Od kilku lat (można tak powiedzieć, jednak to kilka to jednak niewiele) utrzymuję relację z chłopakiem. Uważałam go za swojego przyjaciela, brata (nie, tym razem to nie o Tobie Jaś), no kogoś mega dla mnie wyjątkowego. Tydzień z hakiem temu ten człowiek MEGA mnie zawiódł. Nie przyszedł na mój egzamin, a było to dla mnie bardzo ważne. Ogólnie kwasogenna atmosfera się wytworzyła, bo najpierw bał się mnie uprzedzić, potem bał się zadzwonić, żeby choćby zapytać jak mi poszło. Po tygodniu odważył się zagaić na facebooku (nie widzimy się na co dzień, bośmy z różnych miast)
Wczoraj był dramat. Miałam wrażenie, że mnie oszukał, że olał i że wcale nie jestem dla niego taka ważna jakbym chciała być (dla jasności: nie chcę się z nim spotykać, kolo ma dziewczynę jest z nią szczęśliwy od dłuższego czasu). No miazga jakaś. Ale dzisiaj spojrzałam na tą sprawę z dystansu.
(Tak wiem problem iście pokemonowy, ale czytać mi dalej
Doszłam do wniosku, że najwięcej emocji nie wywołała u mnie sama sytuacja, tego, że go nie było. Poradziłam sobie jakoś, świat nie zatrzymał się w miejscu, życie dalej się toczy. Nie było masy innych osób, które też są dla mnie ważne i nie czynię im z tego tytułu pretensji (choć nie ukrywam, było mi trochę przykro). Dlaczego więc w tej konkretnej sytuacji tak zareagowałam?
Ze strachu. Strach przed tym, że w jakąś relację wkłada się więcej niż ta druga strona. Strach przed tym, że uczucie może być tylko ułudą, że nie jesteś dla kogoś tak ważną osobą jakbyś chciał. Dojście do tego wniosku rozwaliło mnie totalnie. Nie potrafię realnie ocenić czy temu chłopakowi jest przykro. Czy robił te rzeczy naumyślnie, czy tylko po prostu głupia sytuacja wyszła, a on kretyn nie wiedział jak to dla mnie było ważne. Czy jest to jednak na tyle ważna osoba dla mnie, że mu wybaczę i przejdę ponad tym do porządku dziennego? Mimo tego dławiącego strachu?
Wyjść z siebie to być bliżej miłości. Niesamowicie mi z tymi przemyśleniami.

