Ostatnio przeczytałam sobie kilka książek:
"Ostatnie fado" - takie tam powieścidło, kupione przed wyjazdem do Portugalii tylko dlatego, że o Lizbonie. Rzeczywiście, widać że autorka dzieli moją fascynację tym miastem. Starała się oddać atmosferę Lizbony tak bardzo, że efekt przypomina kolorowe kiczowate obrazki ulicznych artystów sprzedawane na starówce. Niby jest to klimatyczne na swój sposób, ale.. no właśnie. To nie jest TA mglista, słodko-gorzka saudade. To nie jest TEN nieuchwytny urok krętych lizbońskich ulic. Mimo wszystko lektura sprawiła mi pewną przyjemność. I lizboński klimat jest zdecydowanie największą zaletą książki, bo fabułę pozwolę sobie pominąć milczeniem.
BTW, jeśli ktoś tak jak ja ma bzika na punkcie portugalskich klimatów, z czystym sumieniem polecam książkę Marcina Kydryńskiego "Lizbona. Muzyka moich ulic" wydaną przez National Geographic - i to nie jest kryptoreklama (no, może lekka.. ale zasłużona

).
"Kronika ptaka nakręcacza" Murakamiego - jak już wspominałam, książka wciągnęła mnie z butami. Jakoś tak wyszło, że czytałam ją z przerwami (tak to jest, jak się czyta 3 książki jednocześnie, no a na wyjazd zabrałam właśnie "Fado"). Niemniej jednak to niewątpliwie jedna z najlepszych rzeczy, jakie przeczytałam w tym roku, absolutnie wyjątkowa i wymykająca się jakimkolwiek schematom, ocenom, recenzjom. Nabyłam już "Norwegian Wood", ale na razie poczekam z nią - mam wrażenie, że książki Murakamiego są jednak w pewnym sensie podobne do siebie, a nie chcę aby mi się pomieszały i zlały w jedno. Zasługują na lepsze miejsce w mojej pamięci.
Trylogia Dartha Bane'a - Star Warsy rzecz jasna. Mój pierwszy kontakt z książkami Star Wars od czasów nastoletnich, zresztą całkiem przyjemny - niezłe czytadło SF. Mam jednak wrażenie, że problem z książkami z uniwersum SW jest taki, że autorzy za bardzo się wkręcają w wyjaśnianie różnych mechanizmów i zjawisk, genezy działania Ciemnej i Jasnej Strony Mocy itp. A moim zdaniem nie na tym opierał się klimat Gwiezdnych Wojen (przynajmniej starej trylogii).