Czytałam trochę dawno, ale jedno jest pewne - podobało się. Troche przypominało mi to japońskie bajki: sporo okrucieństwa, ale moim zdaniem zrozumiałego. Wole to, niż oszukiwanie dzieci, że świat jest zawsze miły, a Teletubisie mówią: "Tulimyyy!..." (pranie mózgu, tak nawiasowo). Nie ma co narażać młodzieńcze umysły na przejście na ciemną stronę mocy, ale zło to paskudnie silny i rzeczywisty bohater i lepiej, żeby o tym wiedziały możliwie najwcześniej. Tyle.
Podobał mi się pomysł z dajmonami, to byłoby ciekawe: jak wyglądałaby Twoja dusza, gdyby miała ukazać sie pod postacią zwierzaka?

Zimę autor opisał tak, że aż mi się chłodno zrobiło podczas lektury. "Czepianie się" kościoła mi nie wadzi, to zawsze jakiś inny punkt widzenia, a mimo wszystko religijna propaganda i nawracanie (nie tylko w chrześcijaństwie) budzą we mnie mroczniejsze instynkty.
Irytujęce było tylko schematyczne podejście do sprawy głównej bohaterki. Orson Scott Card słusznie zauważył, że wiele o człowieku mówi jego kontakt z rodziną, więc ustawienie dziecka praktycznie przeciw rodzicom lub osierocenie go (motyw nagminny) to właściwie barbarzyństwo. Nie wspominając o tym, że autor sam sobie zawęża pole działania.