Wiele postaci powstało na wskutek przypadku, potrzeby, czasem dla żartu. Zresztą o zwykłej śmierci szczurów Terry pisał w Sztuce Świata Dysku, że trzeba uważać na tworzone postacie poboczne, bo potem zostają na dłużej.
Ale ja nie o tym. Nie wiem czy Wy też macie takie wrażenie, że Pratchett momentami stara się wcielać w jakieś swoje postacie. Być może przez przypadek, czasem np. łatwiej mu coś wyrazić na podstawie własnych przeżyć, być może celowo - chce gdzieś zostawić jakieś ślady dotyczące swojego życia, być może to tylko mój odbiór, ale...
Dawniej była to Babcia, która przez długi czas była ulubioną bohaterką Terrego. Przekazywał przez nią różne swoje prywatne przemyślenia dotyczące świata.
Potem pojawił się Vimes. Postać, która miała nawet wylecieć z książki jeszcze chyba w Straż!Straż!, ale przydał się, został i nagle stał się mocniejszy.
Zwróćcie uwagę na fakt pochodzenia Vimesa - chłopak z Mroków, czyli zwykły prosty człowiek, który nagle stał się szlachcicem, potem Diukiem - zyskał sławę, reputację i nagle zaczął obracać się w wyższych sferach. Nagle jego opinia może być ważna, może pozwolić sobie na liczne wydatki, a przecież wewnątrz to zwykły człowiek, oddany pracy.
Jeśli poczytacie (lub posłuchacie) trochę wywiadów, które ze względu na naszą stronę główną są już niemal moją codziennością, być może też zyskacie takie odczucie, jeśli jeszcze się Wam nie pojawiło. Ale być może wyprowadzicie mnie z błędu?
Pisałam też w recenzjach (w szczególności we W północ się odzieję), jakie zmagania z chorobą i odczucia dotyczące śmierci można odczytać nie tylko między wierszami. Tylko momentami brakuje dopiska "jak ja", "jak u mnie", "jak moje życie" itp.
Co myślicie?



