicals, zielonoświątkowcom, charyzmatykom, którzy oskarżają swe źródłowe wspólnoty: luteranów, kalwinów i anglikanów o nadmierne uchylenie drzwi owemu „światu” właśnie.

Oczywiście także Kościół Katolicki jest semper reformanda - ,,stale się reformujący”. Ale reformie podlega naczynie, ziemska instytucja, a nie Tajemnica, której ta struktura ma służyć. To, co najcenniejsze, to nie muszla – o której wspomniałem – a która może być niegodna - ale perła, którą skrywa w swym wnętrzu. Tą perłą, tym najwyższym darem od którego wszystko pochodzi jest wiara. Każda reforma chrześcijańska wymaga ciągłości z przeszłością i przede wszystkim musi kierować się silną i zawsze obecną perspektywą wiary. Cytując Benedykta XVI: „Serce Kościoła nie jest tam, gdzie się organizuje i reformuje, lecz tam gdzie się modli”. Czyli tam, gdzie się prawdziwie wierzy. Sama aktywność nie implikuje wiary. Modlitwa – tak. Prius – fundament, który jest podstawą wszystkiego, to ufność wolna od wszelkiego wahania w prawdziwość Ewangelii. A Lourdes może być, dziś jeszcze silniej niż kiedykolwiek, podporą, jak to pisałem powyżej, której można się uchwycić, kiedy wiara (co przecież ludzkie i co przewidział sam Chrystus) poddana zostaje próbie wątpliwości, a duchowe wyjałowienie zajmuje miejsce żarliwości. Lourdes nie jest abstrakcją, jest historycznie poświadczonym faktem, który to fakt historia może odtworzyć dzięki obszernej dokumentacji. Dochodząc – po przeanalizowaniu wszystkich świadectw – do pogodzenia się z paradoksem. Podobnie rzecz ma się z samym Chrystusem jako postacią historyczną. W pewnym momencie badań sam rozum uznaje, że, aby zrozumieć, musi pozostawić przestrzeń dla Tajemnicy. Trzeba pozwolić zaistnieć temu, co zaprzecza racjonalnemu oglądowi i wykracza poza rozum.
Z niespodziewanej przyczyny książka ta ukazuje się właśnie w październiku 2012 roku, tj. na początku Roku Wiary ogłoszonego przez Benedykta XVI z okazji 50-tej rocznicy rozpoczęcia prac Soboru Watykańskiego II. Papież we wstępnym motu proprio przypomina: „Zdarza się nawet, że chrześcijanie troszczą się już wyłącznie o skutki społeczne, kulturalne i polityczne wiary, myśląc o niej jakby była czymś oczywistym i raz na zawsze danym”. Jednakże – przestrzega papież Ratzinger „nie tylko nie jest już prawdziwe założenie wiary jako trwałej, lecz co więcej zakładanie wiary jako takiej – jest złudzeniem”. Jaki sens ma dodawanie przymiotnika „chrześcijański” lub „katolicki” do dowolnego aspektu życia, myśli, zaangażowania w świecie, jeśli nie wierzy się już, że chrześcijaństwo i jego interpretacja, którą nazywamy katolicką – są „prawdą”? Jeśli wiara gaśnie lub zostaje umieszczona jako tło, jako jedynie stara tradycja, przed którą należy owszem formalnie chylić czoła, lecz nie stanowi już ona zasady wszechrzeczy. Cóż, jeśli tak się dzieje, wszystko to, co zwiemy „katolickim” – z samym Kościołem, jako ludzką instytucją włącznie – jest tylko pustym pudełkiem opatrzonym mylącą etykietą.

Nie jest to tylko naiwna i prostacka apologetyka. Wystarczą elementarne zasady logiki, by pojąć, że jeśli Bernadeta dobrowolnie nas nie oszukała (i jeśli sama niechcący siebie nie oszukiwała) , jeśli, to co się wydarzyło w Lourdes jest „prawdą”, to tekst Credo i to właśnie ten wypowiadany z perspektywy katolickiej – jest „prawdą”. A więc Bóg istnieje. Jezus jest Chrystusem przez niego posłanym. Kościół, którym kieruje papież jest strażnikiem i gwarantem tej prawdy. Czyż to nie sama Niepokalana poleciła wizjonerce: „Idźcie i powiedzcie księżom…” Czy to nie Ona trzymała w rękach różaniec, który od wieków jest symbolem katolickiej wiary? Czyż to nie Najświętsza Panna wybrała dni, w których się ukazywała, zgodnie z kalendarzem liturgicznym Kościoła – jak to już wkrótce przeczytamy? Czyż to nie Ona chciała, by powstało sanktuarium i by odbywały się tam procesje prowadzone przez księży? Czy to nie Ona nalegała na pokutę i modlitwę za grzeszników, potwierdzając tym samym teologię „obcowania świętych”, będącą centralnym punktem katolickiej teologii?
Jean Guitton, który, podobnie jak René Laurentin, był moim mistrzem (kolejny dar Opatrzności, na który muszę odpowiedzieć) podkreślał, że Lourdes potwierdza wiarę i przypominał – choć był wyznawcą ekumenizmu – że znajdujemy w nim wyraźnie tekst katolickiego Credo. W swej wspaniałej książce o Maryi, która o mały włos nie znalazła się na Indeksie Ksiąg Zakazanych Kościoła przedsoborowego, a to tylko dzięki obronie Giovanni Battista Montiniego, przyjaciela i admiratora autora tejże – Guitton pisze: „Kto pragnie badać prawdziwość Lourdes musi uzbroić się w wyjątkową ostrożność. Gra idzie tu o wielką stawkę. Jeśli bowiem objawienia te są autentyczne, zmuszają, z niezwykłą siłą i niepodważalną logiką do uwierzenia w Boga w Trójcy Jedynego, w Jezusa Chrystusa – Mesjasza, Boga i człowieka jednocześnie, w Kościół jakiego chciał Chrystus i przez niego kierowanego za pośrednictwem rzymskich papieży. Jeśli są prawdziwe, to objawienia te, jako dane biednej i niepiśmiennej Bernadecie - potwierdzają prawdę Ewangelii i zarazem potwierdzają prawdziwość troistej katolickiej struktury - dogmatu, władzy i kultu”.
Ten otwarty na dialog katolik w każdym calu, a zarazem członek najbardziej laickiej z laickich Académie Française dodaje: „Tak więc przyjęcie tego, co Zjawiona nazywa Niepokalanym Poczęciem, z którym się identyfikuje, oznacza przyjęcie – jako nieodpartej konsekwencji: boskiego macierzyństwa, boskości Jezusa i Trójcy Świętej. Oznacza także przyznanie, iż teologiczne rozważania pod przewodnictwem biskupa Rzymu są prawdziwe. A także, że zgodny z wolą Boga jest dogmat ogłoszony w roku 1854 przez Piusa IX. Jest to ten sam papież, który, wraz z Soborem, chciał, by ogłoszony został dogmat gwałtownie odrzucony przez wielu w łonie samego chrześcijaństwa – tj. dogmat o nieomylności papieża, kiedy wypowiada on się oficjalnie o kwestiach wiary i moralności”. Guitton dodaje jeszcze, podkreślając logiczne konsekwencje, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi: „Uznanie prawdziwości Lourdes oznacza także przyjęcie jako prawdziwych i potwierdzonych przez Ducha Bożego: ludowych form kultu katolickiego, kultu figur i kaplic, a także życia konsekrowanego jakie wybrała Bernadeta, wspartego na regule zatwierdzonej przez Kościół jako pewnej drodze osiągnięcia zbawienia, pielgrzymek, procesji i cudów.”
Takie są fundamenty treści, które chcę przedstawić w tej książce. Jeśli Bernadeta nas nie oszukiwała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje się też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. Jeśli mała i młodziutka Demoiselle (Panienka - przyp. tłum.), zeszła z Nieba i naprawdę zjawiła się w owej grocie, będącej częstym miejscem schronienia dla świń z Lourdes, Katolickość otrzymała pewnego rodzaju odnowione boskie imprimatur , nie tylko w zakresie teologicznym, ale także jako pewien rodzaj religijności, a nawet jej konkretnej organizacji.
Si Lapurdium verum est, vera sunt cetera omnia Sanctai Romanae Ecclesiae. (Lapurdium, co warto wyjaśnić jest łacińską nazwą Lourdes, uświęconą kościelną praktyką Rocznicy Pontyfikatu).
Ta Grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym, podarowanym wierzącym, by mogli się go uchwycić w tym dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne „izmy”, wszelkie inne ideologie post chrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej. Wiary, która, na kształt wielkich koncentrycznych kół, krąży wokół Boga, Chrystusa i Kościoła. Już rok po dacie tych objawień, w roku 1859, Karol Darwin opublikuje swoje dzieło „O pochodzeniu gatunków” – tekst, na którym (zresztą wbrew intencjom autora) wspierać się będzie „naukowe” podważanie Boga jako Stwórcy. W tym samym zaś roku, w którym oficjalnie potwierdzona została prawdziwość objawień – 1862 – Ernest Renan opublikuje Życie Jezusa, która to książka zachwieje u wielu wiarą w prawdę Ewangelii oraz w Boską naturę Chrystusa. Rok później, kiedy Bernadeta wstąpiła do klasztoru, w roku 1867, Karol Marx opublikował Kapitał, który w Kościele katolickim upatrywał głównego bastionu, jaki należy obalić, by pokonać zaprzedanie Niebu mas ludowych.
I właśnie wtedy, w jakże odpowiednim momencie, nad tym właśnie gave-potokiem, darowana została nam ochronna tarcza i mocarne antidotum, które dziś stają się tym bardziej cenne wobec ataków, wobec upadku wielu bastionów wiary, ginących także i na skutek rejterady tych, którzy mieli obowiązek ich bronić.

Ktoś może powiedzieć: „ależ mówimy tu tylko o >>jednym<< objawieniu. Czyż nie zbyt wielką wagę do niego przywiązujemy?”. Pierwszą odpowiedzią, która jest jedynie wstępem do wyjaśnień, jakie padną w dalszymi ciągu - jest: ależ to właśnie dlatego takie niespodziewane zdarzenia nas spotykają! Są darem od szczodrego Boga, który dając nam wszystko, co potrzebne, by uznać Jego istnienie i Go czcić, (oczywiście w kontekście ludzkiej wolności, bo to Bóg, który proponuje a nie narzuca), dodał jeszcze i tę pomoc naszej słabnącej wierze i zwątpieniu, które zawsze nam zagrażają.
Objawienia (Jezusa, czasami świętych i - najliczniejsze - Matki Boskiej) towarzyszące nam w każdym wieku historii Kościoła są przezeń traktowane, w przypadku oficjalnego uznania, jako ,,objawienia prywatne”. Są całkowicie bezinteresowne, nie są same w sobie konieczne, mogłoby ich nie być, gdyż powinno nam wystarczyć ,,Objawienie publiczne” zawarte w Piśmie Świętym. Niczego nie dodają i nie mogą dodawać do tego Objawienia. Co więcej, gdyby ktoś, nawet pośród efektów specjalnych jak grzmoty, błyskawice, cuda i proroctwa, chciał coś dodać, ująć, zmienić choćby o jotę Stary i Nowy Testament, twierdząc, że zostało mu to objawione z Nieba, byłby to z pewnością oszust jeśli nie wysłannik Ciemności.
Objawienia mają jedno zadanie: zwracać uwagę wierzących na nauki Ewangelii, o których zapominamy lub które mają szczególne znaczenie w określonych, trudnych momentach historycznych. Matka Boża, objawiając się, nieustannie powtarza swoje słowa wypowiedziane w Kanie Galilejskiej: ,,róbcie to, co Wam powi”. W pewnej książce, kilka lat temu, próbowałem zrekonstruować coś na kształt ,,maryjnego kalendarza” i zauważyłem - przede wszystkim - ku mojemu wielkiemu zdziwieniu - że w każdym trudnym, jeśli nie dramatycznym, momencie historii Matka Boska ukazuje się, by pocieszać lub budzić wierzących. Widzieliśmy to także w okolicy roku 1858 w objawieniach z Lourdes i zobaczyliśmy, że był to właśnie odpowiedni moment, aby udzielić wsparcia wiernym. Istnieje pewnego rodzaju ukryta (choć niezupełnie) ,,równoległa historia”, w której każdemu etapowi dziejów towarzyszy dyskretnie ta druga historia. Historia, w której Dziewica Maryja pełni rolę powierzoną Jej przez Syna na krzyżu. Rolę matki wszystkich ludzi i towarzyszki w godzinie próby.
Objawienia mają w Kościele wielkie i stale rosnące znaczenie duszpasterskie. Wydaje się to paradoksem - choć bynajmniej nie jest - że dziś im bardziej pustoszeją parafie, tym tłumniej odwiedzane są sanktuaria. Szczególnie sanktuaria maryjne. Nawiązując do naszego tematu: w posoborowym débâcle (rozprężeniu - przyp. tłum.) Kościoła francuskiego, kiedy spadały wszystkie inne wskaźniki ,,katolickości” - napływ wiernych do Lourdes stale rósł. I nadal rośnie. Tak działo się zresztą w całym świecie katolickim. Do tego stopnia, iż niektórzy zakładają, że nadzwyczajna sieć sanktuariów oplatająca Europę a także obie Ameryki, zwłaszcza Amerykę Południową, może stać się ,,redutą”, ,,szańcem”, w którym wiara broni się w oczekiwaniu na lepsze czasy.
Jednakże objawienia mają skromny status oficjalny, ustalony w XVIII wieku przez arcybiskupa Bolonii, Prospera Lambertiniego, późniejszego papieża Benedykta XIV. Niektórzy twierdzą, że papież ten boleśnie odczuł oświeceniowy klimat, tym bardziej, gdy Wolter, tworząc dzieło przeciwko fanatyzmowi - który na pierwszym miejscu widział w Kościele katolickim, określanym przez niego słowami infâme (haniebny - przyp. tłum.) i do écraser (zgniecenia - przyp. tłum.) - napisał, dla niepoznaki, Mahometa, którego zadedykował właśnie Benedyktowi XIV. Ten zaś przyjął dedykację, choć następnie odrzucił ją, na skutek protestów i oburzenia katolików, szczególnie francuskich. Faktem jest, że swego rodzaju minimalizm w traktowaniu objawień, zwłaszcza maryjnych, wydaje się nosić pewne ślady oświeceniowego racjonalizmu.
Dyscyplina kościelna traktująca o tego rodzaju wydarzeniach (zasadniczo niezmieniona w głównych liniach od czasów papieża Lambertiniego, jedynie nieco uaktualniona w dokumentach ostatnich dwóch papieży) zupełnie słusznie wyraźnie odróżnia Objawienie publiczne - zawarte w Piśmie Świętym i zakończone w momencie śmierci ostatniego z apostołów - od objawień prywatnych, które nawet jeśli są uznawane przez Kościół, nie stanowią części ,,depositum fidei” (,,depozytu wiary”), a wierzący mają prawo zarówno przyjmować je jak i odrzucić. Przy uznawaniu tych wydarzeń Kościół nie angażuje swej nieomylności, a jedynie dozwala i reguluje kult, tak, by nadzorować jego zgodność z ortodoksyjnym nauczaniem i wykluczyć powstawanie jakiekolwiek zabobonu. A jednocześnie raduje się z owoców duchowych wywodzących się z tych wydarzeń z pokolenia na pokolenie.



Mam nadzieję, że o "więciej" nie będziesz już prosić...
Obiecałam - to dałam. Bo obietnic dotrzymuję...


A, że jest tego jeszcze ponad 200 stron .. w ten deseń... nie pytaj mnie już i nie proś o Więcej - Cudo, Cudności Moja :) :)
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381

Reklama

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez Cudo_Tyłeczek » 23 kwi 2013, o 06:39

Buuuuuuuuuu - ale ja chciałam w "oryginale"!!! Żeby nieść pomoc!!!:)))
o tak jak tu o:
http://www.wykop.pl/link/585861/stuhr-t ... na-wersja/
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?
Avatar użytkownika
Cudo_Tyłeczek żeńska
Matka Ojca
 
Posty: 10005
Lokalizacja: Joli Bord
Reputacja: 6439

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez abigail » 24 kwi 2013, o 15:07

:clap: :clap: :clap: Cudoż Ty Moje!

Dzięki..

Ale, bo widzisz... ja, po 20 latach praktyki i...
/dobra, już się nie bendem chwalić publikacjami literackimi z czasów studenckich w krakowskim, za Czumy jeszcze, 'Przekroju'/

- jakoś sobie radzę.. walczę tylko z czasem.. i mentalnym oporem wobec stwierdzeń typu: >>bez dzieła Darwina "O powstawaniu Gatunków" nie byłoby Hitlera i pieców w Oświęcimiu"... oraz innym stylistyczno-merytorycznym skandalom.. i na to się żalę...
Ale jak pragniesz wyzwań.. napisz mi przypis do "apotów" ;) - Będę wredna - już mam go gotowy, ale może będziesz mieć frajdę z poszukiwań ;)
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez Cudo_Tyłeczek » 24 kwi 2013, o 15:27

Ja bardzo chętnie, jeno nie widzę "apotów" w tekście?
a chciałabym?:)
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?
Avatar użytkownika
Cudo_Tyłeczek żeńska
Matka Ojca
 
Posty: 10005
Lokalizacja: Joli Bord
Reputacja: 6439

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez abigail » 24 kwi 2013, o 17:18

Ależ proszęż uprzejmię:

"Impertinente, appunto, come ha voluto autodefinirsi anche Odifreddi sin dal titolo di uno di quei suoi libri dove si
propone di dimostrare che lui fa parte del club degli àpoti, di quelli che non la bevono, quando si tratta di religioni.

chociaż muszę szczerze przyznać, że zamiast mi pomóc.. dodałaś mi "roboty" - bo musiałam to znaleźć...
Jestem już paręnaście stron dalej, i "apotów" - przypisałam, przypisem ;)

Co niczego nie zmienia w mojej miłości do Ciebie, jako - wrażliwej na me twórcze męki:) :) dzięki :clap:
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez Cudo_Tyłeczek » 24 kwi 2013, o 18:35

apoti to ten wyraz, którego pan nadużywa? :)))

"Impertynenci! fiata punto pcham na Wolumen, auto z definicji od Alfreda, o ja!, pitolą o uno, że nie dowiezie... Proponuję demonstrację, w zaparte w klub, a potem w dekiel na Bemowo, składak od Traka i od Dżoni.":)))

(trochę nie w stylu Sthura, ale starałam się oddać melodykę języka ;)))
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?
Avatar użytkownika
Cudo_Tyłeczek żeńska
Matka Ojca
 
Posty: 10005
Lokalizacja: Joli Bord
Reputacja: 6439

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez abigail » 24 kwi 2013, o 19:06

:roll: ... no.. prawie ci się .. udało...
:roll: - ale.. poważnie: nic lepszego ci wujek nie wypluł? ;) bo przypis ma dotyczyć połowy XIX wieku, a padre Agnielli był wtedy jednak ciut jakby w pieluchac... ;)
Ostatnio edytowano 24 kwi 2013, o 19:10 przez abigail, łącznie edytowano 1 raz
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez Cudo_Tyłeczek » 24 kwi 2013, o 19:09

nie googlałam:) poszłam w melodykę:)
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?
Avatar użytkownika
Cudo_Tyłeczek żeńska
Matka Ojca
 
Posty: 10005
Lokalizacja: Joli Bord
Reputacja: 6439

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez abigail » 24 kwi 2013, o 19:11

..hmm - to dobrze jednak, że nie liczyłam zbyt poważnie na Twą pomoc w mych trudach ;) ;) ;) - oczywiście nadal podziwiam i wdźnięcznam za .. dobrą wolę ;)
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez Cudo_Tyłeczek » 24 kwi 2013, o 19:23

Noż to ja cały czas powtarzałam, że będziem tłumaczyć, jak młody Sthur:)
taka gra :)
a że pan jest "Impertynentem" od tytułu swej książki albo innych artykułów, to "daj mu, Panie Boże, a mnie nie odbieraj" - chce być odstępcą, wolna wola i skrzypce (ale bez wiary i religii chrześcijańskiej by się skichał, nie miał by od czego odstępować, tadam! Musi mieć podstawę, bazę, fundament, od którego musi się odbić, nie? podskoczil a oberwal ;)
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?
Avatar użytkownika
Cudo_Tyłeczek żeńska
Matka Ojca
 
Posty: 10005
Lokalizacja: Joli Bord
Reputacja: 6439

Re: Prosim o więcej:)... to dla Ciebie Cudo!

Postprzez abigail » 24 kwi 2013, o 19:26

Bóg Ci /w dzieciach/ zapłać Cudo, za sugestie! Jakżesz cenne.. jeśli się jednak od jutra przez tydzień nie odezwę, to tylko dlatego, że jeszcze 200 stron muszę oprawić w przypisy... a to zbyt mało czasu, żeby móc uwzględnić wszystkie Twe - jakże cudne - sugestie ;) :) cmmmmmmmmmmok
P.S. Pomijając ten drobiazg, że jako bezrobotna, nie chciałabym stracić dobrej reputacji u wydawnictwa, które już drugi raz doceniło moje męki twórcze ;) :)
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381


Powrót do Wieża sztuk

Igor uśmiechnął się promiennie. Nareszcie! Cała ta uprzejmość działała mu już na werwy. On czekał na obłąkane rozkazy. Dla nich każdy Igor się rodził (a w pewnym zakresie był budowany). Wykrzyczany rozkaz, by zrobić coś wątpliwego moralnie, o nieprzewidywalnych konsekwencjach? Fłodkie!

Świat finansjery, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron