...Hwel w "Trzech wiedźmach":
Cząstki czystego natchnienia bez przerwy przebijają wszechświat. Co jakiś czas któraś z nich trafia w gotów do jej przyjęcia umysł, który następnie odkrywa DNA, formę sonaty na flet albo metodę produkcji żarówek przepalających się dwa razy szybciej. Jednak większość tych cząstek chybia.
Większość ludzi przez całe życie nie zostaje trafiona nawet jedną.
Niektórzy mają jeszcze większego pecha. Trafiają w nich bez przerwy.
Taki właśnie był Hwel. Natchnienia, w ilości wystarczającej dla stworzenia pełnej historii sztuki scenicznej, trafiały bezustannie do niewielkiej twardej czaszki, zaprojektowanej przez ewolucję dla funkcji nie bardziej spektakularnych niż wyjątkowa odporność na ciosy topora.
Hwel polizał pióro i nieco zawstydzony rozejrzał się po obozowisku. Nikt nie patrzył. Ostrożnie podniósł Maga, odsłaniając drugi stos kart papieru.
Nie była to kolejna chałtura. Każdą stronicę zrosił potem; słowa były wpisane mozaiką kleksów, skreśleń i drobno nabazgranych dopisków. Hwel przyglądał się im przez chwilę, samotny w świecie
złożonym tylko z niego, następnej czystej strony i hałaśliwych, grzmiących głosów, które nawiedzały go w snach.
Zaczął pisać.
[...]
Zamknął okno, wrócił do biurka, chwycił pióro i przysunął nową ryzę papieru. Pewna myśl przyszła mu do głowy: Cały świat naprawdę był sceną - dla bogów...
Zaczął pisać.
Cały Dysk Teatrem jest jedynie, zanotował. A mężczyźni wszyscy i kobiety to zaledwie aktorzy.
Popełnił błąd i przerwał; spadła kolejna cząstka natchnienia i pchnęła jego myśli na całkiem nowe tory.
Spojrzał na słowa na papierze i dopisał: Prócz tych, co sprzedają prażoną kukurydze.
Po chwili skreślił wszystko i spróbował jeszcze raz: Niczym scena w Teatrze jest Świat, na której wszelkie Osoby są aktorami.
Tak chyba było lepiej.
i z "Czarodzicielstwa:
W wielowymiarowych światach multiversum jest faktem powszechnie znanym i uznanym, że duża część naprawdę wielkich odkryć zawdzięcza swe istnienie jednej krótkiej chwili natchnienia.
Oczywiście, poprzedzają ciężka praca, ale tym, co domyka teorię, jest widok - powiedzmy - spadającego jabłka, parującego garnka czy wody przelewającej się przez brzeg wanny. Coś zaskakuje w głowie obserwatora i wszystko układa się po kolei. Kształt łańcuchów DNA, jak głosi popularna opowieść, zawdzięcza swe odkrycie przypadkowemu widokowi spiralnych schodów w chwili, gdy umysł naukowca znajdował się we właściwej temperaturze receptywnej. Gdyby uczony skorzystał z windy, cała nauka genetyki mogłaby dziś wyglądać całkiem inaczej*.
Zjawisko to uważa się zwykle za cudowne. To nieprawda. Jest tragiczne. Maleńkie cząsteczki natchnienia wciąż pędzą przez wszechświat, przebijając najgęstszą materię tak, jak neutrino przebija stóg cukrowej waty. I większość z nich chybia.
Co gorsza, większość z tych, które trafiają w mózgowy cel, trafia w niewłaściwy.
Na przykład niezwykły sen o ołowianym obwarzanku na milowej wysokości kratownicy, który w odpowiednim umyśle stałby się katalizatorem wynalazku represyjno-grawitacyjnego generatora
elektryczności (taniego, niewyczerpanego i absolutnie bezpiecznego źródła energii, którego pewna cywilizacja poszukiwała od stuleci i z braku którego wywołała straszliwą i bezsensowną wojnę)...
Ów sen przytrafił się małej, wystraszonej kaczce.
Inny pechowy przypadek sprawił, że widok stada białych koni, galopujących przez pole hiacyntów, nie umożliwił kompozytorowi stworzenia słynnej „Suity Uciekającego Boga", która sprowadziłaby poczucie spokoju i braterstwa na dusze milionów słuchaczy. Niestety, leżał on w łóżku chory na półpaśca. Natchnienie trafiło zatem najbliższą żabę, a ta nie miała możliwości wniesienia znaczącego wkładu w dziedzinę poezji tonów.
Liczne cywilizacje dostrzegały to wstrząsające marnotrawstwo i rozmaitymi sposobami usiłowały mu zapobiegać. Większość tych metod polegała na przyjemnych, choć nielegalnych próbach dostrojenia umysłu do odpowiedniej długości fal, z wykorzystaniem egzotycznych ziół albo produktów fermentacji drożdży. To nigdy nie jest skuteczne.
I tak Kreozot, który marzył o natchnieniu, pozwalającym mu stworzyć możliwie piękny poemat o życiu, filozofii, i jak to oba te zjawiska wyglądają o wiele lepiej oglądane przez dno szklanicy wina, niezdolny byt do jakichkolwiek osiągnięć w tej dziedzinie, talentu poetyckiego miał bowiem tyle, co hiena.
Dlaczego bogowie pozwalają na takie rzeczy, nadal pozostaje tajemnicą.
Niezbędny dla precyzyjnego i zrozumiałego wyjaśnienia tej kwestii rozbłysk natchnienia rzeczywiście nastąpił, ale stworzenie, któremu się przytrafił - mała samica sikorki modrej - nie potrafiła przekazać swej idei, mimo kilku wiadomości wyjątkowo pracochłonnie zakodowanych na kapslach butelek z mlekiem. Dziwnym zbiegiem okoliczności filozof, który tej tajemnicy poświęcił wiele nieprzespanych nocy, tego samego ranka obudził się ze znakomitym i pomysłem, jak wydobywać ziemne orzeszki z ptasich karmników.
Co z kolei gładko doprowadza nas do tematu magii.
W niezgłębionej dali, wśród mrocznych otchłani kosmosu, mknie przed siebie pojedyncza cząsteczka natchnienia, nieświadoma swego przeznaczenia. I bardzo dobrze, ponieważ przeznaczenie owo nakazuje jej uderzyć -już za kilka godzin - w niewielki obszar mózgu Rincewinda.
Byłoby to przeznaczenie ciężkie, nawet gdyby kreatywne jądro mózgu Rincewinda miało jakiś sensowny rozmiar. Ale karma cząsteczki postawiła ją przed problemem trafienia z odległości kilkuset lat świetlnych w ruchomy cel wielkości rodzynki. Niełatwo jest być maleńką subatomową cząsteczką w wielkim i ciemnym wszechświecie.
Jeśli jednak uda się jej ten wyczyn, Rincewindowi przyjdzie do głowy poważna idea filozoficzna. Jeśli nie, pobliska cegła wpadnie na pomysł, z którym zupełnie nie potrafi sobie poradzić.