Gdzieś w niezbadanych otchłaniach mojego biurka (nawet Cejrowski by tam nie dotarł, czy to w butach, czy też boso) żyje sobie jakaś mała cholera, co to mi wszystkie słodycze wyjada. Bo to przecież jest niemożliwe, żeby tak szybko się kończyły! Włożę taką czekoladę do szuflady, żeby grając mieć ją pod ręką i chwilę (no, może ze 2) później jak sięgam, to moje palce napotykają sam papierek i sreberko.
Istnieje także druga teoria mówiąca, iż to któraś z tajemniczych cywilizacji, które na przestrzeni wielu lat składowania różnych gratów, zadomowiły się u mnie w szufladach i które uważają mnie za Boga-Imperatora. Jeszcze kilka takich akcji a zacznę się poważnie zastanawiać nad zesłaniem Armageddonu w postaci środków czyszczących i selekcji zbieranych i zakonserwowanych "przydasiów".
Czekoladowym skrytożercom mówimy nie!
