Podzielcie się wrażeniami.
Więc na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy...
Po festiwalu Ryśkowym stwierdzam, że Cree to kicha. Niby coś tam potrafią, ale zupełnie bez energii. Brakuje dzikiego ducha rock'n'rolla, mimo że jarają się nim w co drugiej piosence.
Za to TSA dało czadu jak zwykle. Piekarczyk tylko opierniczał raz po raz publikę za falę, że ktoś sobie coś może zrobić, ale muzycznie nic do zarzucenia.
Anka wyciągła mnie jeszcze dwa dni wcześniej na Pablopavo. Większego gówna nie słyszałem w życiu. Ni to elektronika, ni to hiphopolo, ni to raga, ni to nitoperz. Teksty silą się na ambitność, więc wychodzi pieprzenie koguta za pomocą dłuta - czyli o niczym i bez żadnej zawartości poezji.
Na brudstok wpadłem na chwilę (oczywiście był ch**wy tak jak mówiłem przed) i poszedłem sobie na Helloween. Bardziej dla sentymentu niż dla rzeczywistego jarania się tą kapelą, ale poszedłem. I pozytywnie się zaskoczyłem. Wprawdzie ten wokalista też ma głos jak rozgotowany budyń dyniowy (czyli dyniobudyń), ale na koncertach potrafi dać czadu, jak wszyscy generalnie. Fajny kontakt z publiką, fajnie w sumie zagrali, można było posłuchać tego, czym się człowiek za gówniarza jarał. Podobałosie.
Heaven Shall Burn też dało czadu Kawał dobrego, deathowego mięcha podany tak jak powinien - czyli na warczącej pile łańcuchowej, przeżynającej ci mózg na pół.
Za to ani Projekt Republika, ani ten nowy projekt Leszka (BRG) jakoś mi nie podszedł. Chyba tylko Ciechowski potrafił stworzyć taki klimat jaki Republika miała - coś specyficznego. Niech se chłopaki grają jak chcą, ale ja bym się nie podjął śpiewania tych piosenek, bo wyjdzie takie cuś. NIby zrobione fajnie, ale zupełnie nie ten klimat, za którym się tęskni.



