Jak byłam mała znosiłam też różne takie wróblowate, jeże, żaby, zaskrońce itp.
Miałam lepszy kontakt z kocią piwniczną, niż z rówieśnikami

Potem miałam dwie sunie, cudne mieszańce - jedna jamnika i kanapy, druga bestia 13-ta w miocie mix wyżła i dalmatyńczyka.
No ale potem trzeba było pójść w świat i nie dało rady kontynuować tradycji.
No może nie do końca, odbierałam poród suni koleżanki i resuscytowałam szczeniaka nr 4, bo ona już nie dała rady się nim zająć, pierwszy miot, widać, że tatuś był dużo większy. Koleżanka zostawiła mnie na stancji w takiej sytuacji, sama poszła do... kościoła

Jak się udało szczeniaczka doprowadzić do pierwszego oddechu - pobeczałam się, a po wszystkim jak już leżały w kojcu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, na bezczelniaka, wychlałam im z barku brandy:)))
Potem zabawna była sytuacja jak sunia przyniosła mi przy kolejnej wizycie wszystkie szczeniaki po kolei pod nogi:)
Śmiałam się, że mi je wszystkie przedstawiła.
Co do napisów dolnych, hmmm, to ja powoli i pomału coś tam pewnie jakoś tam:)kiedyś:)