Czasem myślę, że los się na mnie uwziął (wiem, że brzmi to jak z telenoweli, ale co tam). Kolejny mój szczur ma nowotwór.
Wchodzę, lekarz, uśmiechnięty, pyta: "Co mamy?" Odpowiadam z całą stanowczością i przekonaniem (po obejrzeniu miliona zdjęć ropni, rozmowach z ludźmi na ten temat): "Szczurek z ropniakiem." Pan Wet: "Zobaczmy". Otwieram transporter, wychyla się Vega, Pan Wet bierze ją na ręce i oznajmia: "Ale to nie jest ropień. To gruczolak." Wbiło mnie w posadzkę, patrzyłam chwilę na niego jak na najprawdziwszego wariata, zastanawiając się, co on mi wpiera. Zaczął mi tłumaczyć, co to takiego, a ja nie byłam w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Zaciskałam tylko zęby, żeby się nie rozpłakać.
Jutro o 17:00 operacja. Cholera, ufam temu człowiekowi, ludzie niemalże się do niego modlą, w październiku uratował mi innego szczura, ale jestem tak rozhisteryzowana w tym momencie, że tylko wyć do księżyca mi pozostaje.
W ogóle do du*y (można używać tego słowa, czy czekają mnie lochy za nieogwiazdkowanie?).
Dzieciaki z zerówki mnie nie słuchają, Vega ma nowotwór, a wszystko to otoczone cudownym, najwspanialszym PMSem świata.
Powiedzmy, że wykorzystuję miesięczny limit marudzenia w tym tygodniu.
szkot, gratuluję udanej, korzystnej rezerwacji.
