Spojleruję, więc kto nie czytał książki niech nie czyta tego co tu piszę
Przeczytałam i jakoś takoś... Przypominało mi to trochę Harrego (tylko w trzech częściach a nie siedmiu) gdzie zaczyna się naiwną opowiastką o małej dziewczynce, a kończy wielką epopeją, śmiercią, walką i tym, że dzieciaki dorastają. Przygodówka, która powinna być czystą rozrywką zmienia się w regularną rzeź, masowe mordy na ulubionych bohaterach i mroczne wizje. I co? I gówno. Nie będę ukrywać, jestem dziewczynką tak? Mam swoje dziewczęce potrzeby tak? Gdyby parka była na końcu razem, to bym wszystko inne łyknęła (nawet te pompatyczne trupy po drodze). Że niby ławeczka raz do roku? Do jasnej cholery co za problem był w tym, żeby ta dwójka mogła być kuźwa razem na końcu? Czasami mam wrażenie, że pisarze SPECJALNIE nie piszą pozytywnego zakończenia, żeby nie było "cukierkowato". Wkurza mnie to. Można napisać dobre zakończenie tak, żeby wszystkim się podobało (jak już wspomniany przeze mnie dzisiaj gdzieś wcześniej "Złodziej czasu")
Oczywiście, mogą się sypać na mnie gromy, że tu nie o lowe chodziło, że drugie dno itd. Nie przepadam za książkami, które w tak oczywisty sposób mówią: kościół jest bubu. Dla mnie odnośniki do naszej rzeczywistości były przedstawiane łopatologicznie i jakoś mnie nie wciągnęły. Więcej czadu teologicznego dał mi "Dysk", czy "Pomniejsze bóstwa" niż ta trylogia.
Ale cieszę się, że przeczytałam, bo mam swoje zdanie przynajmniej
