Wieża sztuk

Trzaski - parodia kryminału

Twórczość własna naszych forumowiczów

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez l1l1th » 13 lip 2011, o 20:07

Ja miałam na myśli używanie wulgaryzmów w utworach literackich, na forum wiadomo - obowiązują pewne zasady, to jest co innego. W życiu też, poklnąć można wśród swoich i w nieoficjalnych sytuacjach. W oficjalnych z kolei po prostu nie wypada :)
Avatar użytkownika
l1l1th żeńska
Student Magii
 
Posty: 75
Lokalizacja: oświęcim
Reputacja: 40

Reklama

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 14 lip 2011, o 10:09

Taka nam się tu sympatyczna debata zrobiła na temat wulgaryzacji języka potocznego i literackiego... Aż szkoda przerywać kolejnym rozdziałem, ale nie wiem, kiedy czas pozwoli mi na wklejanie następnych części (napisanych jes siedem, jakaś połowa, nie pytajcie mnie, kiedy i czy to skończę, ani kiedy pojawi się foka). Na razie część czwarta, z lekką nutką wulgaryzmów, część piąta będzie dodatkowo podrasowana lekką nutką erotyki ;) .




CZTERY. ŁUP ŁUP ŁUP.


Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Maleńkie oczka Marcina Trzaskiego zwęziły się, kiedy uderzyły pierwsze fale stroboskopu. Hałas był co prawda sprawnie tłumiony wysokiej klasy drzwiami i grubymi, niemieckimi murami, po wejściu jednak do środka, rozpętało się prawdziwe, elektroniczne piekło.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Detektywa otoczyła istna kakofonia dźwięków, czy – by oddać prawdzie sprawiedliwość – dźwięku. Wrzynał się w mózg niczym wygłodzony termit, bezlitośnie kopulował z pozostałymi, struchlałymi ze strachu komórkami nerwowymi, by po brutalnym stosunku bezceremonialnie wyrzucić szare truchła na zewnątrz. Bębenki w uszach paradowały z tablicami protestacyjnymi, gotowe dokonać rytualnego samospalenia w przypadku dalszych tortur. Młoteczki, kowadełka i ślimaki pracowały jak szalone. Mogłyby doprowadzić najlepszych heavymetalowych perkusistów do łez zazdrości. A kiedy pierwsze fale kanonady, od której nawet Brahmsowi odechciałoby się kolejnego posiłku, dokonały pierwszej grabieży... wtedy następował frontalny szturm na gałki oczne.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Trzaski, który, jak zostało wspomniane, zęby zjadł na szkolnych dyskotekach, spodziewał się kiczowatej, tandetnej muzyki w stylu Majki Jeżowskiej, którą katowała go niezmordowana pani Kołyniecka. Zdawał sobie co prawda sprawę, iż młodzież nie słucha już tej samej muzyki co kiedyś, miał jednak pobożną nadzieję, iż jest to jakaś muzyka... Na dyskotekach szkolnych krajobraz nie zmieniał się również w zastraszającym tempie za sprawą stroboskopu, przez co nie musiał czuć się jak kokainista, który właśnie zaaplikował sobie złoty strzał. Ach, no i dziewczęta na dyskotekach...

Nigdy w życiu nie widział tylu roznegliżowanych ciał poza tanim papierem makulaturowym. Czujny wzrok detektywa odnotował, iż podrygujące niby grupa epileptyków kobiety miały na sobie jakieś strzępki ubrań, jednakże te, zebrane do kupy, starczyłyby najwyżej na skromną garsonkę.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

A mówiąc o ubraniach...

Trzaski w sprawach mody orientował się mniej więcej w tym samym stopniu co w kwestii muzyki, gotowania oraz prognozy rozwoju gospodarczego dla północnej Albanii. Kiedy postanowił zaufać swojemu siostrzeńcowi w kwestii ubioru, zdawał sobie sprawę, że mały złośliwość odziedziczył po matce.

W tej chwili nie był tylko pewien do jakiego stopnia.

Detektyw mógł tego nie wiedzieć, ale w tym jednym, konkretnym przypadku jego narracyjnie aktywna podejrzliwość myliła się. Młody Jan Korlicki być może nie pałał miłością do powolnego, tępego jak styropianowy nóż wujka, ale perspektywa zwiedzenia „Neon Noe” odepchnęła zdecydowanym gestem wszelkie antagonizmy. Poza tym, tusza Trzaskiego ograniczyła wyjątkowo poważnie jego kreatywne możliwości.

Wykonawszy dziesiątki telefonów i zbliżając swoją matkę do zawału serca z momentem przyjścia rachunku, Korlicki zdołał w końcu skontaktować się z Babonem – kilka lat starszym od niego fanem Liroya, jedynym wśród znajomych, którego stać było na szerokie spodnie, z kroczem sugerującym niezwykle zaawansowanego raka prostaty. Korlickiego kosztowało to dużo, włącznie z wybraniem Babona jako osoby towarzyszącej. Od tegoż, nawiasem mówiąc budową przypominającego raczej zeschniętą gałąź, udało mu się pożyczyć również raperską koszulę, której można by użyć do napędzania galeonu.

Jedynym więc aspektem ubioru, w którym Jan Korlicki mógł się wykazać była czapka. Szczęśliwie odnalazł w piwnicy zakurzoną bejsbolówkę Charlotte Hornets, której noszenie nawet w podstawówce uznawano za obciach. Teraz zwisała smętnie z wielkiej głowy detektywa, dzięki czemu przypominał basseta, któremu obcięto jedno ucho.

- Jesteś pewien, że tak to się nosi, żeby było młodzieżowo? – zagadnął siostrzeńca Trzaski, gdy bezskutecznie próbowali przecisnąć się przez pulsujący w rytmie niemieckiego techno tłum w poszukiwaniu wolnego stolika. Korlicki nie usłyszał. Detektyw powtórzył pytanie.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Szarpnięty w końcu za ramię młodzian, którego libido tańczyło fokstrota na widok skąpo odzianych bywalczyń, odwrócił się z gniewnym błyskiem w oku w kierunku Trzaskiego i powiedział coś w stylu:

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP! – dodał, wykrzywiając się w kierunku otępiałego, tłustego klocka, za którego miał swojego wuja.

Trzaski wzruszył ramionami i poczłapał w kierunku wolnego stolika. Szczęśliwie, jego prośba o rezerwację przy barze okazała się skuteczna. Zakładał bowiem, iż Jarosław Bielski przynajmniej przez chwilę zajrzy tam, w celu sprawdzenia utargu.

Dłuższą chwilę trwało, zanim Trzaskiemu udało się zdobyć alkohol. Kolejka przy barze okazała się równie zapełniona co sam parkiet, przy czym nieustanna rotacja pomiędzy oboma kluczowymi punktami dyskoteki nie pozwalała nafaszerowanym amfetaminą barmanom na najmniejszą odrobinę przerwy. Rekompensowali to sobie, jednocześnie wypalając kolejne papierosy i nalewając piwo, często z nędznym skutkiem dla wartości smakowych trunku.

- To niehigieniczne – zauważył Trzaski, kiedy potężny walec popiołu został sukcesywnie zwodowany w S/S „Bosman”.

- Łup – łup – ŁUP – łup – odparł barman, spoglądając wytrzeszczonymi oczyma na koszulę detektywa. Kąciki warg, do tej pory ściśniętych niczym w imadle wygięły się z trudem w ironicznym uśmiechu, gdy rzucił okiem na trzaskowy strój.

Balansując pomiędzy imprezowiczami a strugami lepkiego potu Trzaski wrócił do stolika, gdzie jego siostrzeniec z Babonem świetnie się bawili, obserwując podrygujący i wypięty w ich stronę damski tyłek, obdarzony niewiele większą inteligencją od swojej właścicielki. Kiedy podał im rozlewający się, chłodny napój, chwycił stanowczo młodego Korlickiego za czteropaskową koszulkę i wrzasnął do ucha:

- Dobra, Jasiek!!! Teraz!!! Nie pierdol!!! Tylko mów!!! Który!!! To!!! Wiesz kto!!! – zaryczał, świadom jednak należytej dyskrecji.

Warto dodać, że Gnom, machający głową w rytm muzyki bawił się doskonale, coraz to mocniej pogrążając swojego właściciela w odmętach enerdowskiego muzycznego szamba.

- Nie widzę go!!! – odwrzasnął dzieciak – Kurwa!!! – dodał dla fasonu.

Problem polegał na tym, przeleciało przez głowę Korlickiemu, że mógł zabrać ze sobą tylko Babona, który znał twarz Bielskiego mniej więcej w tym samym stopniu co twórczość Hildegardy z Bingen. Rozterka pomiędzy ciuchami dla wujasa a znajomością facjaty szefa dyskoteki uruchomiła dodatkowe synapsy w głowie młodzieńca. Kupiwszy paczkę fajek Małemu Siwemu (to dla odróżnienia od Dużego Siwego, Długiego Siwego, Tego Siwego, Tamtego Siwego, Siwego, Który Siedział, Siwego Od Zawiasów, Siwego Bez Zęba oraz Siwego, Którego Stara Daje Dupy Za Browara – życie jasnowłosych dresiarzy nie jest usłane różami...), dowiedział się dokładnie, w jaki sposób ubiera się Bielski, kiedy idzie szefować do klubu oraz jak się mają jego cechy charakterystyczne. Nie był to zbyt precyzyjny opis, ale Korlicki miał nadzieję, że wystarczy na wejściówkę do dyskoteki oraz przyzwoitą ilość alkoholu.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Trzaski bębnił palcami o lepiący się blat. Drugą rękę miał zajętą tlącym się papierosem, którego omal że nie upuścił z wściekłości, kiedy siostrzeniec zakomunikował mu, że idzie „popyrgać lachociągi”.

- Nigdzie, kurwa, nie idziesz, obesrańcu!!! – ryknął do brudnego ucha dzieciaka. Tamten spojrzał na niego ze zdziwieniem, niczym na walczącego w klatkach profesora entomologii. Korlicki chciał się szarpnąć, ale uchwyt Trzaskiego był żelazny niczym kotwica transatlantyku.

- Najpierw pokażesz mi gdzie ten facet jest, a potem możesz iść łapać trypra!!! – dokończył detektyw niemal dobrodusznym tonem, widząc minę młodzieńca. Ten skinął głową.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

***


Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Trzaski rozpoczął długotrwałe prace wydobywcze w lewym uchu.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Palec z chirurgiczną precyzją podjął się polerowania wnętrza nosa.

Łup – ŁUP – łup - ŁUP! Łup – ŁUP – łup - ŁUP!

Łup – ŁUP – łup - ŁUP...

- Tam jest, kurwa!!! – wrzask dzieciaka powstrzymał detektywistyczne paluchy przed zagłębieniem się w bardziej niewymowne zakamarki. Trzaski przerwał natychmiast zajęcie i możliwie jak najdyskretniej wykręcił głowę. Na szczęście dla niego rzeczony Bielski zwrócony był w przeciwną stronę.

Uważny czytelnik już teraz pewnie dostrzeże interesujący moment na sytuację komiczną. Żaden z naszych bohaterów nie dysponuje przekonującymi dowodami na potwierdzenie tożsamości człowieka stojącego przy barze. Zdjęcie, które Trzaski otrzymał od Bielskiej nie korespondowało z barczystym, nażelowanym facetem w hawajskiej koszuli i okularach przeciwsłonecznych (żel na siwych włosach i ciemne okulary noszone na dyskotece często idą w parze, niestety), obejmującym zgrabną blondynkę. Trzaski zdawał sobie sprawę, że Bielski nie pojawi się w takim miejscu w służbowym garniturze. Po to był mu między innymi potrzebny siostrzeniec. Ani on, ani też jego kolega nie mieli jednak stuprocentowej pewności.

Najzabawniejszym zapewne dla czytelnika byłoby rozwiązanie w stylu komedii pomyłek – Trzaski popada w konflikt z quasiBielskim, zostaje odprowadzony przez ochronę do drzwi, boleśnie skopany a dopiero leżąc w kałuży własnej krwi dowiaduje się od przypadkowego przychodnia, iż nagabniętym był na ten przykład emerytowany nauczyciel wuefu. Bardzo byłoby to śmieszne.

Traf jednak chciał, iż mężczyzną przy barze był faktycznie Jarosław Bielski. Takie sytuacje zdarzają się czasem w życiu, w którym nie słychać sitcomowych rechotów zza planu.

Trzaski starał się prowadzić dyskretną obserwację. Nie było to proste, gdyż dotychczas dokonywał tego siedząc w samochodzie przed domem klienta, ewentualnie wynajmując pokój w hotelu naprzeciw lokum, w którym odbywać się miały miłosne igraszki. Trzymając pokal z piwem przy twarzy i łypiąc co chwila na stojącą przy barze parę był mniej więcej tak dyskretny, jak głośne wiatry puszczane w opustoszałej katedrze.

Szczęśliwie dla niego, okoliczni ochroniarze, dyskretnie porozmieszczani po klubie, uznali, że obiektem jego natrętnego gapiostwa nie był szef lokalu, a jego urodziwa partnerka. Pokiwali głowami z uznaniem dla jędrnej pupy i zgrabnej figury nowej dziewczyny szefa, po czym wrócili do niewdzięcznej lustracji nabuzowanych chemią imprezowiczów.

Nie wiadomo, skąd się wzięła umiejętność wyczuwania czyjegoś wzroku na sobie. Być może jest to jakaś pozostałość po ukrytych w gąszczach sawannowej trawy tygrysach. Zawsze dobrze jest mieć zdolność takiego wyczuwania, by uniknąć zostania czyimś obiadem. Bez względu jednakże na kulinarne zamiłowania Marcina Trzaskiego, jego wzrok przykuł w pewnym momencie uwagę atrakcyjnej blondynki.

Ponieważ już niedługo okaże się, że piękna towarzyszka Jarosława Bielskiego okaże się jednym z czołowych szwarccharakterów opowieści, jakże kuszącym byłby w tym momencie zabieg umieszczenia demonicznego błysku w jej lazurowych oczach, diabolicznego uśmiechu czy wrzasku jakiejś strzygi z czeluści Tartaru, umiejętnie wklejonej w ścieżkę dźwiękową. Ponieważ jednak tego typu zabiegi skończyły się wraz z tanimi horrorami z lat osiemdziesiątych, a dziewczyna (co już teraz możemy obiecać) nie zmieni się w kolejnych rozdziałach w kraba, ślimaka bądź olbrzymią fokę (wybacz, czytelniku, że zagadka nie została jeszcze rozwiązana!) – pozostańmy przy tym, że jej spojrzenie omiotło Trzaskiego z uwagą poświęcaną zwykle muchom rozpaćkanym na masce samochodu. Prychnęła lekko, wcale nie demonicznie, po czym odwróciła się do swojego partnera.

Trzaski obserwował ich przez chwilę, jak rozmawiają z menedżerem baru. Bezustanna łupanina skutecznie zagłuszała przebieg pogawędki, a nasz detektyw nie miał, niestety zdolności czytania z ruchu warg. Co by zrobił Eastwood, pomyślał, a Gnom odszepnął „Dałby się zastrzelić, bez dublera”. W końcu wpadł na pewien pomysł

Kiedy zobaczył, że para wychodzi na zaplecze baru, pochylił się nad uchem rozochoconego siostrzeńca.

- Jasiek!!! Muszę wyjść!!! Się wyrzygać!!! Pilnuj się!!! – szepnął swoim najdyskretniejszym wrzaskiem. Dzieciak zbył go machnięciem ręki.

Udając jak najlepiej potrafił zamroczenie alkoholowe, detektyw odtoczył się w kierunku wyjścia z klubu. Wybełkotał coś ochroniarzom o potrzebie przewietrzenia się. Dwóch olbrzymów, wyglądających jak ulepieni z tej samej gliny (przez nazbyt napalonego neolitycznego rzeźbiarza o kończynach dotkniętych artretyzmem, warto dodać) spojrzało tylko na jego koszulkę i parsknęło tubalnym śmiechem, który niejednemu idealiście mógłby podważyć hipotezę o człowieku jako o koronie stworzenia.

- Za wjazd będzie musiał raz jeszcze zapłacić! – warknął jeden z nich.

Trzaski pokiwał głową, po czym teatralnie przytrzymując dłonią usta, wybiegł, zataczając się, na świeże powietrze. Odprowadził go rechot ludzi, których śmieszą wypadki samochodowe oraz bąki o zmiennej modulacji dźwięku.

Kiedy już zaczerpnął ożywczego tlenu, pozbawionego setek spoconych pach, ust oraz innych części ciała, wciąż grając pijanego przygłupa, zaczął krążyć wokół knajpy. Piękny, poniemiecki budynek, teraz upstrzony jaskrawą farbą, wielkim logiem dyskoteki oraz mottem zachęcającym klientelę („Normalnie Nowy Jork!!!!”, cztery wykrzykniki mówiły same za siebie) pulsował wybijanym przez głośniki monotonnym rytmem. Stare cegły przesiąkły intensywnym odorem moczu i alkoholu, a skradając się ku bocznemu wejściu, Trzaski musiał wciąż uważać na porozbijane wszędzie szkło. Nie mogąc się powstrzymać, zerknął w kierunku nieboskłonu, gdzie nie przesłonięta ani jedną chmurą widniała połówka tarczy księżyca. Westchnął. Czasami satelity nie mają wyczucia narracji.

Dopełznąwszy do małych, okutych stalą drzwi, Trzaski oparł się o mur, wsadził dwa paluchy w gardło i ostentacyjnie zwymiotował. Pamiętał przy tym, żeby ubrudzić lekko wydzieliną odzież, by zachować wiarygodność. Chęć o zachowanie pozorów przyćmiła jednak chęć zachowania warunku „lekko”.

Podciągnął lepiącą się koszulę. Był dumny z tego pomysłu, choć starał się wymazać z pamięci fakt, iż zaczerpnął go z komiksu o Człowieku Pająku. Znalazł ów komiks u siostrzeńca na biurku i zafascynował go ukryty w pasku wyglądającego jak błazen superbohatera aparat fotograficzny, utrwalający najciekawsze sceny walk odzianego w czerwone kalesony Człowieka Pająka z równie idiotycznymi superłotrami. A choć nie miał zielonego pomysłu, w jaki sposób stworzyć takie miniaturowe cudo, postanowił sięgnąć do słynnej polskiej pomysłowości. Przy jego tuszy, która tym razem okazała się być błogosławieństwem, wystarczyła zakupiona za grosze idiotenkamera, pasek do spodni oraz spora dawka taśmy izolacyjnej. Teraz wystarczyło tylko unieść brzuszysko i czekać na okazję.

Okazja przedłużała się.

Trzaski postanowił zająć się swoją ulubioną rozrywką, ale powstrzymał się, oglądając pozostałości pokarmu umiejscowione na pacach.

To stanowczo za długo trwa, pomyślał. Harry’emu takie oczekiwania zajmują zaledwie parę minut, wliczywszy przerwę na reklamy...

Miał już rezygnować, kiedy drzwi od zaplecza uchyliły się z zachęcającym skrzypnięciem. Mała lampka, umiejscowiona nad futryną zamigotała filmowo, jak gdyby wyczuwała swój wielki moment.

Trzaski rozejrzał się wokoło, oceniając drogę ewentualnej ucieczki. Na głowę włożył leżącą obok reklamówkę (to był jego prywatny pomysł – widząc człowieka w torbie na głowie, stanowczo niewielką uwagę poświęca się na analizę innych fragmentów ciała, na przykład aparatu umiejscowionego w okolicach krocza) a wolną ręką sięgnął znacząco pod brzuch.

Krzycząc coś niezrozumiale na pracownika obsługi, Jarosław Bielski wyszedł stanowczym krokiem z lokalu. Potężnym ramieniem obejmował wesoło (nazbyt teatralnie wesoło, warto dodać) chichoczącą blondynkę. Odwrócił się w kierunku niewidocznego adresata przekleństw i pogroził mu owłosionym kułakiem. Trzaski zatoczył się, jak na pijaczka przystało i w miarę ostrożnie celując aparatem w kierunku pary, nacisnął guzik urządzenia.

Bielski odwrócił głowę, słysząc rozdeptywane pod stopami detektywa szkło. Jego towarzyszka przestała chichotać i zmrużyła oczy, burząc na chwilę wizerunek łatwej i chętnej panienki do towarzystwa.

- Wypierdalaj stąd obszczymurze! – warknął, a Trzaski w dosadnie uniżony sposób, zaczął się oddalać od obu postaci. Przez chwilę spojrzenia detektywa oraz blondynki zetknęły się.

- Gi meg rosiner! – syknęła, wskazując na krocze Trzaskiego. Bielski zmrużył stalowe oczy, dostrzegając najwidoczniej ukryte talenty detektywa, bowiem zawołał ochronę, otwierając gwałtownie drzwi zaplecza.

Trzaski rzucił się do ucieczki. Nie odwracając się, słyszał za swoimi plecami odgłosy pogoni, prowadzonej przez dwie pary bardzo ciężkich stóp.

Otyli ludzie biegają w bardzo interesujący sposób. Wydawałoby się, iż masa, którą dysponują czyni z nich kiepskich sprinterów, jednakże rozpędziwszy się do należytej prędkości dalszą drogę pokonują samym tylko pędem własnego ciężaru, niczym kula armatnia. Ich tusza zapewnia też dodatkowe korzyści, na przykład lekceważenie pomniejszych przeszkód. Zanim więc ochrona klubu zdołała narzucić przyzwoite tempo, Trzaski pędził już do przodu niczym pocisk.

Reguły komedii wymagają w takiej sytuacji pozostawionej na chodniku skórki od banana, jednakże kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem. Banan nie jest owocem spożywanym na co dzień, trudno też wymagać od bywalców dyskoteki, by przed pójściem na wypełnioną narkotykami i wódką imprezę grzecznie jedli pełne witamin owoce. Poza tym, trik powtarzany dziesiątki razy zwyczajnie przestaje być śmieszny. Nie tylko na owocach można się wywracać, zmniejszając dystans między goniącym a ściganym.

Czasami, co jest o wiele bardziej prawdopodobne, wystarczą pozostawione na chodniku psie odchody.

- Ty jebany... – ochroniarz złapał detektywa za koszulę. Pech chciał, że za tę część, która była pokryta wymiocinami.

- Kurwa mać!!! – ryknął boleśnie ochroniarz, cofając instynktownie rękę, pięknie obrazując ewolucyjnie wykształcone odruchy, wywołujące odrazę do pełnych szkodliwych substancji rzygowin.

Kiedy drugi wykidajło złapał leżącego na ziemi Trzaskiego za umorusany kałem but, zareagował w podobny sposób, dzięki czemu uwolniwszy od zeszpeconego obuwia stopę detektyw, mógł kontynuować ucieczkę. Pierwszy z nieszczęśników próbował jeszcze raz pochwycić uciekiniera, jednakże po sekundzie zorientował się, że trzyma w dłoniach strzęp odzieży, a tłusta figura oddala się coraz szybciej.

- Łysy, Mały, do mnie!!! – Bielski przywołał swoich goryli. – Nawet takiego spaślaka, kurwa, nie potraficie złapać?! Co ty, kurwa, masz na łapie, Łysy?

- No... gówno, szefie... – mruknął ochroniarz, wycierając wytatuowane łapsko w pobliski mur.

- Pewnie jakiś fotograf z dupy – żachnął się Bielski. – Czego to, kurwa, uczą w tych „SuperPlotkach”? No nie, Mario?

Głos mu lekko zadrżał, kiedy próbował usprawiedliwić nieudolność swoich ochroniarzy. Spojrzał pytająco na partnerkę.

- Pewnie tak... – mruknęła kobieta. Mówiła krystalicznym sopranem z domieszką germańskiego akcentu. Powoli, omijając skruszonych goryli, podeszła do leżącego na ulicy strzępka koszuli. Podniosła go delikatnie i przez moment przyglądała się wzorom na tkaninie.

- Różowa koszula w ananasy? – zajrzał jej przez ramię Bielski – Kto, kurwa, nosi takie...

Kobieta nazwana Marią uniosła upierścienioną dłoń na znak milczenia. Biznesmen skarlał momentalnie, wywołując nerwowe uśmieszki na twarzach wykidajłów. Przyglądał się przez chwilę jej błękitnym, dużym oczom, analizującym coś w niezmierzonych głębiach umysłu.

Odwróciła się w jego stronę. Oczy pałały jej nieziemskim blaskiem.

- To nie reporter. To kipande ya panya... – Milczała przez moment. - Wat ek wil gee vir 'n eier... – warknęła, ułożywszy dłonie w dziwny znak.

Biznesmen spojrzał na nią, nie rozumiejąc niczego.

- Mam go znaleźć?

***


Trzaski dyszał ciężko, opierając się o ławkę w parku imienia Jana Kasprowicza. Analizował coś w głowie, a kiedy przypomniał sobie o pozostawionym w „Neon Noe” siostrzeńcu, otworzył z przerażeniem oczy i poczłapał z nową energią w kierunku pomnika Trzech Orłów, cały czas nasłuchując podejrzanych odgłosów. Kiedy dotarł do budki telefonicznej, grzebał przez chwilę w pamięci, po czym wykręcił numer.

- Aspirant Nienacki, w czym mogę pomóc? – warknął bardziej, aniżeli zapytał zaspany głos.

- Robert? Tu Marcin – wydukał niepewnie detektyw. – Stawiam litra wódki, ale musisz mi pomóc wyciągnąć jednego gówniarza z pewnej knajpy...

Justyna mnie zabije, pomyślał.

Gnom zachichotał, sugerując, że wściekła siostra jest jedynie uwerturą dla prawdziwej symfonii mordu, jaka go czeka.
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez l1l1th » 15 lip 2011, o 21:46

Przyjemnie się czyta :)
Avatar użytkownika
l1l1th żeńska
Student Magii
 
Posty: 75
Lokalizacja: oświęcim
Reputacja: 40

Poprzednia strona

Powrót do Wieża sztuk

Nasłuchujący Mnisi z Ramtopów ćwiczą swój słuch, aż potrafią na ucho określić wysokość karty do gry. Za swe zadanie uważają wsłuchanie się w subtelne odgłosy wszechświata, by na podstawie skamieniałych ech ustalić pierwsze dźwięki.

Muzyka duszy, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron