Mówię Wam i lepiej uwierzcie - matura to strasznie przereklamowana sprawa. Straszą nas już od gimnazjum maturą, tylko ta matura i matura... Na koniec trzeciej klasy od tego przebrzydłego słowa zbiera się na wymioty. Ale co sugestia, to sugestia, więc człowiek zaczyna się bać. Kiedy przychodzi co do czego, jest rozczarowany , bo ani to trudne, ani specjalnie straszne. Co się ponadto okazuje - wszystko, co powtórzył nie jest ważne, bo na maturze trzeba napisać, co miał na myśli autor - a tego w żadnym podręczniku nie ma.
Nie namawiam tu nikogo, żeby się nie uczył - to, że ja tego nie robiłam zbyt pilnie i dobrze zdałam nie znaczy, że to zasada. Tym bardziej, że teraz matematyka obowiązkowa (?). Chodzi mi o to, że nie ma się co, jakby to ujął mój brat - "spinać", bo tak naprawdę niczego nowego tam nie będzie.
Moim zdaniem trzy lata to wystarczająco dużo czasu, żeby nauczyć się na tyle myśleć, żeby zdać maturę (nie twierdzę, że nie należy posiadać żadnej wiedzy). Poza tym, przetrwać trzy lata w ognisku fałszu i obłudy to wystarczająco dużo, by nie chcieć tam wrócić.
Moja klasa sama w sobie nie była taka zła - jeśli przyjąć moje podejście. Jednak wolałam klasę z gimnazjum z całym gimnazjum, trzema budynkami, brakiem jakiejkolwiek szatni i wymagania zmiany obuwia. Nikt nam nie ciął glanów, nikt nie kazał wyjmować kolczyków ani zmywać makijażu (zresztą, mało która dziewczyna w ogóle się wtedy malowała)...



