Znalazłam jeszcze jeden fajny fragment w Wiedźmikołaju odnoście P.S. Rona:
Żebracy szli ulicami, cofając się niekiedy i zygzakując. Zaczynał padać wieży poranny śnieg. Od czasu do czasu któryś z nich bekał z zadowoleniem. Wszyscy mieli na głowach papierowe kapelusiki – z wyjątkiem Paskudnego Starego Rona, który swój zjadł.
Z ręki do ręki podawali sobie blaszaną puszkę. Zawierała mieszaninę najlepszych win i mocniejszych alkoholi, a także czegoś, co już było w środku, kiedy Arnold Boczny ukradł ją spod fabryki farb przy Drodze Fedry.
– Gęś była dobra – stwierdził Kaczkoman, dłubiąc w zębach.
– Się dziwię, żeś ją jadł z tą kaczką na głowie – rzekł Kaszlak Henry, dłubiąc w nosie.
– Jaką kaczką? – zdumiał się Kaczkoman.
– A co to było ta tłusta maź? – zapytał Arnold Boczny.
– To, drogi przyjacielu, było pâté de foie gras. Mogę się założyć, że z samej Genoi. I też wyśmienite.
– Pierdzi się od tego, nie?
– Ach, świat haute cuisine – westchnął Kaczkoman z zachwytem.
Często przystając i skręcając, dotarli wreszcie do tylnych drzwi swojej ulubionej restauracji. Kaczkoman popatrzył na nie z rozmarzeniem; mgła wspomnień zasnuła mu oczy.
– Kiedyś jadałem tutaj praktycznie co wieczór – powiedział.
– To czemu żeś przestał? – zainteresował się Kaszlak Henry.
– Ja... właściwie nie wiem. To wszystko... niewyraźnie pamiętam, niestety. Jeszcze z czasów, kiedy wydawało mi się, że jestem kimś innym. Ale – poklepał Artura Bocznego po głowie – jak to mówią „lepszy jest pokarm z butów, gdzie jest przyjaźń, niżeli z karmnego wołu, gdzie jest nienawiść”. Przejdź, proszę, Ron.
Ustawili Rona przed drzwiami i zapukali. Kiedy otworzył kelner, Paskudny Stary Ron uśmiechnął się do niego, demonstrując to, co zostało mu z zębów, oraz swoje słynne halitosis, wciąż całe i na miejscu.
– Tysiącletnia wskazówka i krewetki – powiedział, dotykając palcem grzywki.
– „Najlepsze świąteczne życzenia” – przetłumaczył Kaczkoman.
Kelner usiłował zatrzasnąć drzwi, ale Arnold Boczny był na to przygotowany i wcisnął but w szczelinę*.
– Pomyśleliśmy, że może chcielibyście, żebyśmy przyszli w porze obiadowej i zaśpiewali parę wesołych strzeżeniowiedźmowych piosenek dla waszych gości – zaproponował Kaczkoman. Obok niego Kaszlak Henry rozpoczął już jeden ze swych tytanicznych ataków kaszlu, który nawet brzmiał zielono. – Bez żadnych opłat, ma się rozumieć.
– Bo mamy Strzeżenie Wiedźm – dodał Arnold.
Żebracy, mimo reputacji zbyt fatalnej, by chociaż należeć do Gildii Żebraków, radzili sobie całkiem dobrze – według własnych niskich standardów. Działo się tak dzięki starannemu stosowaniu Zasady Oznaczoności. Ludzie dawali im sporo różnych rzeczy, oznaczało to bowiem, że sobie pójdą.
Po kilku minutach oddalili się, popychając zadowolonego Arnolda otoczonego pospiesznie zapakowanymi darami.
– Ludzie są tacy mili – stwierdził Kaczkoman.
– Tysiącletnia wskazówka i krewetki.
Arnold zaczął badać jałmużnę, podczas gdy reszta sterowała jego wózkiem po topniejącym śniegu pomiędzy zaspami.
– Smakuje... jakoś znajomo – oświadczył.
– Znajomo jak co?
– Jak błoto i stare buty.
– Do licha! To przecież aliganckie żarcie!
– Tak, tak. – Arnold żuł przez chwilę. – Myślicie, żeśmy się nagle zrobili aliganccy?
– Nie wiem. Aligancki jesteś, Ron?
– Demoniszcze...
– No. Dla mnie to brzmi aligancko.
Płatki śniegu zaczęły delikatnie osiadać na rzece Ankh.
– Mimo wszystko... Szczęśliwego Nowego Roku, Arnoldzie.
– Szczęśliwego Nowego Roku, Kaczkomanie. I twojej kaczce też.
– Jakiej kaczce?
– Szczęśliwego Nowego Roku, Henry.
– Szczęśliwego Nowego Roku, Ron.
– Demoniszcza!
– I niech bóg błogosławi każdego z nas – dodał Arnold Boczny.
Zakryła ich zasłona padającego śniegu.
– Który bóg?
– Nie wiem. A którego byś chciał?
– Kaczkomanie...
– Tak, Henry?
– Pamiętasz tego karnego woła, coś o nim mówił?
– Tak, Henry?
– Czemu niby on był karny? Kopnął kogoś na polu czy jak?
– Hm... On był karmny. Zresztą to tylko takie powiedzenie, Henry.
– Nie prawdziwy wół?
– Nie tak zupełnie. Chodziło mi o to, że...
A potem był już tylko śnieg.
Po chwili zaczął topnieć w promieniach słońca.
(...) jeśli nie wiemy, skąd przychodzimy, to nie wiemy, gdzie jesteśmy, a jeśli nie wiemy, gdzie jesteśmy, to nie wiemy, dokąd zmierzamy.A jeśli ktoś nie wie, dokąd zmierza, to prawdopodobnie zmierza w złym kierunku.