Tytuł dobrze opisuje zawartość - moje wrażenia, będę pisał z punktu widzenia człowieka, który w czasach gdy SB przemykało się po placach i ulicach, to w najlepszym razie sikał w pieluchy.
Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła, jako informatyka zwłaszcza, to ogrom całego aparatu bezpieczeństwa. Szczegółowość i !ilość! akt, informacji, rozpracowań, tajnych współpracowników i innych akcji. Stopień uporządkowania i redundancji informacji. Kurcze, oni to wszystko robili bez komputerów! A powstała gigantyczna, analogowa, relacyjna baza danych
A rzecz, która najbardziej mnie zaskoczyła na kartach tej książki? To, to jak łatwo było odmówić współpracy z SB. Wystarczyło kilkakrotnie odmówić spotkań z pracownikiem służby bezpieczeństwa, czy zdecydowanie powołując się na własne przekonania odmówić przekazywania informacji w nieoficjalnej rozmowie, by SB odstępowała od werbowania danej osoby. W temacie księży, wręcz straszne i śmieszne wydaje mi się, że księża który powoływał się na argumenty zahaczające o Boga i wiarę, klasyfikowana jako fanatyka religijnego i skreślano z ewidencji jako kandydata na TW. Straszne o tyle, jak wiele osób jednak współpracowało. Ten wątek w medialnej histerii odnośnie lustracji, jaka co jakiś czas się przez Polskę przetacza, nie był prawie wcale poruszany.
Inna inszość, że sam nie wiem jakbym się w podobnej sytuacji zachował. Wiele opisywanych relacji na linii TW, pracownik SB, to mojej ocenie naprawdę z igły, widły a nie współpraca. Podejmowanie gry z aparatem bezpieczeństwa w czasach realnej komuny wydawać by się mogło opłacalnym przedsięwzięciem. Ale jak pokazują akta, bardzo łatwo było taką grę przegrać i z czasem przekazywać, coraz to więcej informacji.
Acz w moim odczuciu, stosunek takich szczerych ch*jów i donosicieli, do ludzi, którzy jakoś próbowali żyć w ówczesnym ustroju to jakieś 1 do 5. Przynajmniej po kartach tej książki oceniając. Wydawało mi się, że powinno być gorzej.

