No tak...
Kolejna powieść ze Świata Dysku, tym razem z Moistem w roli głównej. Przyznaję, że bohaterem, którego nie darzę jakąś szczególną estymą (celowy i udany zabieg Terry'ego?). Moist obejmuje mennicę, rozprawia się z przeciwnikami, bla, bla, bla... Pewna osoba, którą z pewną ostrożnością mogę nazwać znajomą, powiedziała kiedyś, że nie ma po co czytać więcej niż jedną książkę Pratchetta, bo wszystkie są takie same. No pewnie, przecież wiadomo jak się skończą (choć nieraz modlę się do Anoi, żeby Pratchett nie postanowił zmienić zdania i uśmiercić któregoś z bohaterów) i mniej więcej jak się potoczą. Nie inaczej jest z najnowszą książką Mistrza
To po co czytać "Świat Finansjery"?
Po to, że książka, podobnie jak nie wiedzieć czemu niedoceniany "Łups!" nie opiera się na fabule, będącej bądź co bądź powieleniem schematu "Piekła..." Ta książka to zbiór smaczków i refleksji na temat nie tylko bankowości, ale i ludzkiej natury, religijności, poczucia obowiązku i wiele wiele więcej. Pratchet z wiekiem coraz bardziej zaczyna kierować się w stronę powiastki filozoficznej, gdzie fabuła i rozwój akcji ma znaczenie drugorzędne.
Właśnie czytam "ŚF" drugi raz, z zaznaczaniem przykładów na powyższe słowa, ale jak na razie, chciałbym zauważyć coś jeszcze. To pierwsza tak rozerotyzowana książka. Właściwie co stronę pojawia się dyskretna aluzja do spraw damsko - męskich, a wszelkie dwuznaczności... no cóż, jak maiwała niania Ogg... wszelkie dwuznaczności mogą znaczyć tylko jedno. Wątpię, aby młodszy czytelnik wyłapał te niuanse, ale wolałbym nie być na miejscu ojca, którego dziecko pyta o znaczenie sensu gumowej "kości" Pana Marudy

.
Tak czy inaczej, Pratchett jest jak wino... Może z dodatkiem ostryg. Szczerze polecam i obiecuję wpisać jeszcze praę słów po dokładniejszej lekturze.
PS. Ale "Łups!" był jednak lepszy, sorry, Winnetou

.