Zakochałam się w cyklu o Śmierciu był on niewątpliwie moim ulubionym. Potem czytałam o Wiedźmach, o straży jakoś tak nie mogłam przejść pierwszych stron "Na glinianych nogach". I nagle, ponieważ skończyły mi się "preczety" a mama kupiła mi "Piątego elifanta" to stwierdziłam - no dobrze, trzeba dokupić wcześniejsze z cyklu i przeczytać, jak kochać to kochać wszystko

. No i wyszło tak, że wciągałam, pożerałam, pochłaniałam (a raczej one pochłaniały mnie bez reszty) kolejne tomy. "Na glinianych..." w jedne wakacje odczytałam na głos w ramach bycia domowym radiem i było to moje podajże trzecie czytanie. "Straż nocna" na wdechu, przy końcowych stronach "Łupsa" miałam ręce spocone z nerwów, bo przecież "Gdzie jest moja krówka" i sposób w jaki Mistrz stopniował napięcie a zegar zabił i dziecko i Sybil i.... ACH!
A zdanie ze "Straży" o leżącym w rynsztoku Vimesie, gdzie następuje porównanie miasta do dziwki czytałam z 50 razy....
I choć Śmierć należy do czołówki moich ulubionych bohaterów, to jednak Straż bezkonkurencyjnie podbiła moje serce