Jakiego autora byście polecili za kryterium biorąc podobne do Terry'ego poczucie humoru?
Dla mnie Douglas Adams i jego pięciotomowa trylogia
tommi napisał(a):CO GDZIE ANGIELSKI HUMOR JA KOCHAC TEN HUMOR I BYĆ GŁODNY :/
Andzej Pilipiuk napisał(a):BAJECZKA DLA WNUCZKA
Płomień pod blachą pieca przygasał. Syn Jakuba, Marek, objął swoją żonę ramieniem.
— Tatko? — zagadnął.
— Haw?
— Idziemy na nocny spacer. Może byś tak uśpił wnuka?
Stary kłusownik poskrobał się po głowie.
— Żaden problem.
Spod ławy w kuchni, na której siedział, wydobył młot kowalski i zrogowaciałym paznokciem zeskrobał z niego jakieś paprochy.
— Chińską narkozę mu dam — zaproponował.
Syn wyjął starcowi młot z ręki i wyrzucił przez otwarte okno.
— Masz być delikatny. Znasz takie słowo?
Jakub łypnął swoimi wodnistobłękitnymi oczyma.
— Delikatny. Nu pewnie, że rozumiem. Jeszcze za mały, żeby brać po łbie na uspokojenie, haw?
— Otóż to.
— Nu, jest metoda. Upiję go bimbrem do nieprzytomności.
Synowa zemdlała. Docucili ją z trudem.
— Pani wybaczy — powiedział starzec. — To tylko takie zwyrodniałe poczucie humoru. Bajkę mu opowiem. O Czerwonym Kapturku albo o Jasiu i Małgosi. Znam bajek bez liku.
Nieco uspokojeni rodzice poszli sobie, a on wszedł do pokoju, gdzie leżał jego sześcioletni wnuk.
— Nu i co ty? — zagadnął. — Spać ci się nie chce?
— Nie — odpowiedział mały Maciuś. — Opowiesz mi coś?
— A, co byś chciał usłyszeć?
— Tę historię, o tym jak wypuszczałeś ze Szwabów krew wiadrami i nosiłeś te wiadra...
— Na tę historię jesteś jeszcze za mały.
— To może tę jak przegryzłeś gardło...
— Na tą też jesteś za mały. Opowiem ci bajkę.
— Nie chcę bajki. Wolę coś prawdziwego.
— Ale wybrzydzasz. No dobrze. Będzie prawdziwa historia, o tym jak to było z Czerwonym Kapturkiem.
— E, znam tą bajkę na pamięć.
— Znasz wersję ocenzurowaną — wyjaśnił mu dziadek z godnością.
— Co to znaczy ocenzurowaną?
— No taką, z której wycięto najważniejsze fragmenty, żeby się dzieciom nie śniły.
— To tak, jak w artykułach o tobie dziadku? „Znany pasożyt społeczny ze Starego Majdanu, Jakub W.?” Tata zawsze mówi, że gdyby pisali wszystko, to nikt by nie uwierzył.
— Co? — zdziwił się.
— Tata ma całą teczkę artykułów z lokalnej prasy. „Znany w okolicy jako hiena cmentarna Jakub W...”.
— Uch, pismaki przeklęte! Nie wierz w to, co tam piszą. Dobra?
— Zgoda. Ale zacznij opowiadać, bo zaraz zasnę.
— To może zaśniesz bez opowiadania?
— Nie. Chcę bajkę. To znaczy te prawdę o Czerwonym Kapturku.
Jakub wydobył z kieszeni manierkę, odkręcił nakrętkę i pociągnął z lubością siedemdziesięcioprocentowego samogonu.
— A, więc było to tak. Dwieście lat temu w leśniczówce...
— W jakiej leśniczówce?
— W tej koło szosy na Chełm. W leśniczówce żyła sobie staruszka. We dnie mieszkała w chatce, a w nocy nago latała na miotle... Nie, to nie tak. Żyła sobie staruszka. Pewnego razu cechmistrz szkoły katów wezwał do siebie czeladnika...
— Dlaczego szkoły katów?
— Bo kaci chodzili w czerwonych kapturach. Trzeba trochę myśleć.
— Wezwał czeladnika. Jak się ten czeladnik nazywał?
Jakub pociągnął z manierki koleiny łyk na odświeżenie pamięci.
— Nazywał się zupełnie zwyczajnie. Maciuś, tak jak ty.
— Aha. I co było dalej?
— Wziął Maciuś maczugę, metalowy kastet, karabin...
— Oszukujesz dziadku. W tamtych czasach nie było jeszcze karabinów.
— Jak umiesz lepiej opowiadać, to może się zamienimy?
— No dobrze, niech ci będzie ten karabin, a jaki on był?
— A, pepeszka.
— Lepszy byłby amerykański.
— Wtedy jeszcze nie było Ameryki. Znaczy Kolumb nie dopłynął. Więc poszedł przez las.
— A nie miał ze sobą koszyka?
— Miał.
— A w środku? Co było w środku koszyka?
— No, wiadomo. Chlebuś z drabinką sznurową w środku, ciasto nadziane pilnikami, słoik z miodem, a w miodzie dynamit...
— Dziadku?
— Tak?
— A były w nim lekarstwa dla staruszki?
— A tak. Był arszenik i cyjanek, i strychnina...
— Zaraz, czegoś nie rozumiem. Po co był ten pilnik i drabinka sznurowa?
— Żeby babcia mogła prysnąć z ciupy.
— To ona nie siedziała w chatce, tylko w ciupie?
To faktycznie był problem. Jakub wydobył zza pieca flaszkę piwa „Perła” i otworzywszy o kant łóżka wnusia, pociągnął kilka łyków. Oczywiście ten wspaniały napój natychmiast rozjaśnił mroki jego umysłu.
— Nu, oczywiście. W tamtych czasach tam nie było chatki, tylko nieduży zameczek.
— Aha. A arszenik, ta trucizna?
— Żeby otruć okrutnych strażników.
— To znaczy, że kaci byli wrogami klawiszy?
To zaczynało się robić coraz trudniejsze. Butelka poszła cała zanim dziadek wydedukował właściwe rozwiązanie.
— Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się trochę w czasie. Otóż sześćdziesiąt lat wcześniej były rozbiory Polski. Słyszałeś o tym.
— Tak. Naszą ojczyznę rozgrabili trzej zaborcy.
— Jesteś bardzo mądrym dzieckiem. A więc tak, staruszka była królewną i po śmierci jej ojca eee... Stanisława eee... Sobieskiego tron należał się jej. Ale zaborcy nakazali ją uwięzić, żeby nie mogła na nim zasiąść. A kaci służyli dawnemu królowi i postanowili ją wyciągnąć z więzienia, żeby mogła urodzić następcę tronu.
— To ona mogła jeszcze rodzić w tym wieku? Miała przecież ze sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt lat.
— Chcesz wiedzieć, co było dalej, czy badamy genealogię naszych władców?
— Mów dziadku.
— No, więc idzie Czerwony Kapturek przez las, a tu zza drzewa wyłazi ogromniasty wilk w białogwardyjskim mundurze.
— A, co to za mundur?
— To taki mundur siepaczy jednego z zaborców. Taki jak Semen nosi.
— Aha. Dlaczego wilk miał go na sobie? Przecież wilki chodzą bez ubrania?
— Skaranie boskie z tobą. To był specjalny wilk. Wyhodowany sztucznie.
— Mutant popromienny?
— Otóż to. Zaczynasz myśleć. Więc wyskoczył wilk zza drzewa i pyta: „Dokąd idziesz Czerwony Zakapiorze?”.
— Chyba Kapturku?
— No właśnie, kapturku, u Kapturek na to: „Idę do mojej babci, do mamra”.
— Dziadku?
— Tak?
— To nielogiczne. Skoro Kapturek był wnukiem królewny, to był synem następcy tronu. Dlaczego jego tata nie zasiadł?
— Jego tatę zaciukali bolszewicy w osiemnastym roku. A Kapturek był za mały, żeby zasiąść na tronie. Babcia była mu potrzebna jako regentka.
— A, co to jest regentka?
— Regentka, to taka zastępczyni króla, jeśli jest za mały.
— Aha. A nie mogli zamiast małego królewicza wysłać kogoś mniej ważnego? To było niebezpieczne.
— Myśleli, że taki mały łatwiej się przemknie. Nie będzie zwracał na siebie uwagi.
Na szczęście wnuk nie zapytał, dlaczego królewicz został czeladnikiem w cechu katów, bo dziadek chyba by się nie wyłgał.
— Aha. To mów dalej.
— A gdzie jesteśmy, bo chyba się zgubiłem?
— Kapturek mówi wilkowi, że idzie do swojej babci do ciupy.
— Dobrze. Wilk pobiegł szybko i przybiegł do więzienia pierwszy. Zapukał do drzwi celi, ale w środku nikogo nie było, bo babcia była na przepustce w Sielcu i chlała na umór w knajpie. Wilk ubrał się w garsonkę babci, założył jej pończochy z podwiązkami...
— Co to są podwiązki?
— Jak dorośniesz, to się dowiesz. I uwalił się na babcinej pryczy. Na to wszedł Czerwony Kapturek. „Babciu — zapytał — dlaczego masz takie wielkie oczy?”...
— Dziadku znowu oszukujesz. Wilki mają zupełnie małe oczka.
— Przecież już ustaliliśmy, że to był ten, no... mumtant.
— Mutant.
— No właśnie. „Babciu, dlaczego masz takie wielkie uszy?” — zapytał Czerwony Kaptur. „Po to, żeby cię lepiej słyszeć, jak z sąsiedniej celi będziesz wystukiwać wiadomość więziennym alfabetem...”.
— To oni chcieli go zapudłować?
— No właśnie. Przecież był następcą tronu.
— Dziadku, znowu coś kręcisz. Przecież we wszystkich bajkach Czerwony Kapturek jest dziewczynką!
— Coś takiego? — zdumiał się Jakub. — E, niemożliwe. Nabierasz starego dziadka. Przecież, gdyby był dziewczynką, to nie byłby ten Kapturek, tylko ta Kapturek. Zresztą, dziewczynek nie przyjmowali do cechu.
— Może z tym cechem katów to też lipa? Strasznie kantujesz dziadku.
— To może lepiej o Jasiu i Małgosi?
— Dokończ tamtą.
Jakub otworzył kolejną butelkę i wypił nieco.
— Dobra. „A dlaczego Babciu masz takie wielkie zęby?” — zapytał Kapturek. „To zmiany zwyrodnieniowe od używania pasty do zębów”.
— Co to są zmiany zwyrodnieniowe?
— Jak się za często myje zęby, to one się zanadto rozrastają. Ja swoich wcale nie myłem i mam wszystkie. Nawet niektóre są ze złota.
— Ale to nie twoje własne.
— Jak to nie? A, już wiem. Nagadali ci, że stary dziadek wyrywa złote zęby nieboszczykom? Kłamstwa.
— I co, wilk połknął czerwonego Kapturka?
— No, połknął.
— Wiesz co, dziadku? Tak się zawsze zastanawiałem, w tych wszystkich bajkach to wilk połyka w całości. Jak to możliwe? Przecież wilk ma małą paszczę.
— A ty widziałeś w życiu wilka?
— Pewnie. W zoo. I widziałem, że rozgryzał wszystko, zanim połknął.
Ćwierć butelki później Jakub wiedział już, co odpowiedzieć.
— W bajkach wszystko jest możliwe — powiedział.
— Ale to miała być prawda! Oszukałeś mnie.
Butelka wyleciała oknem. Pusta. Zza pieca wydobył kolejną.
— Oczywiście, że prawda. W bajkach wszystko jest możliwe, ale naprawdę, to ten wilk był tego... mutas.
— Mutant.
— No właśnie. Więc połknął Kapturkę, to jest chciałem powiedzieć Kapturka. Leży wilk na łożu...
— W ciupie są łoża? Opowiadałeś, że jak siedziałeś, to były prycze z desek!
— Ale to było dawno temu.
— Dawno temu to chyba dawali słomę na goły kamień?
Jakub doszedł do wniosku, że nie lubi dzieci.
— Słomę dawali takim zwykłym, a babci dali łóżko, bo była szlachetnie urodzona. Rozumiesz?
— Tak.
— To siedź teraz cicho, a dziadek opowiada. No, więc wilk leży sobie i trawi Kapturka, ale Kapturek nie taki głupi. Zapala w brzuchu wilka zapałkę, a tu jak nie huknie. Bo widzisz zapałka mu upadła w kałużę bimbru. Przylatuje staruszka, bo w knajpie usłyszała huk, a Babcia pod dobrą datą była. Wpada do celi i widzi: wilk leży i dym mu idzie z pyska. No to wódkę w gardło i trach butelką o kant baru, żeby zrobić tulipana.
— Zaraz. A skąd w celi bar?
— Klawisze robili po cichu wyszynk, ale schowali przed inspekcją. No, więc babcia chce wilkowi pruć szkłem brzuch i wyjąć wnuczkę...
— Przecież to był chłopiec!
— Wnuczka. Musiałem się przejęzyczyć. Ale wilk był szybszy. „Rzuć to szkło, stara ruro.” — powiedział i trzask babcię z rewolweru. Na to przylatuje inspektor, a tu trup w celi, wilk ululany, a Kapturek w środku kolejną kałużą spirytusu trzask, ale tym razem nie wybuchło. Tylko się zaczęło hajcować, aże zdrowo. No to wilk poleciał do rzeki.
— Do tej na łąkach?
— Tak. Do Wojsławki. I zaczął pić wodę, żeby zgasić ogień.
— I pił tak długo, aż pękł?
— Zgadza się.
— A szewczyk Skuba zrobił sobie buty?
Jakub, mimo zamroczenia alkoholem, poczuł, że coś jest nie tak. Przez chwilę wytężał umysł.
— Jaki szewczyk? — zapytał ostrożnie.
— Szewczyk Skuba. Ten od smoka wawelskiego.
— To nie tutaj. O smoku ci opowiem innym razem. — Poskrobał się po głowie. Wszy rzuciły się do panicznej ucieczki.
— Gdzie to skończyliśmy? — zapytał.
— Jak wilk pękł.
— Aha. Wyciągnęli kaci Kapturka ze środka, a tu patrzą wilk całkiem utopiony przez tą wodę.
— Przecież wilk pękł.
— Ach. To Kapturek utopiony, no i dlatego nie mamy króla — zakończył prawie wesoło.
— To teraz następną bajkę. O leśnej królewnie.
Leśna królewna. Jakub przypomniał sobie jak przez mgłę chudą i złośliwą ruską kapitanicę z oddziału czerwonej partyzantki. Tak ją właśnie nazywali. Zaraziła syfilisem coś ze stu chłopa.
— Ja na momencik — powiedział i ruszył do drzwi. Nawet w nie trafił.
Gdy Marek z żoną wrócili do domu, wzeszedł już księżyc. Jakub leżał przed chałupą zalany w trupa. Jego umysł wędrował gdzieś daleko.
— Mały śpi — powiedziała kobieta.
Nieszczęsna nie zauważyła, że to wcale nie jej synek, tylko ściągnięty ze strychu manekin.
— Tatko też, ale to nie bajka go uśpiła. Cholerny pijaczyna.
— Straszna ta twoja rodzinka.
— Na szczęście, ja jestem zupełnie normalny.
— Co z nim zrobimy?
— Narzucę derkę i niech śpi. Może mu się przyśni coś paskudnego.
Tymczasem sześcioletni Maciuś szedł przez las, na Zarowiu, w stronę leśniczówki. Zza drzewa wyszedł wielki i paskudny wilk...
— Dokąd idziesz Czerwony Kapturku? — zapytał.
— Nie jestem Czerwony Kapturek. Jestem Maciej Wędrowycz — odpowiedział malec z godnością.
— Z tych Wędrowyczów? — przeraził się wilk.
Świsnęła w powietrzu linka hamulcowa. Stalowy splot wpił się w szyję zwierzaka. Nim zmętniało mu spojrzenie, zauważył jeszcze, jak młody kłusownik zręcznym pociągnięciem majchra przebija się do jego aorty, a potem była już tylko ciemność.



Jacek Piekara napisał(a):Strzeżcie się ludzi, którzy nie mają nałogów, moi mili! Bo może się okazać, że ich tajemnice są dużo mroczniejsze, niż moglibyście przypuszczać.
4jola napisał(a): nasz mistrz zgryźliwości...
P.S.Ron napisał(a):Dla mnie Douglas Adams i jego pięciotomowa trylogiam.in. "Autostopem przez galaktykę" (kto wie dlaczego trzy ostatnie części są tak drogie i trudno osiągalne?)

P.S.Ron napisał(a): Dla mnie Douglas Adams i jego pięciotomowa trylogiam.in. "Autostopem przez galaktykę" (kto wie dlaczego trzy ostatnie części są tak drogie i trudno osiągalne?) i Jasper Fforde "Porwanie Jane E." i "Skok w dobrą książkę".
Corvvin napisał(a):Chyba zdecydowanie Pilipiuk i jego książki/opowiadania o Jakubie Wędrowyczu...
Dam fragmencik na zachętę:
Jahoo napisał(a):W jaki sposób to przypomina Pratchetta?
Nie, chyba ja nie potrafię rozumieć się z kierownictwem...



Jahoo napisał(a):No ale jednak zupełnie inaczej pisze Pilipuk, a zupełnie inaczej Terry. W ogóle mi się ze sobą nie łączą co dwaj pisarze.
Powrót do Niekoniecznie o Terrym...
Równoumagicznienie, dodał(a) Kinga
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników