Wieża sztuk

opowieści Szpaczym piórem pisane.

Twórczość własna naszych forumowiczów

Re: opowieści Szpaczym piórem pisane.

Postprzez nanny_ogg » 14 lip 2011, o 15:32

Szpaczku, niania poczytałaby sobie pisaninę spod twego pióra, może masz cuś gotowego do wstawienia?
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Reklama

Re: opowieści Szpaczym piórem pisane.

Postprzez szpaq » 14 lip 2011, o 15:51

gotowego to nie bardzo, dziś trochę popisałem o Natanielu ale idzie jak po grudzie. puki co wygrzebałem taki staroć który będzie trzeba też kiedyś dokończyć.

Grzegorz Wardziak
„Jeden na milion”

Kiedy tak się jedzie na koniu przez pustkowia to człowiek ma dużo czasu na myślenia, jeśli ma się, o czym rzecz jasna? Wczoraj na słuchałem się w karczmie bajan starego ślepca, który brzdąkając na lutni opowiadał o rzekomo prawdziwych zdarzeniach z Dawnych Czasów. W sumie to więcej czasu zajmowało mu zaklinanie się na wszystko, co przyszło mu do głowy że to, o czym mówi jest prawdziwe. Mówił On o wielkich czynach wielkich ludzi. Z tego co mówił drogą która właśnie jechałem wędrowałem za dawnych dni podążała krucjata kierująca się do krainy Źródła, a kamienny drogowskaz który mijałem jakiś czas temu był podobny do tego o którym mówił wczoraj w karczmie starzec. Ale przecież mógł go już kiedyś zobaczyć – oczywiście kiedy jeszcze miał wzrok. W ogóle to ciekawe jest rozmyślanie o dawnych czasach, które skończyły się kilka lat przed moim narodzeniem i żyją jeszcze ludzie który widzieli je na własne oczy. Ale wracając do tematu kiedyś to musiała być wojna… Ludzie będący oddaleni od siebie na długość miecza, pojedynki wielkich tego świata mające miejsce pośród bitewnego zgiełku… A teraz… a teraz byle cham weźmie do ręki krócice i zastrzeli mistrza w fechtunku, po prostu zgroza.
Pogrążony w rozmyślaniach nawet nie zauważyłem kiedy wjechałem w gęsta mgle. Nawet łba mojego karosza nie widziałem dokładnie. Zrobiło się jakoś przenikliwie zimno a mgła zaczęła się osiadać na moim płaszczu. Wstrzymałem konia i spróbowałem się rozejrzeć, jedyne co udało mi dostrzec do zarysy drzew stojących po obu stronach gościńca. Dałem koniowi ostrogę ale nie chciał iść, za to chrapał i strzygł uszami. Chcąc nie chcąc zeskoczyłem z kulbaki i zacząłem prowadzić go za uzdę. Problem w ty ze w ogóle to nie bardzo chciał się gdziekolwiek ruszyć, jakim cudem udało mi się go doprowadzić do skraju ścieżki, uzdę zaczepiłem do najbliższej gałęzi i postanowiłem poczekać aż mgła się rozwieje usiadłem więc pod drzewem i dalej pogrążyłem się w rozmyślaniach. Znów wspominałem tak dobrze znane mi opowieści które po raz nie wiem który usłyszałem usłyszane wczoraj w karczmie, nie wiem czy wam już o tym mówiłem ale zawsze muszę czymś zajmować ręce kiedy nic nie robię albo myślę, teraz też wziąłem go reki jakiś patyk i zacząłem go strugać nożem wyciągniętym z cholewy buta. Dawne Dni, Wielka Bitwa i historia zniszczenia Kamienia Źródła. To ostatnie stało się dokładnie w dzień moich urodzin. Kamień był źródłem całej magicznej mocy na naszym świecie a Wielka Bitwa była ostatnim zrywem wszelkiej maści czarownik, magów i innego plugastwa które miało ochronić Kamień. Ponoć bitwa trwała nie przerwanie przez trzy doby i została wygrana tylko dzięki temu ze obrońcy Twierdzy Kamienia nie mieli kiedy odpoczywać gdyż było ich naprawdę nie wielu i musieli bronić bramy, murów i gasić pożary. Kiedy brama ustąpiła pod naporem tarana sprawa była już przesądzona, i zaczęło się polowanie. Później kiedy znaleziono już komnatę w której leżał Kamień. Wielu ludzi próbowało go zniszczyć siła, uderzając mieczem czy toporem co powodowało wyładowanie magicznej energii która zabijała ludzi znajdujących się w pobliżu. Na Kamieniu po każdym takim uderzeniu zostawała rysa ale, szkoda było tracić tak wielu ludzi, jeden z dowódców wymyślił metodę na zniszczenia Kamienia poprzez starcie go miedzy żarnami. Metoda ta okazała się bezpieczna, tarcie Kamienia trwało dwadzieścia siedem dni pył z niego powstały rozsypywano po trochę przez piętnaście dni o rożnych porach. Tak zakończyła się era magii na moim świecie, niektórzy zaczęli liczyć nawet czas od nowa, czyli według nich urodziłem się pierwszego dnia nowego czasu.
Kiedy tak myślałem usłyszałem dudnienie i nie było ono zagłuszone przez mgłę, kiedy podniosłem głowę znad mojego kołka nie było żadnej mgły. Do dudnienia doszedł jeszcze chrzest metalu i jakieś dalekie okrzyki. Odwiązałem konia i schowałem się z nim w krzakach, wtedy z zakrętu szlaku wyłoniła się postać na koniu a zaraz za nią kolumna pieszych idąca w karnym szyku i ze… staromodnym ekwipunkiem.
W tym momencie zapadłem w ciemność.
Ocknąłem się w dość nie komfortowej pozycji, leżąc na podłodze i nie mogąc ruszyć raka czy noga, kiedy udało mi się skupić wzrok zobaczyłem przed sobą kilku ludzi przyglądających mi się złym wzrokiem. Było ich trzech jeden prawie kwadratowy i wąsaty, drugi szczupły, wysoki i zgarbiony. Trzeci z nich był starym kawalerzysta co było widać po krzywych nogach.
- widzę ze się obudziłeś szpiegu - powiedział barczysty jegomość z obwitym wąsem.
- co?! Kto?! Ze niby ja… szpiegiem, panowie wybacza, ale to jakaś pomyłka - powiedziałem z trudem, przez co mój głos nie wyrażał zdziwienia tylko, tylko zabrzmiał jak łamiący się lament.
- sskoro tak to czemu ukrywaless ssię w krzakach? – Powiedział drugi mężczyzna ten chudy i zgrabiony, a jego głos był nieprzyjemnie syczący i jakby ociekał jadem.
- a może tak ponowie raczą mnie rozwiązać i pozwolić usiąść? – Powiedziałem raczej bez nadziei na spełnienie mojej prośby.
- w sumie to nie godzi się tak traktować więźnia, a zwłaszcza takiego który jeszcze do niczego się nie przyznał – odezwał się ten który wyglądał jakby ciągle siedział na swoim koniu.
- co racja to racja – przyznał mu racje wąsaty i uśmiechnął się nie przyjemnie – strażnik przynieś krzesło z mojego namiotu, tylko prędko!
Po dłuższej chwili strażnik wrócił z krzesłem na którym mnie posadzone i ponownie związano. Co chyba jeszcze bardziej pogorszyło moja sytuacje.
- dobrze sszpiegu, odpowiadaj teraz ładnie na pytania bo możessz dosstac po gębie! – Wykrzyknął chudzielec i dla potwierdzenia pacnął mnie w ucho otwarta dłonią, było to może nie tyle bolesne co deprymujące.
- spokojnie, zaraz zacznie nam śpiewać a jeśli jednak wykaże się brakiem wyobraźni poprosimy mistrza o pomoc – wyszczerzył w uśmiechu popsute zęby wąsaty.
- wiec po co to krzesło? – Zapytałem z niekrytym zdziwieniem.
- bo nie wypada nam bić leżącego – roześmiał się kawalerzysta.
- koniec pogadusszek panowie czass zabrać ssię do pracy – powiedział dryblas na moment prostując się i przeciągając aż mu stawy zatrzeszczały – kto cie nassłał? Tylko bez wykrętów chamie!
- co? Nikt mnie nie nasłał, panowie to jakieś straszne nie porozumienie- niemal krzyczałem przez łzy które nie wiadomo skąd naszły mi do oczu.
-a możesz mi wyjaśnić co robiłeś na pograniczu? Przecież od kiedy zaczęła się rajza nie ma tu żywego ducha nie licząc którejś z armii idąca w jedna czy druga stronę – powiedział dziwnie spokojnie ten barczysty.
- przecież prowadzi tedy trakt z Żywca do Międzywodzia – powiedziałem najspokojniej jak potrafiłem.
- panowie on chyba jakiś obłąkany jest, przecież Żywiec to nasza najbardziej wysunięta placówka – powiedział kawalerzysta.
- a na twierdze kamienia mówią Międzywodzie – dopowiedział tez syczący.
- przecież tak było zanim się jeszcze urodzi… - nie dokończyłem gdyż coś zadany w klatkę piersiowa skutecznie odebrał mi głos i częściowo możliwość oddychania.
- psi sny łże w żywe oczy, albo naprawdę jakiś szalony jest – wycedził przez zaciśnięte zęby wąsaty, rozcierał rękę patrząc na mnie kiedy próbowałem zrobić wdech i pewnie wyglądałem jak ryba wyciągnięta z wody.
- spokojnie panie Vosta – powiedział do wąsatego kawalerzysta – na to zawsze znajdzie się pora.
Nazwany Vostą olbrzym pokiwał głową i podszedł do stołu, gdzie potężnie łyknął z kubka następie wykrzywił się i otrząsnął. Reszta poszła w jego ślady, przez chwile stali zapatrzeni na coś co leżało na stole a czego nie mogłem dostrzec z mojej pozycji. Jeden z nich, ten wężowaty sięgnął i podniósł moją krócicę – tak wiem co o nich mówiłem, ale przecież nie dam się zastrzelić byle chamowi. Przez chwilę ważył ją w dłoni i odłożył z powrotem.
- panie O’dmein proszę posłać kogoś do mistrza i proszę mu powiedzieć żeby przyszedł jutro około południa. Aha i nie weźmie ze sobą narzędzia - powiedział kawalerzysta do tego który oglądał moją broń, ten zaś wyszedł z namiotu i przekazał komuś wiadomość uzupełnioną o jakieś groźby i klątwy. Kiedy wrócił znów napili się z kubków i jak na komendę spojrzeli w moją stronę.
- piassek zaczął ssię już przessypywac, teraz wybór należy do ciebie. Czekassz na misstrza, po którego metodach będziessz żył a raczej… egzystował, lub dogadassz się z nami i odpowiessz na nassze pytania i możliwe ze będziessz żył i miał się dobrze – powiedział O’dmein.
- owszem na przesłuchaniach mistrza Teodora wszyscy mówią- dorzucił Vosta.
-Teodora? Tego zwanego Krwawym? – zapytałem przez zaciśnięte gardło.
- nawet nie wiedziałem ze dorobił się już przydomka – uniósł brwi kawalerzysta – ale trzeba przyznać ze chłopak jest utalentowany.
- jak to chłopak… - Zapytałem zanim zdążyłem pomyśleć, a zanim zdążyłem dokończyć kolejny cios w ucho skutecznie odebrał mi chęć do odzywania się.
- panie Koms, nalegam żeby zaprzestał pan takich zachowań. Widzę że tu dzieje się coś ciekawego, rzekł Vosta.
Nic tak nie denerwuje, jak ludzie którzy nie przestają mówić, kiedy ty się wtrącasz.

M. Twain
Avatar użytkownika
szpaq męska
M.A.S.H.
 
Posty: 2427
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 1701

Re: opowieści Szpaczym piórem pisane.

Postprzez szpaq » 14 lut 2012, o 22:54

powstało dziś w przypływie złości na pracę. ciąg dalszy się już kotłuje w głowie, jak będzie kipieć to go przeleje na papier.

ciąg dalszy nieszczęść niejakiego Nataniela.

Jechaliśmy nie za długo, za to w pełnym milczeniu. Milczeliśmy ponieważ pierwszy który się odezwał – był to chyba chłopak z ręką w szynie – dostał w ucho od Pani strażniczki prawa i porządku. Raz zdarzyło mi się spojrzeć w oczy policjantki, niestety w tym samym momencie ona spojrzała na mnie. Natychmiast spuściłem wzrok tylko kątem oka dostrzegając uśmiech rysujący się na jej twarzy, w gruncie rzeczy nie była brzydką kobietą, owszem może trochę zaniedbaną, ale niebrzydką. Zaraz też zganiłem się w myślach że takie myślenie może spowodować że znów na nią spojrzę – co niestety właśnie wtedy nastąpiło – i dostanę w ucho – co też właśnie wtedy nastąpiło. po tym uderzeniu resztę drogi spędziłem na kontemplowaniu kratki w oknie, reszta chłopaków robiła podobnie.
Kiedy dojeżdżaliśmy do szpitala, policjant z pierwszej klasy zapytał czy będziemy grzeczni czy mają nas skuwać, oczywiście wszyscy skwapliwie przytaknęliśmy że będzie grzeczni jak aniołki, potulni jak baranki i cisi jak myszki pod miotłą. Zajechaliśmy pod drzwi, bumbox się zatrzymał. Boczne drzwi radiowozu otworzyły się czemu towarzyszyło przeciągłe skrzypnięcie które wywołało wśród wszystkich pasażerów bolesny grymas na twarzy, nawet Pani aspirant się skrzywiła – oj nie był to miły dla oka obraz.
Kiedy się wygramoliliśmy na zewnątrz, jeden z chłopaków bodajże ten z podbitym okiem pchnął towarzysza niedoli na kierowcę i zaczął uciekać. Dokładnie chciał zacząć gdyż na jego drodze jakimś magicznym sposobem wyrosła (nie uwierzycie) Rambosuka. Przez ułamek sekundy widziałem jej twarz, ona się uśmiechała normalnie się uśmiechała kiedy wymierzała potężne kopnięcie w kostkę chłopaka który w rozpaczliwej próbie ominięcia jej skręcił o dziewięćdziesiąt stopni, uśmiechała się też kiedy padał na ziemię. Padając zahaczył ręką jeszcze o lusterko radiowozu na szczęście bez uszczerbku dla niego – lusterka znaczy. Tu też muszę się przyznać że miałem już przed oczami co będzie się z nami działo kiedy lusterko zostanie uszkodzone lub nie daj Boże urwane. Po upływie kolejnego ułamka tej samej sekundy Pani starszy aspirant wykręcała ręce niedoszłego uciekiniera do tyłu jednocześnie wbijając mu kolano w kręgosłup. Szybkimi i pewnymi ruchami założyła mu na ręce kajdanki i ze słyszalnym sapnięciem poderwała go do pozycji pionowej. Staliśmy oniemieli a do rzeczywistości przywołało nas wycie nie jakiś tam krzyk ale normalne regularne wycie. Wył pchnięty na policjanta, ten z szyną na ręku. Pan policjant Sławek, policjantem był nie najgorszym. Czego wynikiem było odruchowe spacyfikowanie osoby z całym impetem lecącej w jego stronę. Co niestety skończyło się przerzuceniem przez biodro „napastnika” i wykręceniem ręki. Jak się zapewne domyślacie wykręcona została owa ręka w szynie, ta najprawdopodobniej zwichnięta.
Nic tak nie denerwuje, jak ludzie którzy nie przestają mówić, kiedy ty się wtrącasz.

M. Twain
Avatar użytkownika
szpaq męska
M.A.S.H.
 
Posty: 2427
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 1701

Poprzednia strona

Powrót do Wieża sztuk

Na dole Sybil szykowała mu posiłek. Nie była dobrą kucharką. Vimesowi to odpowiadało, bo sam nie był dobrym jedzącym. Po całym życiu spędzonym na ulicach żołądek nie funkcjonował należycie. Zawsze pożądał tych małych, brązowych, chrupiących kawałków, z grupy pokarmów dla bogów, a na Sybil można było polegać, że za długo zostawi patelnię na smoku.

Bogowie, honor, Ankh-Morpork, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron