samozabójstwo
W powietrzu unosiła się mgła tak gęsta, że gdyby temperatura spadła choćby odrobinę poniżej zera, wszystko, łącznie z czasem stanęłoby w miejscu. Radek szedł niby w transie. Nie patrzył pod nogi, nie zwracał uwagi czy idzie traktem, czy brnie przez wysokie trawy, potykał się co chwilę, ale jakimś dziwnym sposobem wciąż utrzymywał równowagę. Wokół panowała dziwna cisza. Wiatr nie kołysał gałęziami, nie odezwała się ani sowa, ani żadne inne stworzenie korzystające zwykle z pełni księżyca. Myślami zatopiony był w sobie, zbyt głęboko by nadświadomie odczuwać że wciąż podąża za nim czyjś nie tylko wzrok.
Wreszcie zatrzymał się. Przed nim była nieduża polana, a on stał pod drzewem wręcz idealnym. Nieco powyżej wyciągniętej ręki była gałąź. Znakomita wysokość nie wymagająca zbyt dużo wysiłku by się nań podciągnąć, bo przecież tak naprawdę wybierał się w długą podróż (choć wielu byłoby innego zdania), a każdy wolałby u startu być raczej wypoczęty. Wystarczała jednak aby mógł wyciągnąć się w całej swej długości nie dosięgając ziemi palcami ni piętami, co mogłoby poważnie zakłócić porządek jego zaplanowanych działań powodując jakby utknięcie w „martwym” (to chyba niezbyt dobre słowo) punkcie, „zawieszenie” (to chyba dość trafne określenie) w przestrzeni jakby wpół kroku, nie przebrnąwszy do kolejnego węzełka na cienkiej drodze życia… hmmm – podróży raczej.
Przystanął zatem pod drzewem, zdjął z ramienia gruby sznur, sprawnie zawinął na nim pętlę konsekwentnie sprawdzając czy węzeł jest właściwy, choć gdyby się zastanowić, jeśli jest właściwy to sprawdzić można to tylko raz, ale to w zasadzie powinno wystarczyć, po czym przerzucił sznur przez gałąź.
Postać poruszyła się niepewnie kilka kroków za nim, po czym cicho chrząknęła. Nie doczekała się reakcji.
- Musi być w cholernie złym nastroju. – mruknęła sama do siebie. – Zwykle już po drodze rozglądają się nerwowo czując czyjąś obecność. Nigdy jeszcze nie widziałam go w takim stanie. Może być trudno. Chociaż… On mnie też jeszcze nie widział w takiej postaci. - Uśmiechnęła się sama do siebie, po czym zrobiła jeszcze kilka kroków, by stanąć tuż za pechowym samozabójcą. Ten właśnie owinął jeden koniec sznura kilka razy wokół gałęzi i podciągnął się na niej próbując wcelować głową w pętlę. Postać prawą dłoń położyła mu na ramieniu, a gestem lewej uniosła pętlę wyżej. Radek zajęty swoimi myślami nie poczuł nawet dotyku i wciąż próbował trafić w uprząż, po czym pozwolił osłabionym z wysiłku rękom odpocząć zeskakując na ziemię. Dopiero teraz zobaczył że nie jest sam.
- Kim jesteś i czego chcesz? – warknął.
- Chcę Ci powiedzieć, że jeszcze za wcześnie. – Wcale nie usłyszał odpowiedzi, lub do niego nie dotarła, więc ciągnął:
- Jeśli zamierzasz mnie zabić, nie musisz się trudzić. Usiądź i poczekaj, a za chwilę będę wystarczająco martwy, byś mogła sprawdzić że nie mam przy sobie Dutków, ani kosztowności. – Słowa wyprzedziły jego myśli, bo choć jeszcze do niego nie dotarło, zaiste przed nim stała kobieta.
- Zapewniam Cię, że masz coś cennego, co prędzej czy później oddasz w moje ręce, ale nie powinno to stać się jeszcze dziś. Ostatecznie jednak zadecydujesz sam.
Przyjrzał się. Kobieta. Ideał. Chyba blond włosy, o ile mógł stwierdzić przy słabym nocnym świetle, długie, odziana była w krótką białą suknię długości zaledwie do kolan, nogi miała bielsze od rąk, co sugerowało raczej białe pończoszki niż jasną karnację i stała boso. A za plecami widniały skrzydła. Suknia była tak cienka, że gdyby przyjrzał się uważniej, lub w innym świetle, dostrzegłby przebijające się przez materiał wdzięczne piersiątka ze sterczącymi sutkami. I ta nienaturalnie wąziutka kibić…
- Ktoś za jedna? – spytał
- Jestem Twoją Janiołem Stróżem.
- Janioł Stróż? Co tu robisz?!
- Pilnuję Cię. – odparła postać spokojnie.
- To idź pilnować gdzie indziej, bo tu mi przeszkadzasz.- Warknął mężczyzna.
- Nigdy Ci nie przeszkadzałam. Całe życie Ci pomagam!
- Całe życie?! – Prychnął. – Nigdy Cię nie widziałem!
- Widziałeś… - Przyjrzał się dokładniej. Nie pomogłoby ani skupienie uwagi, ani to, że mgła już opadła i wokół robiło się jaśniej bo nadciągał świt, ale postać odwróciła się wokół własnej osi, a kiedy wykonała pełny obrót, stała zupełnie odmieniona. Nie była już biała lecz czarna, łącznie ze skrzydłami, na głowie miała nieduże, ale bardzo wymowne rogi, a na nogach wysokie wiązane buty na grubej (zapewne ognioodpornej) podeszwie. Między nogami wolniutko jak u kota okazującego zdenerwowanie majtał się ogon.
- No tak, - mruknął Radek – chyba istotnie już Cię widziałem. To było…
Przypomniał sobie ponury bar. W barze ani żywej duszy, ani nawet barmana, a on był zmęczony w podróży i bardzo spragniony. Czekał dość długo, w końcu nie wiedzieć skąd zmaterializowała się obok ta sama zjawa.
- Nalej sobie. Nie możesz zbyt długo czekać. – Powiedziała.
- A barman? – Spytał.
- Wyraźnie Cię olewa. – gość lekceważąco machnęła ręką. – Tak nie traktuje się klientów.
Wszedł Radek zatem za bar i nalał sobie piwa.
- Ja też poproszę.- dodała towarzyszka, choć tamtej nocy Radek był pewien że przybysz był mężczyzną. Ale dziś, we wspomnieniach wyglądało to inaczej.
Polał drugi kufel, po czym otworzył szufladę w której spodziewał się barman chował Dutki i wrzucił do niej dwie monety. Zabrzęczało, co w mowie walut zabrzmiało jak tłumne powitanie dawno oczekiwanego gościa.
- Czyś Ty głupi?! – zawołał przybysz, - Co Ty robisz?
- Jak to co? Płacę za piwo. – Odrzekł spokojnie niedoszły samozabójca.
- Barman Cię zlekceważył, Ty utrudzony i spragniony musiałeś się sam obsłużyć, a to jakby nie patrzeć wykonanie za niego jego pracy. To Tobie należy się zapłata!
Radek zastanowił się przez chwilę, po czym wyjął kilka monet z szuflady patrząc wciąż na Janioła.
Choć tutaj chyba to imię było nienamiejscu…
- Pracowałeś kiedyś? – Ta zapytała.
- No, kiedyś…
- Dobrze Ci płacili?
- Nigdy nie płacą dobrze.
- No właśnie. A tu możesz sam wynegocjować warunki, zwłaszcza że nie ma z kim. Sam ustal wysokość wynagrodzenia.
Radek wyjął jeszcze kilka monet i spojrzał pytająco:
-Twoją wadą jest to, że zbyt mało w siebie wierzysz.- Usłyszał w odpowiedzi.- Jak chcesz by doceniali Cię inni, sam musisz wiedzieć ile jesteś wart.
Cała ta sytuacja była dla niego tyle dziwna, ile niezrozumiała. Pierwszy lepszy złodziejaszek wiedziałby jak zachować się w takiej chwili, ale on – człowiek w miarę uczciwy i bardziej tchórzliwy, a do tego nie znający zasad prostej matematyki (wciąż nie docierało doi niego że dwa i dwa jest cztery), potrzebował podpowiedzi:
- Ile wart jest człowiek?- Spytał znów.
- Dla siebie, dla innych, czy dla mnie?.- Janioł powoli traciła cierpliwość. Gdyby rozmawiała z kimś bardziej rozgarniętym przedstawiłaby wszystkie trzy opcje, ale w tym przypadku spowodowałoby to kolejną lawinę pytań, więc postanowiła uprościć sprawę:
- Ile możesz być wart, skoro łażę za Tobą od urodzenia i wciąż Ci pomagam?
Nie otrzymawszy jednak odpowiedzi po dłuższej chwili westchnęła, wzruszyła ramionami aż kilka czarnych piór posypało się na podłogę, po czym spróbowała:
- Pakuj pieniądze, a ja powiem Ci gdy będzie dość.
Gdy wreszcie cała zawartość szuflady zniknęła w torbie wędrowca, przybysz dodała:
-Teraz radzę Ci dopić piwo i szybko ruszyć w dalszą drogę. Za chwilę możesz tu nie być sam.
To właśnie zrobił Radek, a Janioł, która w tej postaci posługiwała się raczej imieniem Dy Jabeł rzuciła jeszcze spojrzenie w stronę tonącego w mroku kąta, skąd wyłaniały się buty barmana, po czym znikła nie sprawdzając czy gospodarz siedzi pijany, czy całkiem martwy.
Radek ocknął się z zadumy. Dotarło do niego że stoi pod gałęzią a nad nim zwisa pętla.
- Zaraz, to Ty masz mnie chronić od złego, czy podjudzać? Bo trochę się pogubiłem! Jesteś Janioł, a namówiłaś mnie do kradzieży!
- W zasadzie powinno nas być dwóch, ale mamy braki personalne. Kiedyś wszystko było prostsze – ludzie po śmierci trafiali do nas, ale teraz wszystko się pogmatwało. Narobiło się zombich, wilkołaków, wampirów, różnego rodzaju duchów, a i jeszcze ta przeklęta reinkarnacja… Zbyt wielu was zostaje tutaj i błąka się po ziemi w mniej lub bardziej poprzednim ciele, a u nas brakuje rąk do pracy.
- No ale… jeden ma namawiać do złego, a drugi do dobrego! Jak to pogodzisz?!
- Nie Tobie oceniać co jest złe. Co dla innych złe, dla Ciebie może być dobre. A zresztą: cel uświęca środki, lepsze jest wrogiem dobrego i tak dalej. Nie zrozumiesz tego. Wybacz, ale wielu rzeczy dowiesz się dopiero po przejściu na drugą stronę. – Mówiąc to wymownie kiwnęła głową w stronę uśmiechającej się do niego pętli. – Ale nie powinieneś tego robić dzisiaj.
- Ale ja nie mam już po co żyć! Moje życie nie ma sensu.
- Nie dramatyzuj. Mazgaisz się jak dzieciak. Facet nie powinien się tak rozklejać. Nie dziwię się że ta Zućka nie chce takiego Mamłygi. Udowodnij że jesteś chłop, że jakaś dziewka nie jest Cię w stanie złamać. Zresztą, też mi powód. – prychnęła. – Dziewka. Żebyś chociaż uciekał przed jakąś straszną sprawiedliwością, nawiasem mówiąc na tym świecie istnieje ona dopiero wtedy gdy wkroczy ktoś z naszych, albo miał jakieś wielkie długi. Ale przez dziewkę?!
- Skąd wiesz dlaczego chcę to zrobić?! – zdziwił się niedoszły samozabójca.
- Wiem o Tobie więcej niż Ty sam. – Po chwili dodała. – To jak, wracasz?
- Ale ja ją kocham… - jęknął i spuścił wzrok.
- Daj spokój, nie jest tego warta.- Janioł objęła go skrzydłem i ruszyli w powrotną drogę. Ziemia pod ich stopami była dziwnie idealnie równa.
- Potrzebuję jej… - próbował jeszcze nieszczęśnik.
- Nie potrzebujesz. Na świecie jest mnóstwo innych kobiet.
- Ale ja nie mam jakoś do nich szczęścia. A człowiek czasem naprawdę potrzebuje czyjegoś towarzystwa.- jęknął.
- Umówmy się, że dziś wrócisz do obozu, prześpisz się, zastanowisz co robić dalej, a od jutra zaczniesz patrzeć na Zućkę, jakby nie była jedyną kobietą obok Ciebie. – Po chwili dodała, - A jeśli naprawdę będziesz się czuł samotny… wiesz, jeśli będziesz potrzebował towarzystwa… tak bardziej, wtedy się zjawię.
- Ty? – spytał zdziwiony. – Nie wiem czy wiesz jakie potrzeby mam na myśli?...
- Bądź pewny, że znam Twoje potrzeby bardziej niż ktokolwiek inny. – Uśmiechnęła się, a uśmiech ten zalśnił niczym najpiękniejsze zaproszenie pod słońcem, jakie kobieta może skierować ku mężczyźnie. – Bardziej niż Ty sam. Znam twoje pragnienia nawet te, o których Ty jeszcze nie masz pojęcia. I wierz mi, wiele mogę Ci zaoferować i to pod obiema postaciami.
Szli chwilę w milczeniu, po czym spytała dla zachowania pozorów:
- Mogę Cię jeszcze kawałek odprowadzić?
Było 14 osób. Trudno napisać gdzie, bo każda znajdowała się w swojej własnej rzeczywistości. Ogólnie wszyscy siedzieli przy wielkim stole, ale każdy miał swoje własne miejsce… Jeden na przykład miał w swoim towarzystwie dwie piękne, skąpo ubrane dziewki, które wciąż podawały mu coraz to nowe drinki. Wokół Drugiego nieprzerwanie kręcił się tłumek kucharzy, znoszących mu coraz to smakowitsze potrawy. Trzeci siedział z przymkniętymi oczami, w uszach dźwięczała mu przecudna muzyka, a on wymachiwał palcem niczym dyrygent. Czwarty siedział na trawie, upajając się promieniami wiosennego słońca i wsłuchując we wszystko co popiskuje w zieleni. Jeszcze inny postawił na stole przed sobą dziwne szklane naczynie w którym kotłował się dym, a on trzymał podłączony doń wężyk, z którego raz po raz pociągał solidny wdech. Następny, z dziwną blizną na szyi niczym po sznurze szubienicznym, siedział na stercie monet przesypując je co chwilę między palcami z wyraźną rozkoszą. Trzynasty, najpotężniejszy z nich jeśli miał swoją rzeczywistość, to była ona niewidoczna dla innych. Miał złote skrzydła i trzymał potężny miecz.
Przed ową trzynastką, stała wspomniana wcześniej Janioł. Była w swej białej postaci, która tutaj wydawał się bardziej „właściwa”, jedynie bez skrzydeł, które po każdej wizycie na ziemi trafiały do czyszczenia.
- Co sądzisz o przedsięwzięciu? – spytał Jeden.
- Mój klient nie jest zbyt rozgarnięty, trudno więc ocenić czy to że nietrudno było go przekonać było efektem jego głupoty, czy płci mojej osoby.
- Ale nie odebrał sobie życia? – spytał siedzący na pieniądzach.
- Tym razem nie.- odparła Janioł.
- To dopiero pierwszy dzień projektu,- wtrącił Drugi. – Proponuję tą samą zasadą wysłać na ziemię jeszcze kilku agentów. Badania na jednym osobniku nie przyniosą zbyt wielu danych do ogólnej oceny sytuacji.
- Uważam że to niepotrzebne. – Czwarty przyglądał się siedzącemu na jego otwartej dłoni motylowi. – Dwa tysiące lat anioły były bezpłciowe i nikomu to nie przeszkadzało. Wszystko działało jak należy. Po co naprawiać coś, co nie jest popsute?
- Ludzie coraz bardziej kombinują, myślą, działają po swojemu. Coraz częściej krzyżują Plan. – siedzący na stosie monet wziął jedną i próbował ugryźć. – Zaprawdę, uważam, że błędem było dać im wolną wolę…
- Jak śmiesz, Judaszu! – zagrzmiał właściciel miecza. – Nie poprawiaj dzieła Najwyższego!
- Archaniele, - upomniał go inny, - żadnych imion…
- Nie chcę zmieniać zasad. – zripostował rzeczony Judasz odrzucając monetę daleko od siebie, stwierdził zapewne że jest niewiele warta. – Próbuję się do nich dostosować, a z patowej sytuacji wybrnąć wszystkimi dostępnymi środkami. – Dochodząc w swoim ciemnym umyśle do wniosku, że moneta choć niewiele, wciąż jednak jest coś warta, zsunął się z kopca, poszedł po nią i wrócił na miejsce nie przerywając słowotoku. – Świat o którym mówimy ma 2000 lat! Zmienia się! Prawie nic już nie działa tak jak kiedyś. Dawniej wystarczało, żeby na jednym ramieniu siedział diabeł, na drugim anioł i człowiek wybierał którąś opcję. Ale teraz przez tych wszystkich Platonów, Arystotelesów i innych kombinatorów ludzie zawsze wymyślą co najmniej jedną opcję dodatkową. A to rzadko kiedy pokrywa się z naszym Planem.
- Naszym, cz Twoim? – warknął ten ze skrzydłami.
- Co masz na myśli?! – obruszył się atakowany.
- Daj spokój, - siedzący obok pociągnął solidny łyk z podanego właśnie drinka i położył zdenerwowanemu bogaczowi dłoń na ramieniu. – Jesteś pomysłodawcą projektu, więc nic w tym dziwnego, że chcesz go przepchnąć i nie widzisz w nim negatywów. Ale wiesz… Twoje plany nie zawsze pokrywały się z Planem. Trochę narozrabiałeś, a co gorsza, nie poniosłeś żadnych konsekwencji. Większość z nas uważa, że nie powinno Cię tu być, ale cóż… Z Planem się nie dyskutuje.
- Chłopcy, dajcie spokój! – z oczu Judasza niemal płynęły łzy. – To było 2000 lat temu! Moglibyście mi wreszcie zaufać.
- To trudne, kiedy patrzy się na tę Twoją bliznę.
- Nie wracajmy wciąż do tego tematu. – osobnik od szklanego naczynia odłożył wężyk na stół, a jego oczy zrobiły się dziwnie wyraźne, mało mętne, jakby wrócił z jakiejś odległej rzeczywistości. – Podsumujmy fakty. Wpłynąć na decyzje ludzi coraz trudniej. Nie mogą jako karta przetargowa posłużyć nam dobra doczesne, więc musimy szukać innych sposobów. Ten wydaje się najlepszy. Wszyscy z wyjątkiem Ciebie – skierował wzrok na złotoskrzydłego – byliśmy kiedyś na ziemi i mieliśmy przyjemność dobywać czasem oręż nieco inny od Twojego miecza i wiemy, że żadne pieniądze, kosztowności, prośby ani nawet groźby nie mają takiej siły przekonywania jak osobnik płci przeciwnej. Uważam, że posyłając takie właśnie anioły robimy krok milowy w relacjach między niebem a ziemią. Trzeba posłać więcej takich agentów i nie boję się o powodzenie tej akcji. A Ty, - zwrócił się do Janioła, - możesz wracać do swoich obowiązków.
Zebranie wydawało się zakończone. Wszyscy odchodzili, znikali, odmaterializowywali się wraz ze swoim małymi światami, które nawiasem mówiąc wcale nie były stałe i mogły się zmieniać choćby co sekundę, jedynie Judasz siedział na swoim miejscu skupiony na własnych myślach, wiedząc że jest to jedyne miejsce, w którym nikt nie mógł w nie wniknąć. A obawiał się trochę jednej rzeczy. Kobieta anioł, czy kobieta diabeł na pewno łatwiej przekona mężczyznę do postępowania zgodnie z Planem, ale co będzie jeśli górę wezmą emocje? Tak zwana „chemia”? Co jeśli agent przestanie odróżniać obowiązki od spraw prywatnych? To może przysporzyć kłopotów, a przecież anioły podobnie jak on już kiedyś się zbuntowały. Ale, może lepiej nie uprzedzać faktów, nie rozwiązuje się problemów zanim nastąpią.
Spojrzał na Archanioła, który jako jedyny siedział wciąż na swoim miejscu i przyglądał mu się z dziwnym uśmieszkiem.
- Nie idziesz? – zapytał.
- Już, już, - odparł i zszedł z kopca, a monety ruszyły za nim jakby ciągnięte na sznurku. Czasem miał wrażenie, że mimo ochrony złotoskrzydły wiedział o czym myślą inni, choć nie dawał tego poznać. Judasz bał się go. Nie ufał mu, pomimo, że kiedyś to on swoim wszystkotnącym mieczem w ostatniej chwili przeciął sznur. A może właśnie dlatego.

