Byłam ostatnio z teściami w Sopocie. Przyjechali specjalnie ze Stanów, żeby się spotkać z synkiem, no i ze zwiedzania Krakowa wyszło siedzenie w restauracjach. Na samo hasło, że mamy jechać coś zobaczyć, chowałam się za pisaniem pracy w domu. Potem druga część wycieczki - Trójmiasto i możliwość bezkarnego pisania legła w gruzach. Niby się przygotowałam, zrzuciłam wszystko na dysk przenośny, wzięłam nawet klawiaturę, wiedząc, że na laptopie lubego bardzo źle mi się pisze... no i oczywiście nic z tego.
Bez własnego bałaganu na biurku pisać się nie da. Trudniej też wymigać się od niektórych wycieczek, bo to ja rzucałam propozycję co do planu, który i tak zawsze był zmieniany już na miejscu.
Przyzwyczaiłam się tylko do dobrego jedzenia, którego moja lodówka nie uświadczy, bo nikomu nie chce się tyle gotować.
Ale cała wycieczka miała jeden wielki plus. Jednego z pierwszych dni, wyszliśmy sobie na spacer, zostawiając teściów w hotelu. Właśnie przeglądamy sobie bardzo apetyczne menu jednej z restauracji, kiedy koło nas przechodzi sobie seter angielski. Odruchowo się obejrzałam, bo takie też hodowała mama, więc trochę takich znajomych posiadam. Patrzę na drugi koniec smyczy, twarz jakby znajoma, patrzę na twarz, do której pierwsza się zwraca i ta również znajoma. Po sekundzie zaskoczyłam, że to faktycznie znajomi, których w prawdzie lata nie widziałam, ale przecież nie znaczy, że już zmienili status do nie-znajomych.
Czasem trzeba pojechać na drugi koniec Polski i pójść na spacer, żeby spotkać znajomych, którzy wpadli na identyczny pomysł. Tylko jechali z Niemiec
