HA HA HA ! (jako rzekł Przedzierzgujęcy się...)
/wybaczcie entuzjazm, ale ... śmiem twierdzić że KiZK wiedzą skądże on i uznają, że usprawiedliwiony/
Owszem, można chwalić i wielbić R. Choćby za osiągnięcia w charakterze modystki...
I prawdą jest, iż nikt i nic (nawet drobne gryzonie) nie umieją podnieść ucieczki do wyżyn sztuki i filozofii życia jako on... Atoli.. Koty też są hobby Śmierci (patrz Wiedźmikołaj i ich hordy w domu Tegoż oraz inne niemniej liczne). Ale za to, kto przeżył remont łazienki, łatwo uzna kunszt BGJ i padnie na kolana (albo i twarz - prosto w bidet). Taż nawet Leonard nie mógł się z nim równać! (zwłaszcza w nazewnictwie. Tu bowiem bezdyskusyjnie BGJ jest górą; co ja mówię górą.. Czomolugmą!)
4jola napisał(a):jak on sobie z nimi radzi!
Sorry, że przepraszam, ale "radzi!" ??? chyba raczej "radzi?" Taż on sobie w ogóle nie radzi. Pomagają mu wyżyć (a titolo dimostrativo ma non esauritivo): 1) Największy Bohater na Dysku 2) Pani 3) et consortes ( w tej liczbie Kangur inne boskie emanacje, Dwukwiat itepede, bo za długo by wyliczać!)
Sam w ogóle sobie nie radzi. Z niczym. Żenada! Gdyby nie narrativum oraz alteris multum bohatirum i Mistrz w samej osobie Rincewind sczezłby już w pierwszym rozdziale Koloru Magii!!!! (i to po kilku ledwie stronach!)
Ricewind.. dobre sobie... Głupia ameba potrafi to co on: żyć i nie umierać (chociaż taktykę ma nieco inną.. )