Wieża sztuk

Tytuł w budowie

Twórczość własna naszych forumowiczów

Tytuł w budowie

Postprzez Marik Mort » 7 paź 2011, o 19:52

Bez długiego wstępu daję pod waszą obiektywną ocenę moje... coś. Ostrzegam, że jestem totalnym amatorem.

Powolne i pełne zadumy kroki rozlegały się po całych równinach Armanagdu. Dźwięki odbijały się tutaj od wyrzeźbionych przez piasek skał, podwajając swoją siłę. Wpychały się do małych nor, wyciągając siłą ze snu drabiaki, przelatywały pomiędzy potężnymi drzewami, aby na końcu przedrzeć się wśród odgłosu szemrzącego strumyka. Echo wody, monotonnie powtarzany dzwięk, od słuchania którego można było umrzeć ze znudzenia, nagle od wielu lat został przepleciony z nowym, tajemniczym. Kiedy wreszcie przebił się przez ścianę wody pobliskiego wodospadu, pchany wiatrem poszybował ku malutkiej, drewnianej chatce. Najpierw odbił się niezdarnie od porośniętych bluszczem ścian, po czym znalazł mały otwór w okrągłym oknie i wpłynął do środka. Wewnątrz było przyjemnie ciepło. Z wyglądu to był rodzaj chatki w opowieściach znany jako zamieszkiwany przez dobrą, miłą babuleńkę z czarnym kotkiem który, kiedy ta zasiadała w fotelu przed kominkiem, tulił się na jej kolanach i usypiał. Nic bardziej mylnego. Świadczył o tym sam właściciel domu.
Dźwięk leciał niestrudzenie, lecz cały czas spotykał przeszkody od których się odbijał. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że bezustannie trafia na książki. Kolumny książek. Szeregi książek. Półki książek. Szafy książek. Książki w kuchni, w salonie, na kominku, a w najgorszych przypadkach wewnątrz kominka. Nowe, stare, poplamione, w okładkach, bez. Gdyby można było sobie wyobrazić spis potraw w karczmie Pod Świńskim Ozorem, których nie da się zjeść, to byłby najbardziej zbliżony obraz.
Kiedy wreszcie Powolne I Pełne Zadumy Kroki dostały się do serca labiryntu zobaczyły nos. Lecz to nie był zwykły nos. To był wielki, zakrzywiony, czerwony, brudny pryszczaty nos, najczęściej używany przy opisie starych wiedźm w chatkach na kurzej łapce Dopiero po dłuższych oględzinach okazało się, że nos jest przytwierdzony do reszty ciała. Sędziwy starzec, z twarzą jak zepsute jabłko, największą ilością zmarszczek na czole i pojedynczymi siwymi włosami na czubku głowy, które wyglądały jak wata cukrowa, siedział za swoim nosem i czytał książkę. Sprawę miał lekko utrudnioną, gdyż binokle na jego nosie posiadały tylko jedno szkiełko, tak więc drugie oko musiał mieć ciągle przymrużone. Biurko, przy którym siedział było wykorzystane maksymalnie, to znaczy tam gdzie nie było książek, stały świeczniki z ogarkami świec, w wyniku czego większa część blatu była zalana woskiem.
Nagle Mustafa wstał od stołu, co przy jego wyuczonych zakresach ruchu polegających na przewróceniu strony i podpalenia nowej świecy, gdy zapada noc, było niezwykłym wyczynem. Chwycił szybko swojego Arcpina stojącego w rogu i, jak na swój wiek niezwykle sprawnie pobiegł w stronę źródła dźwięku (co oznaczało jakieś dwa upadki na schodach, trzy poślizgnięcia się na mokrych liściach i jeden fikołek przy skałach). Jak się później okazało sprawcą całego zdarzenia był impuls, który dotarł od jego ucha do mózgu przyczyniając się do fatalnego rozwoju wydarzeń, których ofiarą stał się nikt inny, jak sam Mustafa.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wielki, owłosiony cień odbijał się co chwila od szyby, bezskutecznie próbując przełamać niewidzialną barierę dzielącą go od słodkich przetworów. Leżały na zakurzonej półce kusząc wielobarwnymi wnętrznościami oraz mocnym, wręcz odurzającym zapachem. Były tak blisko, a on nie mógł nic zrobić. Naprężał mężnie swoje mięśnie na lotach i z zapalczywością Cioci Baśki oraz skutkiem rozpalenia ognia wodą raz po raz uderzał w szybę. Po pewnym czasie przyłączył się do niego wygłodzony bąk, lecz po kilku próbach zrezygnował i poleciał na stojące niedaleko wysypisko śmieci, które było znacznie łatwiejszym źródłem jedzenia. Kłębuś patrzył na niego, rozważając przez chwilę opcję poddania się, lecz szybko ją wykluczył, kiedy poczuł odór posiłku bąka. Westchnął tak, jak potrafią wzdychać zmorki i po raz setny grzmotnął swoim ciałem w szybę. Poukładane w równych rzędach wręcz szeptały do niego „Zjedz mnie, a nie pożałujesz”. Biedne słoje, już
tyle lat już leżały na tych półkach ignorowane przez mieszkańców domu, zaniedbane, zabrudzone. On by na pewno nimi się zajął.
I kiedy Kłębuś stracił chęci do oblegania zamkniętego raju, nagle usłyszał kroki. Klucz zazgrzytał w zardzewiałym zamku, drzwi uchyliły się lekko i ze szpary wysunęła się ręka, która zaczęła obmacywać ścianę. Gdy wreszcie trafiła na włącznik światła, porcelanowa żarówka stojąca na podłodze rozżarzyła się pomarańczowym promieniem, oświetlając zagracony pokój. Do pomieszczenia wszedł ostrożnie wysoki, chudy człowiek, przeklinając co chwilę, gdy jego nogi odkrywały, że podłoga zawalona jest różnorakimi, najczęściej cholernie ciężkimi kawałkami żelastwa. Jego nieprzyjemny stosunek do Rzeczy Od Których Bolą Stopy wyrażał nie tylko słowną obelgą, lecz także skrzywionym wyrazem twarzy. Co chwila jego czoło stawało się pofałdowane jak wzburzone morze, lecz kiedy ból przechodził, wygładzało się. Włosy miał rozczochrane; z jednej strony przyklepane przez poduszkę, z drugiej zmierzwione wysoko. Zaspane, lekko zmrużone oczy broniły się przed światłem. Mężczyzna ziewnął przeciągle, odsłaniając rząd białych zębów, po czym otworzył okno i próbował odgonić szamotającego się napastnika. Jednak to nic nie dało. Zmorek nadal krążył wokół okna, próbując znaleźć lukę przez którą mógłby przelecieć do spiżarni. W końcu mężczyzna chwycił najbliższą rzecz, jaką miał pod ręką i cisnął nią w Kłębusia. Okrągły słoik trafił nocnego napastnika i przeleciał z nim kilka metrów, rozbijając się przy spotkaniu z ziemią. Rozległ się dźwięk zamykanego okna. Obolały zmorek podpełzł do słoja, z którego wypływała słodka ciecz. Wciągnął zapach nosem i oblizał wargi. Powidła!
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Stanley położył się do swojego łóżka, już drugi raz w tym dniu. Podciągnął kołdrę pod brodę i przykrył się dodatkowo kocem. Noce miały być coraz zimniejsze, jak zapowiadał Wydział Geologii, a jak każdy wie, Wydział Geologii rzadko się myli.
Łóżko zatrzeszczało żałośnie, kiedy chłopak odwrócił się w stronę ściany. Spojrzał na wiszącą koło stolika mapę i powtórzył szeptem nazwy krain geograficznych. Mimo że wyuczył się ich na pamięć, nie był pewny swojej wiedzy, którą miał zademonstrować na jutrzejszym egzaminie. A jeśli pomyli Wielką Równinę Madiukowską z leżącą nieopodal Wychodną? Materiał, którego musiał się wyuczyć był tak ogromny, że bez Senu od Marika nie dałby sobie rady. Ciekawe ile jeszcze zostało go w butelce? Przy takim szybkim zużyciu, jaki był podczas ostatnich dni nauki, pewnie niewiele.
Myśli po głowie Stanley pędziły jak oszalałe, odganiając jakiekolwiek chęci snu. Starał się je uspokoić, żeby na jutrzejszy egzamin przyjść wypoczętym, lecz nawet liczenie baranków nic nie dawało. Co chwila przekręcał się z boku na bok, zmieniał ułożenie poduszki. Dopiero kiedy przytulił się do swojej ulubionej mapy, powieki powoli zaczęły mu opadać.
I kiedy był już o krok od królestwa snów, do jego uszu powoli wdarła się posępna muzyka. Przeplatała się z dźwiękami burzy i piorunów, tworząc nastrój grozy, a kiedy było już tak posępnie, że nawet Babinka Kogucipazur byłaby zadowolona nastąpiło apogeum. Po całym domu rozległ się szaleńczy śmiech, wiercąc dziury w uszach Stanleya. Głos wprawiał w wibracje stojące na biurku puste butelki tak, że pojedynczo przesuwały się na kraniec blatu i spadały, wywołując dodatkowy hałas.
Stanley zerwał się z impetem z łóżka, doskoczył do drabinki stojącej naprzeciwko okna i wspiął się na drugie piętro mieszkania. Popchnął klapę dzielącą go od pokoju na poddaszu przy okazji przewracając kilka fiolek z jakąś śmierdzącą substancją niewiadomego pochodzenia. Jego oczom ukazała się wysoka postać ubrana w czarny płaszcz z wysoko podniesionym kołnierzykiem. Stała wśród kolb i butelek z dymiącymi substancji, przodem do okna, tak że nie było widać jej twarzy. Wzniosła ręce w górę i nabrała powietrza do wypuszczenia kolejnej dawki obłąkańczego śmiechu…
-MARIK, PRZESTAŃ !!!
…gdy nagle zaczął kasłać i upadł na podłogę. Rozerwany płaszcz odkrył niewygodną prawdę. Krył się pod nim niski, chuderlawy chłopak w białym ubraniu laboratoryjnym, jedną ręką dotykając gardła, drugą trzymając się krzesła. Na jego zadartym nosie siedziały w wielkim poważaniu okrągłe okulary, w których każdy wyglądał inteligentnie. Włosy, jak przystało na każdego szalonego naukowca, miał rozczochrano-sterczące; różniły się jednak od włosów Stanleya, który by uzyskać efekt bezładu na swojej głowie nie musiał ich odpowiednio stylizować. Wystarczyła poduszka.
-Ykhy….- Zacharkał Marik, a z jego ust dobywały się kłęby dymu- Chyba trochę, ykhy…
przesadziłem z, ykhy… efektami…
-Jak zwykle, masz w głębokim poważaniu mnie i mój jutrzejszy egzamin. Mogłem spodziewać się tego po tobie! Jak ja jutro wystąpię przed komisją, co? Powieki będą mi opadać do stóp, będę chodził po uniwersytecie jak zombi, a na pytanie: co mi jest? odpowiem: trochę się nie wyspałem, bo mój sublokator, który jest uzależniony od komiksów „Kapitana Miny” postanowił poćwiczyć po Trzynastym Uderzeniu swój diaboliczny śmiech! Genialne!!-
W tym momencie kaszel Marika stanowczo się pogorszył. Chłopak był czerwony na twarzy i nie wypuszczał już samych kłębków dymu. Teraz zachowywał się jak ogromny czajnik pozostawiony na zbyt długi czas w ogniu. Para wylatywała mu nawet uszami. Nie mówiąc już o innych częściach ciała.
-Daj…ykhy… mi pom…ykhy… pompkę…-rzekł cienkim głosem Marik tarzając się po podłodze.
-Poczekaj, jeszcze nie skończyłem! I znowu widzisz, nie możesz poczekać aż człowiek skończy się użalać nad swoim żywotem, jak zwykle musisz wcisnąć te swoje trzy grosze! Tyle razy ci mówiłem, a ty nic. Normalnie jakbym mówił do ściany. No jasne, zawsze potakujesz mi głową, ale myślami jesteś zawsze gdzie indziej. No proszę, teraz też. Ej, ale co ty robisz? Marik? Marik! Kur…- resztę słowa, jak się dobrze złożyło zakłócił syk wody, kiedy Marik włożył głowę do stojącego nieopodal wiadra z wodą.
W pokoju zrobiło się parno, dlatego Stanley otworzył małe okno pod sufitem. Kiedy mgła powoli zaczęła się rozrzedzać, Marik stał już przy półce ze swoimi wynalazkami i, trzymając jeden z nich wetknięty do buzi nacisnął przycisk. Urządzenie zazgrzytało, zatrzęsło się i wydając charakterystyczny dla silnika randymowego odgłos, zaczęło oddymiać wnętrze Marika. (Jak się później okazało, ten wynalazek miał służyć do usuwania przykrych zapachów z wychodka.)
Kiedy para opuściła już pomieszczenie i wyleciała w mrok nocy, tworząc przy okazji kilka małych chmur deszczowych, a nieszczęsny wynalazca mógł już normalnie mówić, Stanley po udzieleniu kilkunastominutowego przemówienia o tym co wolno i czego nie wolno robić, wrócił na dół do swojego pokoju. Po zdjęciu swoich ciepłych, bawełnianych kapci, które dostał od Cioci Genowefy, wszedł pod ciepłą pokrywę pierza. Zamknął oczy i po raz trzeci zmusił się do snu. Trzeci raz w tym dniu, co nie oznaczało nic dobrego.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Smugi światła rzucane przez pochodnie w Małym Korytarzu Zgrozy tworzyły na marmurowej posadzce wymyślne figury. Narzucały się na siebie, często drgały, czasem słabły lub się nasilały, lecz nigdy nie pozwoliły, aby mrok wetknął swój palec choćby w najmniejszą szczelinę. Blask płomieni według uznania wzbijał się, to tam, to tu, pokazując przechodniom ściany pokryte obrazami. W sumie zostały zaprojektowane tylko do tego celu. Tego, kto to budował nie interesowało zbytnio bezpieczeństwo ludzi, zmierzających od drzwi do drzwi; najważniejsze było podkreślenie malowideł. Pierwszy burmistrz miasta- Jego Najświatlejsza Dostojność Hajtler, największy tyran w historii Hedephoni kazał zawiesić te obrazy na przestrogę ludzi, którzy nie liczyli się zbytnio z władzą i mieli jego przedstawiciela w głębokim poważaniu. Po masowych egzekucjach i torturach z zastosowaniem gilgotyny liczba tych ludzi ograniczyła się do niezwykle odważnych i głupich bohaterów lub tych, którym znudziło się życie.
Ciekawostka- kiedy ostatnio znudzona pokojówka postanowiła policzyć na obrazach w Małym Korytarzu Grozy ludzi z odciętymi głowami, zatrzymała się na 6 obrazie przy liczbie 386 dlatego, że większej liczby po prostu nie znała.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Echo drobnych kroczków odbijało się od kamiennych ścian. Skulona postać pospiesznie przemierzała poskręcane labirynty schodów i pomieszczeń. Wreszcie skręciła w Pomniejszy Korytarz Strachu, zaprojektowany przez drugiego z burmistrzów i weszła do prostopadłego Małego Korytarza Zgrozy, przy okazji myląc drzwi i odwiedzając zajęty wychodek. Przemierzyła jeszcze pięć metrów i na końcu drogi zatrzymała się przed wysokimi na 15 stóp wrót, próbując nie zwracać uwagi na patrzący na niego z góry surowy wyraz twarzy burmistrza Hajtlera. Jego portret wisiał już od początku istnienia Kopuły, mimo że Jego Najświatlejsza Dostojność nie żyła już od kilkuset lat, zamordowana pewnej nocy fortepianem.
Mężczyzna popchnął lewe skrzydło wielkich wrót, wywołując długie i przeciągliwe skrzypienie. Przez szparę wyciekło ciepłe, niebieskawe światło, zakłócając blask pochodni w korytarzu.
Nabrał, wypuścił powietrze, po czym przekroczył próg.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-Zadziwiające -powolne mruknięcie wypełzały z tłustych warg burmistrza, zakłócając świeżość powietrza w okolicach ust- Wręcz niebywałe! –sapnął.
Po ostatnim wyrazie burmistrz uśmiechnął się promiennie, dumny z użycia tak wyszukanego słowa jak „niebywałe”, po czym sięgnął po kolejną porcję indyczych podudzi. Drugą, niezajęta dłonią obracał przezroczystą kulę średniej wielkości, z której wnętrza wypływał czysty Etan. Niebieskie światło rozlewało się po całej Sali Tronowej, delikatnie pieszcząc portrety dawnych władców. Małe, świńskie oczka burmistrza z zaciekawieniem dziecka śledziły każdy ruch płynnego wnętrza kuli. Próbując od pół godziny zgłębić sposób działania Latarni Magów zmęczył się niezwykle, dlatego odłożył kulę na stojak, przełknął ostatni kęs mięsa i oparł się wygodnie w fotelu, próbując usnąć.
Nagle usłyszał jakieś przytłumione krzyki. Otworzył oczy i spojrzał w mrok Sali Tronowej. Jego zasięg kończył się na malutkim punkciku oznaczającym wrota. Wyciągnął z szuflady lornetkę i spojrzał drugi raz. Ze szpary w drzwiach wystawała czyjaś głowa. Jej mimika twarzy wyrażała niezwykłe podniecenie.
Oho, sprawa najwyższej wagi- pomyślał burmistrz, po czym wyciągnął tubę. Nabrał powietrza w płuca i krzyknął ile sił (przy okazji wypluwając pozostałości po ostatnim posiłku): Możesz wejść!!

Trzeba zmienić ten system- pomyślał potem burmistrz, krztusząc się z zadyszki.
.....Come to the Dark Side.....

We have cookies

"Życie jest takie piękne, że aż chce się skakać; najlepiej z mostu i pod pociąg"
Avatar użytkownika
Marik Mort męska
Student Magii
 
Posty: 19
Lokalizacja: Okolice Kielc
Reputacja: 25

Reklama

Powrót do Wieża sztuk

Owszem - zgodziła się Susan. - Wydaje mi się czasem, że ludzie powinni zdawać porządny egzamin, zanim będą mogli zostać rodzicami. To znaczy nie tylko praktyczny.

Złodziej Czasu, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników