Wieża sztuk

Nasze podróże małe i duże

Twórczość własna naszych forumowiczów

Nasze podróże małe i duże

Postprzez Stanisław Ssakmorski » 17 lut 2017, o 22:28

Różne przesłanki wskazują na to, że przydałby się taki wątek. Tytuł nie pozostawia złudzeń co do dopuszczalnej tematyki postów - z jednym tylko zastrzeżeniem, że mogą to być opisy jedynie rzeczywistych podróży w sensie geograficznym (a nie np. jakichś doznań narkotycznych czy duchowych, które też bywają określane - figuratywnie - mianem 'podróży'). Najprawdopodobniej każdy z Forumowiczów ma na swoim koncie podróż wartą opowiedzenia, ale nie każdy od razu będzie zakładał bloga podróżniczego - w stylu np. Jadźkowego 'Random Travel Stories', którego przy okazji warto zareklamować ;)

W stronę Budapesztu
Dawno temu (a więc w czasach kiedy w Polsce niczego przez internet się jeszcze nie - i jeszcze długo, długo nie - kupowało) z grupą kolegów wybrałem się na koncert Deep Purple, który miał odbyć się w stolicy Węgier. W moim ówczesnym rodzinnym mieście prężnie działał fanklub zespołu, jedyny ‘autoryzowany’ w naszym kraju. Szef fanklubu zorganizował zakup biletów dla chętnych oraz autokar. Zaopatrzeni we własnym zakresie w piwo i kanapki wyruszyliśmy z wieczora.

Już po godzinie autokar stanął gdzieś na poboczu autostrady do Wrocławia, bo mu wysiadł układ ładowania alternatora. Co bardziej napaleni na koncert uczestnicy wyprawy poszli w panice łapać stopa, żeby z Wrocka do Budapesztu koleją żelazną dotrzeć. Natomiast ja z grupą kolegów i nowo poznanych koleżanek bawiliśmy się tak dobrze – rozmową, żartami, śpiewem – że nic nas nie ruszało (na drugi dzień spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że „urządziłem benefis” – cokolwiek by to nie miało znaczyć, ahem..). PKS się postarał i w końcu podesłał drugi autobus.

Rano, gdzieś w górach Słowacji (a może Czech, nie pamiętam już – jeden grzyb) powitał nas jeszcze ostatni, przedwiosenny śnieg. Porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, w totalnej ignoracji, że to przecież były selfiki. Później zajechaliśmy do knajpki na śniadanie i słowackie, a może czeskie, piwo. A może morawskie, jeden grzyb.

W końcu dotarliśmy do Budapesztu. Z okien autobusu, mknącego jakąś szeroką, centralną ulicą, podekscytowani wypatrywaliśmy plakatów – które przecież musiały być wszędzie.. Ale których jakoś dziwnie nie było.. „O, tam jest!!”, ktoś zakrzyknął – raz. Zajechaliśmy pod halę widowiskową. Tylko gdzie te tłumy? No, fakt, jeszcze parę godzin do koncertu – ale żeby tak zupełnie nikogo nie było? Wysiedliśmy, podeszliśmy do jakiegoś okienka w obiekcie – jedynego uchylonego – za którego szybką siedziała jakaś kobieta. Pewnie Węgierka. Obok okienka plakat z tekstem, oczywiście po węgiersku, ale była tam też data – napisana cyframi arabskimi, więc tu poczuliśmy się dużo pewniej – tylko że o dobre dwa tygodnie późniejsza od tej, która widniała na naszych biletach. Nawet gdyby ktoś z nas znał węgierski, jakiekolwiek pytania były i tak zbyteczne..

Pozostało jedynie zażądać zwrotu pieniędzy za bilety. Kasjerka jednak, wykorzystując barierę językową oraz swoje ewidentne cymbalstwo, nie chciała tych naszych biletów przyjąć, pokazując przy tym, że są zgięte na pół (bo cholernie duże były). Zrobiło się dość nieprzyjemnie – poczuliśmy się jak w sytuacji, którą świetnie opisuje wyrażenie angielskie ‘to add insult to injury’ (coś jakby ‘kopać leżącego’). Tu już najwyższy był czas, by Kapitan Ameryka wkroczył do akcji.
I wkroczył! Tzn. ja wkroczyłem. Po prostu sięgnąłem po swoją tajną broń – czyli język angielski: uprzejmym ale zdecydowanym głosem, w kilku poważnie złożonych zdaniach zażądałem („request”) zwrotu pieniędzy. Wszystkim stojącym wokół oczy lekko wyszły na wierzch, a już zupełnie kopary im opadły, gdy pani zaczęła przyjmować bilety i oddawać po 700 forintów – takie tam pieniądze mają!

Teraz pozostało nam poczekać do wieczora na autobus i wracać. I tak wyglądała najcudowniejsza podróż mojego życia. ‘Ale dlaczego najcudowniejsza’, zapyta zdumiony (?!?) czytelnik, jeżeli do tego miejsca doczyta. No jak to dlaczego, przecież koncert był tylko dodatkiem (trzeba było widzieć miny tych, hehe, co się szarpnęli stopem i pociągiem – bo paru spotkaliśmy), a podróż cały czas była wspaniała – także w ciągu dalszym. Oprócz pieniędzy za bilety mieliśmy jeszcze jakieś półtorej tysiąca forintów, bo wjeżdżając na Węgry trzeba było obowiązkowo wymienić 20 dolarów. No więc ruszyliśmy na miasto, wydawać to wszystko w pizzeriach, knajpkach i na koniec supermarketach. Czas mijał cudownie, powoli, beztrosko..

W drodze powrotnej, jeszcze na Węgrzech ale już niedaleko granicy ze Słowacją (tak, teraz mi się przypomniało, to była Słowacja), wstąpiliśmy do przydrożnej knajpki na kolację. Tu znowu postanowiłem użyć swojej tajnej broni, bo jadłospis był tylko w jakimś narzeczu z grupy języków ugrofińskich i trzeba było pokazywać palcem, a było to mało skuteczne, bo mięsiwa i kiełbasy były blisko siebie, ale w pewnej odległości za ladą. Mi w przypadł udział w takim dialogu z panią bufetową:

JA: Sausage, please. No, no – that one, no – that one (po dłuższej chwili celowania palcem przez obie strony dialogu:) oh, yes that one! (uśmiech)
PANI: Aaaa – kolbas! (uśmiech)
JA: Chips – oh, there – no, no, there – yes, yes, chips! (uśmiech)
PANI: Aaaa – fritki! (uśmiech)
JA: And mustard (wym. ‘masted’) – oh, yes, yes, mustard (uśmiech, po tym jak pani najpierw wskazała na kilka rodzajów sosów i keczupów)
PANI: Aaaa – musztar! (uśmiech)
JA: Thank you – a może już ‘Dzękuję’ (uśmiech; w myślach: to mogłem, k****, od razu powiedzieć ‘poproszę kiełbasę z frytkami i musztardą’ i wszystko trwałoby o pięć minut krócej).

W piwniczce obok, o sklepieniach łukowych z cegły, była sala jadalna, a tam, z kolei, pan sprzedawał piwo – Spaten, Dreher. Genialne to wszystko razem było. Dalsza podróż upłynęła nam w niezmiennie miłej atmosferze, pogryzanej i popijanej tym, co sobie w tym Budapeszcie pokupowaliśmy.

Gdybym mógł obyć podróż w czasie wstecz, to bez namysłu jeszcze raz wyruszyłbym w tamtą podróż, zepsutym autobusem na odwołany koncert...
A potem lodowiec wycofał się, zostawiając po sobie moreny, jeziora i kamienie...
E. Niziurski
Avatar użytkownika
Stanisław Ssakmorski męska
Flażolet
 
Posty: 2687
Lokalizacja: Jędrzychów
Reputacja: 2895

Reklama

Powrót do Wieża sztuk

Ulgę i nadzieję Feeneya powinno się butelkować i sprzedawać zrozpaczonym na całym Dysku. Vimes kiwnął tylko głową, gdyż szeregi goblinów rozstępowały się powoli, tworząc drogę, na której końcu leżało coś, co bez wątpienia było zwłokami. z pewną ulgą przyjął odkrycie,że to zwłoki goblina. Co prawda żadne zwłoki nie są dobrą wiadomością, zwłaszcza widziane w tym ponurym, słabym świetle, a już szczególnie nie są dobrą wiadomością dla zwłok. Mimo to coś w Vimesie radośnie wykrzyknęło "Alleluja"!, ponieważ miał przed sobą zwłoki, a był gliną, czyli popełniono zbrodnię.

Niuch, dodał(a) reeven

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron