Robiłam porządek na komputerze, bo przy tej ilości materiałów jakie muszę otworzyć celem nauczenia się na egzamin z fizyki potrzebowałam uwolnić RAM i przypomniałam sobie przez to właśnie o tym fragmencie. Nie mam w zwyczaju pisać fanfiction (głównie dlatego, że znane mi z innych mediów postaci wydają się w moich oczach tracić charakter gdy ja nimi piszę), ale to jest tak trochę z pogranicza mam wrażenie. Mamy tu Młodego Sama, w czasie rozgrywania się tej sceny liczącego sobie już lat kilkanaście (w mojej głowie waha się to między 15 a 18) oraz postać wymyśloną wieczorem po zbyt długiej sesji z naukami ścisłymi. Przedstawiam małą Poziomkę Żelaznywładsson, gdyż mam zbyt duży sentyment do pary Marchewy i Anguy
Młody Sam na ułamek sekundy przystanął.
Nie wydawało mu się - z ciemności między budynkami wpatrywały się w niego jaskrawożółte oczy. Mało ludzkie oczy, choć jeszcze nie do końca zwierzęce.
Ojciec zawsze mu powtarzał, że jeśli idziesz w nocy przez miasto i coś na ciebie patrzy z ciemności to najczęściej nalepiej niezbyt nerwowym krokiem oddalić się poza zasięg tego wzroku. Najlepiej szybko, jeśli to możliwe.
Ale te oczy były dziwnie znajome. Nie były przez to tak do końca niepokojące - nie tak jak powinny w normalnych warunkach.
Ale gdzie je już wcześniej widział?
Wbrew zdrowemu rozsądkowi czy poradom ojca stał w miejscu, przyglądając się ślepiom w zamyśleniu.
Stworzenie poruszyło się niemal niezauważalnie, cicho na niego prychając. Spróbowało się chyba wycofać, ale w efekcie dało się dostrzec...
Czerwone włosy.
- Poziomka? - zaryzykował z lekkim zaskoczeniem w głosie.
Stworzenie pufnęło na niego, znowu drepcząc w miejscu. Zdecydowanie cokolwiek to było miało czerwone futro, co raczej było rzadko spotykane u większości lokalnych potworów, przynajmniej na tyle na ile kojarzył.
- Poziomka, to ja, Sam - część niego nadal próbowała zmusić go do odejścia tak na wszelki wypadek, jednak geny jego matki zdawały się być w tej chwili silniejsze niż nauki ojca.
Stwór powęszył przez chwilę w powietrzu, aż w końcu z ciemności powoli wyłonił się wilczy, ogniście czerwony łeb, a spojrzenie żółtych ślepi złagodniało trochę.
Czyli jednak to była faktycznie Poziomka Żelaznywładsson. Młody Sam pogładził wilkołaczkę po głowie uspokajająco, w końcu ostatecznie miał do czynienia z pięciolatką. Jednocześnie rozejrzał się dyskretnie dookoła za drugim wilkiem.
- Uciekłaś swojej mamie? - młoda wilczyca pokręciła głową. - Niani? - tym razem odpowiedziało mu potwierdzające skomlenie.
Samuel zastanowił się.
- Ale co ty tu robisz? Przecież umiesz pewnie wywęszyć drogę do domu.
Znowu zaskomlała, wyraźnie nie pojmując różnicy w sposobach wyrażania się.
- Poziomka, ale musiałabyś zmienić się w człowieka żebym zdołał zrozumieć co mówisz.
Wilkołaczka na moment się nastroszyła, sprawiając że młodzian zrobił zachowawcze pół kroku wstecz, jednak ostatecznie nic się nie stało.
- Nie umiesz jeszcze tego kontrolować? - spróbował zgadnąć. Poziomka pokiwała głową.
Z oddali dało się słyszeć jakieś głosy, co było normalne w mieście nawet o tej porze. Wilczyca jednak położyła uszy po sobie, wycofując się z powrotem do cienia.
Wtedy dopiero zrozumiał.
- Boisz się, że ktoś cię zobaczy?
Żółte ślepia spojrzały na niego, a Poziomka ponownie zaskomlała.
W sumie jakby się zastanowić... Oficjalnie pozwolono tezie o wilkołaku w straży przeistoczyć się w swoistą legendę - mimo ewentualnych świadków sprawa zawsze była ostatecznie subtelnie przyklepana i nikt jakoś chciał być tym, kto osobiście to sprawdzi.
Cóż, oficjalnie też nie wiedział o prawdziwej naturze sierżant Anguy. Lub raczej wiedzieć nie powinien. Nie jego wina, że podobnie jak jego ojciec wolał, kiedy otaczające go tajemnice nie były takie do końca tajemnicze.
Przeczesał w zamyśleniu gęste, zaczesane do tyłu (lecz już niekoniecznie pozostające w tym stanie dobrowolnie) włosy.
Teoretycznie miał się nie włóczyć po nocy. Teoretycznie tym bardziej nie powinien chodzić ciemnymi, wąskimi uliczkami w przeciwnym kierunku do jego domu.
Z drugiej strony jednak jego matka powtarzała zawsze, że nie można zostawiać przyjaciół w potrzebie, więc raczej nie będzie problemu jeśli odprowadzi małą do domu, nie? Przy odrobinie szczęścia trafią po drodze na jej matkę albo kapitana Marchewę, przez co będzie mógł wcześniej wrócić. A jak już będzie sam będzie mógł iść tymi szerszymi, dobrze oświetlonymi ulicami, uznawanymi przez lady Sybil za bezpieczniejsze.
Z tą myślą podszedł bliżej do wilkołaczki.
- Chodź, odprowadzę cię - zaproponował łagodnie.
Na szczęście jesteś jeszcze mała, więc łatwiej będzie wmówić, że jesteś po prostu dziwnym psem, zwłaszcza z tym rudym futrem, dodał już w myślach, gdy Poziomka posłusznie ruszyła tuż przy jego nodze.
