przez Marek_Sobczak » 21 mar 2015, o 14:21
Zmarł Terry Pratchett.
Strasznie dziwnie pisze się te słowa.
Choć minął ponad tydzień to jednak wciąż coś jest zdecydowanie nie tak w tym zdaniu. Świadomość nie chce przyjąć tego jako niezaprzeczalny fakt.
Czekałem z podsumowaniem wspomnień o Terrym, bo nie chciałem by były one pełne post-traumatycznych, emocjonalnych wykrzykników.
Myślę, że już nadszedł odpowiedni czas.
Terrego spotkałem w życiu dwa razy, z czego przez połowę pierwszego spotkania mój mózg nie działał nawet w połowie swojej wydajności.
Kiedy pojawił się nagle u wejścia do Discworld Emporium całkowicie się zawiesiłem i wykrztusiłem z siebie coś na kształt: „Cześć Terry! Popatrz mam koszulkę z Twoim imieniem. Fajna?”. Tak proszę państwa. Tak to było.
Nie dziwcie się mi. To tak jakby wpadający w fanatyzm chrześcijanin spotkał nagle Jezusa i miał zaledwie parę sekund by się z nim przywitać. Ciężko spodziewać się wtedy wielkiej elokwencji.
Kiedy jednak emocje trochę opadły Terry okazał się być dokładnie taki jakim o sobie wyobrażałem. Serio.
Często w naszych głowach tworzymy obrazy ludzi, których nie znamy, a rzeczywistość szybko weryfikuje je, zwykle na niekorzyść obiektu wyobrażeń.
W wypadku Terrego okazało się, że wyobrażenia były bardzo trafne.
To ciepły, przyjazny, towarzyski starszy pan z niezwykłym poczuciem humoru. Dusza towarzystwa i magnes przyciągający ludzi pozytywnie zakręconych.
Kiedy później, tego samego dnia miałem kilka minut by porozmawiać z nim osobiście, znów pokazał, że nie jest celebrytą tylko przyjaznym starszym panem z którym można porozmawiać o wszystkim.
Choćby o ulubionych alkoholach i ich wpływie na literaturę.
Wtedy też Terry uścisnął mi rękę.
Nie miał mocnego uścisku a przez chorobę nie do końca potrafił ocenić prawidłowo dzielącą nas odległość.
Ale to i tak był moment, który zapamiętam na zawsze. I będę opowiadał o nim moim wnukom.
Uścisk był szczery. Nie taki jaki oferują politycy zabiegający o głosy podczas kampanii.
Pełen ciepła i bijącej od niego życzliwości.
Pewnie przesadzam teraz trochę, ale ja go tak poczułem. I wtedy poczułem się kimś wyjątkowym.
Takimi właśnie Terry czynił swoich czytelników. Wyjątkowi.
Wyryło mi się też w pamięci jak lgnęli do niego wielbiciele i jak bardzo Terry lubił się nimi otaczać. Zawsze miał czas na pogaduszki i żarty.
Dokładnie rok później w maju 2014 roku spotkałem Terrego po raz drugi i ostatni. W przeciągu tego roku stan Terrego pogorszył się znacząco.
Miał coraz większe problemy z poruszaniem się, jego strój był w nieładzie a guziki przy jego swetrze nie były zapięte. Jedno co się nie zmieniło to zachowanie Terrego.
Pomimo tego, że musiał robić coraz dłuższe przerwy na znalezienie odpowiedniego wyrazu i wielokrotnie gubił wątek to nadal był tym samym ciepłym Terrym.
Opowiedział o nowej książce, powspominał stare czasy i jak zwykle był duszą towarzystwa.
Potem dotarły informacje o tym, że postępująca choroba nie pozwoli mu pojawić się na zlocie fanów. Miałem nadzieję, że to jednorazowa niemoc jednak okazało się, że choroba zaczęła wygrywać z Terrym.
Kiedy dotarła do mnie informacja o śmierci Terrego byłem w pracy. Na początku myślałem, że to jakaś pomyłka.
Jakiś żart.
Wszystko by nie dopuścić do siebie myśli, że to prawda.
Jednak kiedy wszędzie dookoła (kiedy jest się fanem Terrego Pratchetta i ma się dookoła fanów Terrego Pratchetta to nic dziwnego) przewijała się ciągle ta sama informacja, ciągle napływały szczątkowe szczegóły o tym wydarzeniu a znajomi zaczęli wyrażać, każdy w swój własny sposób, żałobę nie było już złudzeń.
Pomimo, że Terrego Pratchetta znałem jedynie z konwentów, to wiadomość o śmierci zabolała jak strata bliskiego przyjaciela.
Sądzę, że to przez to jak wiele z siebie wkładał w swoje książki. Po lekturze Świata Dysku, Trylogii Nomów czy książek z serii o Długiej Ziemi możecie śmiało powiedzieć, że znacie Terrego.
Pewnie jest to tylko ta niewielka część jego charakteru, jednak na pewno każdy z was, kto czytał jego książki, może powiedzieć, że poznał go osobiście.
Dlatego pewnie też wiadomość o jego śmierci zabolała tak mocno nas wszystkich.
Każdy zapewne poradził sobie z żalem i smutkiem na swój sposób. Czy to zbierając się na forum i wymieniając poglądy, czy tworząc wiersze, obrazy, piosenki czy co tam jeszcze wszystkim fanom przyszło do głowy.
Ja po prostu wspominałem.
Starałem się zachować jak najlepiej w pamięci wszelkie szczegóły tego jak wyglądały nasze spotkania i co czułem czytając pierwsze książki jego autorstwa.
A że pamięć mam słabą postanowiłem je spisać.
Mam nadzieję, że pamięć o Terrym nie przeminie tak długo, jak czytelnicy będą sięgać po jego książki.
Pozostaje mi tylko podziękować Terremu za to jak wiele dla mnie zrobił.
Za wszystkie chwile ze strażą i wśród wiedźm. Za niezwykłe spojrzenie na świat przez pryzmat magii. I szczególnie za to, jak łatwo potrafił zgromadzić wokół siebie pozytywnie zakręconych ludzi.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!