Skończyłam czytanie "Życia Pi". Wzruszyłam się kilkakrotnie. Tak w skrócie:
Dyrektor ZOO wraz z rodziną płyną statkiem z rodzinnych Indii do Kanady w poszukiwaniu lepszego życia. Na statku znajduje się również kilkanaście zwierząt, które chcą sprzedać, by zarobić na start w nowym państwie. Statek tonie, młodszy syn-Pi, wpada do szalupy. Po paru godzinach przyjmuje w końcu do wiadomości, że tylko on ocalał z katastrofy. Okazuje się jednak, że nie jest jedynym pasażerem szalupy. Schronienie przed falami oceanu znalazł w niej również tygrys bengalski. Dryfowali przez 7 miesięcy. Chłopak musiał w tym czasie wytresować go (w sposób podobny do tresury lwów cyrkowych), udowodnić, że to on jest samcem alfa i rządzi dwuosobowym stadem oraz karmić i poić tygrysa, żeby mu przypadkiem nie przyszło do głowy kwestionować ten porządek.
"Newsweek"-"Taka historia na milę pachnie fikcją-a jednak wydarzyła się naprawdę."
Mnie najbardziej wzruszyła scena, w której chłopiec podlicza zapasy znalezione w schowku w szalupie.
"-124 półlitrowe puszki słodkiej wody, łącznie 62 litry
-31 kartonów z żelaznymi racjami po pół kilograma
-16 wełnianych koców
-12 destylatorów do odsalania wody
...
-1 kompas
-1 chłopiec w kompletnym, jeśli nie liczyć zgubionego buta, lekkim ubraniu
-1 tygrys bengalski
-1 szalupa
-1 ocean
-1 Bóg"





