Właśnie do mnie dotarło, że nigdy nie miałem okazji spotkać Mistrza in persona... i że już nigdy tego nie dane mi będzie uczynić

Od kilku godzin opłakuję człowieka, który był mi jak ojciec. Którego twórczość dawała mi sens bytu, kazała iść dalej i dalej, pokazywała cel. Teraz cel zniknął za horyzontem. Już go nie dogonię.

Do cholery, jak to jest, że śmierć obcego człowieka przeszywa i boli bardziej, niż kogoś bliskiego, kogo miało/ma się na co dzień? Czas ogłosić żałobę po wielkim człowieku. Będzie to długa żałoba. A co potem? Jak dalej żyć, gdy nie ma Jego? Jak żyć, Panie Praczet??? Ano, jakoś trzeba. A jednak to boli. Boli tak bardzo, że nie wiem, czy kiedykolwiek mi przejdzie. Na szczęście nadal mamy Jego książki...
Żegnajcie, Mistrzu. Śpij spokojnie, Sir Terry. Ja wierzę, że po prostu minął czas Twojego pobytu w Świecie Kuli, że HEX zwyczajnie zmusił Cię do powrotu na Niewidoczny Uniwersytet. I że kiedyś spotkamy się po drugiej stronie czarnej pustyni...
"Nieważne, przed czym czy dokąd się ucieka, dopóki się ucieka. Jedynie ucieczka ma znaczenie. Uciekam, więc jestem. A raczej: uciekam, więc przy odrobinie szczęścia nadal będę" (Eryk)