Niestety, musiałem się obejść bez polskich napisów (piszę to celowo, może znajdzie się jakiś odważny, który przetłumaczy ów film?), co znacznie zepsuło mi komfort oglądania filmu. Z angielskim radzę sobie jako tako, jednakże generalnie nie przepadam za traceniem cennej energii na próby domyślenia się danego fragmentu fabuły. Szczęśliwie, znając pierwowzór nie było z tym większych komplikacji. Choć film tylko ogólnie z pierwowzorem ma coś wspólnego.
Adaptacja filmowa rządzi się swoimi prawami. Scenarzysta nie musi wcale trzymać się sztywno literackiej wersji - znam zresztą kilka niezłych filmów, które postawiły właśnie na odmienność - i nieźle na tym wyszły - jak "Czas Apokalipsy", żeby posłużyć się najbanalniejszym przykładem. "Piekło Pocztowe" nie może równać się poziomem z arcydziełem Coppoli, co nie oznacza, że nie można go w przyjemny i miły sposób obejrzeć.
"Świat Dysku" to nie "Harry Portier" - nie ten budżet, nie ta popularność (długo by dyskutować dlaczego) - choć widać, że trochę funduszy zeszło producentowi. Jasne, można czepiać się sposobu przedstawienia golemów, nie wspominając o fatalnej kreacji pana Gryle'a, ale przynajmniej jeśli chodzi o przedstawienie Ankh-Morpork (oraz, przepraszam za seksistowską uwagę, postać pani sierżant
Film, mając również ograniczony czas projekcji, wyszedł obronną ręką, jeśli chodzi o cięcia fabuły. Przedstawić się wszystkiego nie da, nie wspominając o nawiązywaniu do poprzednich części cyklu - historia "Piekła..." została pokazana raczej zgrabnie - choć dziwaczna transformacja (oraz propaganda antynikotynowa
Słabo. Ekranizacja pokazuje, ze książki Pratchetta bazują głównie za specyficznych smaczkach, przewijających się pomiędzy wierszami. Nawet nie w kwestii dowcipnych uwag narratora, ale interesujących, pół żartem pół serio kreowanych komentarzach. Humor sytuacyjny jest u Pratchetta sprawą drugorzędną, naprawdę, choć i on potrafi rozbawić. W "Piekle..." owego humoru jest jak na lekarstwo, nie wspominając o bardziej głębokich przemyśleniach, jakie przewijają się na kartach powieści. A nie jest powiedziane, że nie da się tego zrobić - spójrzcie na "Wiedźmikołaja". Najnowsza ekranizacja atakuje głównie uroczymi sekwencjami obrazu - robi to nieźle - ale poza tym oferuje dość przeciętne kino fantasy.
Powiecie, żebym nie oczekiwał nic więcej od kina fantasy? Równie dobrze można to powiedzieć o literaturze - większość fantastyki to półnagie lalunie z dwumetrowymi mieczami i natarci olejkiem Conani Barbarzyńcy o mózgu starego kanarka. Jeżeli oczekuję czegoś więcej od fantastyki - a inaczej by mnie tu nie było - to chciałbym tego oczekiwać również w wersji celuloidowej. Niestety, trochę się zawiodłem.
I na koniec dwa słowa o postaciach. Wbrew wcześniejszym obawom, aktor grający Moista wywiązał się z zadania na całkiem niezłym poziomie - rzeczywiście ma w sobie pewne lipwigowskie cechy. Adora... cóż po niej spodziewałem się najwięcej, być może dlatego pewne niekonsekwencje charakteru w filmie tak mnie rażą - gdzieś pod koniec znika jej cały cynizm, film tłumaczy to oczywiście czym innym niż immanentna cecha... cóż, sam bym sobie strzelił w stopę, gdy bym zapomniał o prawach adaptacji. Reacher - byłby rewelacyjny, gdyby nie kilka prób ośmieszenia go - do końca powinien pozostać godnym przeciwnikiem, zamiast nędznym błaznem. Sacharissa... nie powinna być trochę młodsza? Angua - prześliczna. No i Vetinari... Czy czarna farba do włosów jest aż tak droga? Bo poza tym, jest to jedna z lepszych postaci w filmie. Natomiast bezapelacyjnie najlepszą postacią, niemal w stu procentach odpowiadającą książce jest Stanley. Ten facet nawet potrafił wyglądać jak banan. Chodząca perfekcja
Dla czytelników Pratchetta film powinien być całkiem sympatyczną ciekawostką. Dla całej reszty jednak, obawiam się mechanizmu trzech Z (Zobaczyć, Ziewnąć, Zapomnieć). Podejrzewam, że tylko miłość do ŚD sprawiła, że wytrwałem do końca. "Wiedźmikołaja to nie przebiło, czekam jednak na godnego następcę
