Klejenie cz. III
Wtem z kąta wychynął rozchybotany haniebnie Maurycy wraz ze Śliczną która niosła na plecach Octavo. Myślak popatrzył na nie i stwierdził, że to jednak powinno być coś innego – coś, co przypomina wielbłąda, lecz jedynie pod względem wyjątkowego talentu doobliczania źdźbeł siana. Rozpoczął więc poszukiwania. A szukał uniwersyteckiego Pióra Egzekucji należącego do G.S.P. Dibblera, który właśnie zajmował się sprzedawaniem swych świeżutkich i absolutnie niepowtarzalnych pasztecików, które wyglądały malutkimi oczkami na nieświadomego zagrożenia klienta z dalekiego Klatchu noszącego na głowie tradycyjny turban od Al-jibliego (odpowiednik Dibblera z Klatchu) który niestety sprzedał mu coś o niezidentyfikowanym kształcie i zapachu, które rozwarło swe szczękoczułki z zamiarem ugryzienia go w rytualny starożytny pośladek z znamieniem w kształcie obrażonego oposa.
Nagle ogromny meteor przeleciał dokładnie nad wciąż skonfundowanym Vimesem, stojącym w wielkiej kałuży czegoś bardzo lepkiego. Ze straszliwym grymasem sięgnął po swą nie zastąpioną i absolutnie wyjątkową zabojcza marchewke, która, jako Nieodłączny Gadżet Strażnika, miała służyć do przemiany zwykłych ludzi w szarlotkę i ciasto migdałowe.
Wtem niebo pociemniało i zstąpił zeń Rincewind w ognistym rydwanie ciągniętym przez cztery piekielne kreatury z pomarańczowymi dzwoneczkami i różowymi kokardkami na cienkich oklapniętych uszkach. Rincewind miał na głowie Kapelusz z mnóstwem maleńkich, dyndających życiomierzy. Na to pojawił się Śmierć, przypadkiem ukazując Rincewindowi jego klepsydrę, która była niezwykle niezdecydowana w istotnej dla niego sprawie życia i śmierci, a także babeczki nadziewanej nadziewanej nadzieniem, zrobionym z nadzianego kajeputa w nadziewanym wiśnią sosie o truskawkowym nadzieniu, nadzianym nadzianymi nadzieniami tak bardzo, że nadzienie aż nadziało się same i kapło
* po kościach Śmierci, który zdezorientowany spojrzał na źródło nadzienia.
*Nie miałam serca zmieniać na „kapnęło”