Właściwie to temat sprowadza się do tego (dla mnie), które książki czyta mi się przyjemniej - z magami, czy czarownicami... A tu jest problem, bo obie serie czyta się przyjemnie. To co, moim zdaniem najlepsze w magach to ich zdolność do konwersacji na najbardziej nawet banalny temat "do wyczerpania argumentów". Duch Monty Pythona czuwa nad NU i to jest ich mocny temat. Rozważmy dyskusję nad naturą bananów w "Ostatnim Kontynencie" i jesteśmy w domu...
Natomiast czarownice... Tu z kolei główną rolę odgrywa talent Pratchetta do kreowania fascynujących i złożonych osobowości. Nie oszukujmy się, poza Rincewindem, Ridcullym i, rzecz jasna, bibliotekarzem reszta magów sprawia wrażenie jednej postaci, rozczłonkowanej na kolektyw uniwersytecki. Może dlatego, że cała seria o czarownicach to babcia Weatherwax i jedna z trzech moich ulubionych postać z całego cyklu - Niania Ogg. Obserwować je przy pracy nad fabułą książek to czysta przyjemność.
Innymi słowy, nie da się. Przynajmniej dla mnie. Gdybym już musiał, ustaliłbym podział 55% do 45% na korzyść czarownic. Może i dlatego, że ta druga z trzech postaci to Rincewind

.