Mój scenariusz wygląda tak /ekhm, ekhm/:
Ostatnie Wuwuzele pokonują Rodaków Mojego Ulubionego Arbitra i trafiają w półfianle na, rozpędzonych niczym lokomotywa pogwizdująca w rytm samby i rozjeżdżająca Depresyjnych Pomarańczowych, - Niezwyciężonych Canarinhos, z którymi jednak nie mają szans więc trafiają do meczu o trzecie miejsce, w którym napotykają /tu ciśnie mi się na klawiaturę słowo "Hiszpanię" jednak ponieważ zobowiązana jestem do jakiejś obrazowej parafrazy decyduję się na:/ Walecznych Matadorów - Pogromców Pana Żelusia, którzy to w cwiercfinale przespacerowali się po Nudnych Jak Kluchy z Olejem Mistrzach Stu Dwudziestu Minut Gry I Wymęczonego Zwycięstwa Nad Zawodnikami, Którzy Nazywają Się Jak Samochody Albo Niewielkie Fragmenty RNA /to było ładne, prawda?/ i zmuszeni są /Wuwuzele/uznac bezsprzeczną wyższośc Europejczyków, których do meczu o trzecie miejsce wysłała Ekipa Diego Armando uprzednio skopawszy dupy Szwabom co najmniej 5:O /Messi w końcu strzela przynajmniej 3 bramki, które mu się od dawna należą jak chłopu ziemia/. W ten do sposób dochodzi do niezapomnianego, pięknego i zapierającego dech w piersiach finału miedzy Nadal Niepokonanymi Canarinhos a Niepowstrzymanymi Podopiecznymi Maradony. Ja zaś oglądam ten mecz ze łzami w oczach nie mogąc się zdecydowac: Messi czy Kaka, Diego Armando /ktoś zauważył, że on nosi zegarki na obu rękach?
A teraz ten wspaniały scenariusz zrewiduje idiotyczna rzeczywistośc.

