^Doszło

Nawet doszedło, bo miało daleko. Doczekać się nie mogę końca, to sam skończę. Wszak mężczyznę...

Sami wiecie. Posłuchajcie więc.
> - Ale się wywaliłem! Hehehehhehe – Tony kolejny już raz przeliczył swoje możliwości w stosunku do grawitacji i wysokości krawężnika. - Jak stara baba na deskorolce. Hehehe.
Żart wydał mu się dużo zabawniejszy niż był. Ale zwykle tak miał, kiedy odwiedzał znajomego o ksywce Apteka, który chętnie dzielił się z nim swoimi najnowszymi nabytkami. Tony lubił to jak się czuje po tych zielonych, ale i różowymi nie gardził. Tych w paski chyba jednak nie powinien już łykać. Jakoś dziwnie bliska staje się wtedy gleba. A szkoda nowych spodni. Dopiero co przetarł w nich dziury i dokupił dłuższy zamek żeby mógł je nosić na wysokości kolan. To marnotrawstwo jak płacenie abonamentu. Hehehehe.
- Pomóc Ci młody człowieku?
- Finansowo ziom? W każdej porze. Franki, euro, nawet te... jak się nazywają te ukraińskie? Jakoś tak jak zioło... Konopiejki? Jakoś tak stary. Hehehe.
- Myślałem raczej o pomocnej dłoni - odparł starszy podnosząc Tonego – Wszystko w porządku ombre?
- Raczej tak, hehehe. Leżałem w gorszych miejscach – półprzytomnym, ale szczęśliwym wzrokiem ogarną swojego wybawcę – i z brzydszymi kobietami. Hehehe. Dzięki ziom. Jak Cię zwą?
- Moje imię nic Ci nie powie. - odparł staruszek nabijając fajkę – Możesz się zwracać do mnie Tańczący.
- Taki Piróg Egurola z Ciebie ziom? To mi możesz mówić Czarna Mamba z Jagodami joł.
- Dobrze Tony – wycedził Tańczący wypuszczając jednocześnie kółka z dymu – będzie jak chcesz.
- Hehehe. Czarna mamba. Bo skonam, hehehe. Dobre! Nie ziom? Hehehe. Co to za towar wciągasz?
- Śmiały Harpunik.
- Heheh. Jak ten bierek w tej grze... jak to... się heheh w bierkach joł. Legalne?
- W tym estado raczej nie.
- Świetnie ziom! Dasz się sztachnąć?
Tańczący wyjął zza pazuchy drugą fajkę, nabił ją „Harpunnikiem” i podał Tonemu. Ten nie do końca wiedział jak się do niej zabrać, ale drogą dedukcji i systematycznego wykluczenia niewłaściwych końców, udało mu się ją zapalić i zaciągnąć kilka razy.
- Stary ale towar. Pozdrów swojego aptekarza. Powiedz mu, że pozdrawia go Tony. On będzie wiedział, że go pozdrawia Tony, joł.
-Domyślam się, że może mieć ogólne pojęcie amigo. Usiądźmy chłopcze.
-Możemy klapnąć na chwileczkę joł, hehehe. I tak za bardzo się ruszają te krawężniki żeby iść dalej. Ja to się nawet mogę położyć, ale się chyba za mało znamy ziom. Hehe.
-Istotnie. Ale kiedyś znałem Twojego przodka. Nawet zbyt dobrze.
-Kochałeś się w mojej staruszce joł?
-Niezupełnie.
-To w starym? Ziom dobrze, że się nie kładłem heheh.
-Engraçado. Znałem kogoś znacznie starszego. Twojego prapradziadka. Maela.
-Hehehe. Nigdy o nikim takim nie słyszałem. Choć w sumie nie pamiętam jak się mój staruszek przed moimi narodzinami nazywał. Teraz mówią na niego Starszy Tonego. Taki syndrom Tatusia Muminka.
-Uwierz mi na słowo. Kiedyś wplątał się w intrygę, która przerosła jego i wszystkich których kochał.
-A ty ziom o tym wiesz bo wyćwierkał ci mały ptaszek.
-Raczej gallina. Nie Dziedzicu Lutni. Ja w nich uczestniczyłem.
-Hehehe. Ziom jesteś bardziej zjarany niż ja. Musiałbyś mieć z 200 lat.
-Soy más viejo que el tiempo. Zresztą posłuchaj opowieści.
***
-I mój prapra z jakąś laską mieli znaleźć to ustrojstwo ziom? Jak w jakimś RPG. Hehe.
-Nie mieli wyjścia. Odyn, ten pijaczyna, el loco i nervus trzymał w szachu jego brata – Marco. Nawet w szachu macie. Zresztą tym razem namieszał jak nigdy do tej pory. Wszyscy myśleli, że nie ma już dla nikogo nadziei, a próba ratowania chłopaka jest jedynie przeciąganiem nieuniknionego. Jak się jednak okazało Los lubi płatać rożne niespodzianki.
-Nawet nie wiesz jak cię rozumiem Ziom. Hehe. Raz jak pomieszałem fanty od Aptekarza to... heheh
-Tak rozumiem twój punto de vista. Nikt z nas, ani Odyn, ani nawet ja, nie przewidzieliśmy, że geny przodków odezwą się w dzieciakach i zniszczą nasz misterny plan zaburzenia Równowagi Na Parkiecie.
-Nie czaję joł, hehe
-Fin del mundo de la magia. Koniec świata magii. Escuchar.
***
-Nie ciągnij mnie za włosy smarkaczu! Ała, zdzierasz mi stanik! Spadają mi moje pantofle!
Mael zatrzymał się w biegu tak, że Maureen wpadła na jego plecy, a przez prawo dynamiki następnie na swoją... też na plecy.
-Po pierwsze nie ciągnę cię za włosy ty... ty bekso! Po drugie nie nosisz stanika!! A po trzecie mam gdzieś twoje pantofle!!! Mój brat umiera pod buciorem jakiegoś pieprzniętego boga. Widziałem jak świat się kończy, widziałem jak ty i Marco umieracie, jak jakieś cienie i kolejna boginka wyłażą z wrót piekieł. A ty mi pieprzysz o pantoflach?! Weź się w garść i ruszajmy dalej!
Podła jej rękę, podciągnął do góry. Maureen zacisnęła usta, dyskretnie sprawdziła, że rzeczywiście nie ubrała biustonosza (dolnych partii bielizny nie miała czasu przetestować), sprawdziła zawiniątko przy pasku i bez słów ruszyła dwa kroki za Maelem. Po chwili zapytała pomiędzy atakiem kolki i zadyszki.
-A wiesz gdzie w ogóle szukać tej cholernej miotły?
-Nie. Ale wiem gdzie znaleźć kogoś, kto nas do niej przeniesie.
W chwili gdy kończył zdanie dotarli do znanej chłopcu Studni Życzeń.
***
Perspektywa upadku z wysokości wyższej niż podłoga jego Elżetki była dla Lorda przerażająca. Teraz przerażającą perspektywę pomnożył przez liczbę kilometrów nad ziemią. Czterocyfrowe liczby lubił tylko przy liczeniu zapasu konserw. Dla otuchy odjął swoje szanse na przeżycie. Dalej czterocyfrowa. Całe jego życie przeleciało mu przed oczami. Wszystko zaczęło się od obiadu, a skończyło na konserwach. Wolał tego nie oglądać. Ocenił trzeźwo swoja sytuację. Leci jakieś 10 km nad ziemią. Jak mawiają mędrcy, to nie wysokość a grunt zabija. Lord Żaber był zdania, że zabija strach i na szczęście, czy może nieszczęście, dostanie zawału przed uderzeniem w glebę. Zastanawiał się, czym zasłużył sobie na tak otwarty atak ze strony kawałka powiązanych patyków. Zrobiona byle jak miotła miała stać się jego toporem przeznaczenia przecinającym linię życia, a potem rozcinającym jego zwłoki i wypruwającym flaki na zewnątrz. Nie podobała mu się ta wizja, choć miała w sobie coś z malarstwa. Jak to się nazywało? A tak - ekspresjonizm.
Miotła, z Żaberem nadzianym za szelki od spodni zaczęła pikować w dół. Chciała dać nauczkę temu zjadaczowi konserw, ale już złość jej przeszła. Przy bliższym poznaniu ten cały Lord nie był takim złoczyńcą. Poza tym był całkiem miły w dotyku. I wcale nie obślizgły. Może mógłby zostać jej przyjacielem. Spojrzała jeszcze raz na niego. Pod pewnym kątem nawet przystojny. Jakby go ubrać w trawiastą spódniczkę może nawet zapałała by do niego uczuciem zgoła innym od nienawiści? Wszak ponoć to tylko jeden krok od jednego do drugiego... Pikując nie mogła dostrzec tego co działo się w innej części lasu.
***
Zła Wiedźma podrygiwała wesoło w swoim czerwonym kapelusiku, niosąc do babci koszyk z łakociami. Zaraz... - Eoren uderzyła się w czoło, dość dotkliwie, zważywszy na fakt, że użyła do tego lewej ręki, oszczędzanej tylko na spektakularne Faceplamy. - to nie było tak. Już wymazane.
-Cholera! Jasna cholera! Niech to Pioruny i Gradobicie spalą na wiór! Żeby jakiś gówniarz tak przechytrzył zawodową skrytobójczynię i uosobienie zła.
-Ehm... Starsza Asystentka ds. Kruchych Ciasteczek i Sałatek Wielowarzywnych. Skrytobójca to mój drugi zawód. Właściwie trzeci, jeśli liczyć ten miłosny... epizodzik z Lordem Żaberem. Ale to pijak i bulimik. Szkoda gadać. - do ostatniego wniosku doszła widząc zabijające samym spojrzeniem oczy Złej Wiedźmy.
-Musimy powstrzymać tego idiotę, zanim ktoś zmusi go do zagrania na tej lutni. Czasu coraz mniej do wypełnienia tej durnej przepowiedni. Ruszajmy!
-Gdzie?
-Do Wieży o Właściwościach Magiczno Penitencjarnych. Tam dzieje się coś Niepokojącego... Poczułam dziwne zawirowania mocy... Czar został złamany. Zło ma teraz wolną rękę.
-Czy przypadkiem to nie ty jesteś tą złą?
-Oj wiesz co mam na myśli. Idźmy już stąd. Myślę, że tu mogą być wilki.
-I co z tego?
-Jakoś nieswojo się czuję o nich myśląc... - Eoren zaśmiała się do monitora – Nie ma chwili do stracenia.
***
Migrencja wracała do gabinetu zdenerwowana. Loki miał się z nią spotkać dobrych kilka godzin temu. Mieli w końcu ustalić podział władzy po usunięciu Złej Wiedźmy z tego świata. Wygląda jednak, że ktoś wcześniej usunął tego narwańca z ziemi, albo śpi schlany z Walkiriami. Nawet rytuał przywoływania Tujo'chd, który wielokrotnie pomagał sprowadzić tego pijaka na ziemię, nie przynosił żadnych efektów. Czyli albo nie żyje, albo w Asgardzie, gdzie magia Matki Natury nie sięga.
-Trudno. Będę musiała sama sobie poradzić z tym wszystkim. - mówiła pod nosem, ruszając do biblioteczki. - Gdzieś to miałam. Ka... Kama... Kamasutra... Kultura Starożytnych Greków... Kolor Magii... Koniec Świata w Rewiach! Aha! Mam! Tylko gdzie jest czwarty tom? Co mnie obchodzi jakiś kurczak na sprężynę... A pamiętam. Pod stolikiem. Kiwał się. Jest! Tom Czwarty - Fin del mundo de la magia. Hiszpański? Cholera. Jeszcze słownik.
Po kilku minutach wyposażona odpowiednio ruszyła na spotkanie przeznaczenia w kierunku Wieży. Nagle zatrzymała się, zawróciła, wyłączyła żelazko i kontynuowała podróż.
***
Czarny Dym zaczął sobie zdawać sprawę ze swojego stanu. Spróbował poruszyć ręką, jednak ciężko jest poruszać czymś czego nie ma. Wspomnienie ręki dotykającej ukochaną przemknęło przez umysł. Umysł? Nie ma umysłu... Jest instynkt. Instynkt mówiący przetrwać. Nie pozwolić się rozmyć. Ciało. Naczynie. Ostatni moment. Szukaj. Naczynie. Nosiciel. Forma. MarJane ostatkiem sił wskrzesił uśpioną w sobie magię. Chciał wypowiedzieć zaklęcie ale nie miał jak. Namiastką zmysłów nerwowo otulał wszystkie przedmioty w wieży. Żywa istota. Jej potrzebował. Żywa forma. Zwierzę. Cokolwiek. Oso polar – wypowiedział w duszy Dym, na chwilę przed utratą świadomości i rozpłynięciem się w nicość. Energia rozbłysła tysiącami iskier wypełniając wieżę eterem najstarszej z pierwotnych magii. Skumulowała się w MarJane przenosząc świadomość w formę. Stał się... polarnym niedźwiedziem. Najdostojniejszym z królestwa zwierząt. Ach! Nareszcie! Wolny! Żywy! Nieposkromiony i najsilniejszy! Pora przyzwać Cię moja ukochana! Nadchodzę! Muszę tylko wykombinować jak otworzę drzwi mojej komnaty bez przeciwstawnych kciuków...
MarJane w formie Niedźwiedzia stanął na tylnych łapach i pacną drzwi łapą.
Poszło łatwiej niż myślałem. - Pomyślał przechodząc przez walające się z futryną i kawałkami ściany drzwi, a właściwie to co po nich zostało. - Nadciągam Lilith! Tylko dlaczego mam taką ochotę na foki?
***
Liście poruszyły się dookoła polany, choć wiatr nie wiał od dawna. Gdzieś daleko zakląskały kastaniety.
-Czy Lutnia jest już gotowa do gry? - Tańczący miał skłonność do pojawiania się w najmniej spodziewanym momencie. Odyna denerwowało, że jakoś nigdy nie potrafił zlokalizować jego śladu energetycznego. Podskoczył więc lekko, zerknął na zwijającego się w agonii chłopca u swoich stóp, następnie na dyndającego jak królik na mrozie Lokiego (który aktualnie uciął sobie drzemkę, lub knuł coś niegodziwego pod tymi kręconymi włoskami).
-Wszystko jest na jak najlepszej drodze. Musimy w końcu raz a dobrze pozbyć się tego świństwa sprowadzającego końce świata na tę ziemię. Chwili spokoju nie mam.
-Tak jak zaplanowaliśmy. Po sprowadzeniu Trzeciej na Ziemię Lutnia będzie należeć do ciebie amigo. A co z nią zrobisz to już twoja sprawa.
-Zaraz, zaraz. Przecież nie taka była umowa! Mieliśmy ją razem zniszczyć. Wiesz przecież co oznaczałoby dla nas sprowadzenie tej wiedźmy. Już ostatnim razem omal nie wywróciła tego świata do góry nogami.
-Już dawno powinna to zrobić! Każdy zasługuje na swoją magię! Każdy powinien ją mieć! A ja co?! Jedyne co mi pozostało to uroki rzucane na zwierzęta! Tańczące Tygrysy! Też mi coś! Kiedy ona była blisko każde moje marzenie stawało się faktem. Teraz pozostał mi tylko taniec. A tobie te durne pioruny. Nie pragniesz wszechmocy?!
-Co to za wszechmoc jeśli byle prostak może mieć taką samą jak ty! Kiedy nie możesz jej w pełni kontrolować?! Poza tym ona nie robi tego dla nas. Chce wzbudzić nasze potencjały, by je potem odebrać i zachować dla siebie! Nie rozumiesz tego!?
-Łgasz psi synu!
-Ty mi w rodowód nie zaglądaj bo skończysz tak jak Loki. Gdyby nie to, że masz ostatni kawałek to w ogóle bym z Tobą nie gadał! Odyn skoczył go gardła tańczącego, ten jednak wychylił się szybko, tak, że muskularne ciało Odyna, w niektórych miejscach przypominające alabaster, pogrążyło się całe w pelerynie Tańczącego, trzymanej jak płachta na byka.
-Toro! - zakrzyknął wesoło, pomimo sytuacji w jakiej się znalazł, przebudzony właśnie Loki. - Może na kolację będzie wołowina!
***
Zrozpaczony chłopak bił w cembrowinę zakrwawionymi rękami.
-Odezwij się! Studnio pomóż mi! Muszę uratować mojego brata! Muszę! Przenieś mnie do Miotły.
Studnia milczała. Cementowy dół z resztką wody na dnie. Bez magii.
Mael był załamany. Opadał sił. Ostatnia nadzieja na uratowanie brata, zanim się wykrwawi pod butem Odyna przepadła. Bo jak niby miał znaleźć inaczej tę przeklętą miotłę.
-To koniec! Wszystko przepadło! - Mael zrezygnowany przytulił się do klęczącej obok Maureen. Nic już nie da się zrobić...
Maureen nie powiedziała ani słowa. Objęła głowę chłopca i przytuliła do piersi. Łza spłynęła o jej policzku i spadła na cembrowinę. Woda na dnie rozbłysnęła srebrnym światłem. Mael jak w amoku powtarzał: Przenieś mnie do miotły! Pomóż mi uratować brata!
I wtedy życzenie się spełniło.
***
Miotła zatrzymała się tuż przed ziemią brzuch Lorda otarł się o trawę, a jego spodnie stały się cięższe niż jeszcze kilka minut temu. Miotła delikatnie opuściła go na ziemię. Przeleciała (jeśli wiesz co mam na myśli) nad nim kilka razy. Za każdym razem coraz niżej aż opadła na opiekuńcze ramię Lorda Żabera. Od kiedy Żaber przeżył atak rozwścieczonej pomocy wzorowej gospodyni domowej jakoś przyjemnie mu się zrobiło, gdy jej drewniane, może i chude, ale jednak ciałko, schroniło się w jego objęciach. Nagła iskra namiętności przeskoczyła między nimi. Lord Żaber słynący z francuskich pocałunków, nie miał w tym wypadku dużego pola do popisu, więc zabrał się zaraz do rzeczy. Szybko pozbył się spodni by nie krępować niczym natury a następnie rozpiął pasek nie wiadomo dlaczego opinający smukłe ciałko Miotły i wyrzucił go w krzaki.
-Czy jesteś gotowa maleńka wzlecieć ze mną – tu Lord ugryzł się w język boleśnie – ruszyć w wycieczkę na pola elizejskie naszej wspólnej przyszłości?
Miotła nie odparła nic jednak małe sęki na jej ciele zaczęły sterczeć i zachęcać Żabera do pójścia na całość.
-Zostawmy ich samych i wracajmy do twojego brata – powiedziała Maureen zabierając rzucony niedbale pasek.
-Śpieszmy się – dodał Mael pociągając nosem i przełykając łzy.
***
-Coś tu podejrzanie za spokojnie jak na koniec świata. - Vendetta była zawiedziona obserwując okolicę przez swoją lunetę. - tylko Odyn i ten torreador się trochę szarpią. Baleron z kręconymi włosami wisi spokojnie, a zmasakrowany dzieciak dogorywa jako dodatek artystyczny.
-To Mael?
-Nie. Jakiś inny. Kiepsko z nim. Wygląda jak pieczeń rzymska przed włożeniem do pieca.
-Nie obchodzi mnie to. A lutnia? Złożyli ją już?
-Póki co czysto. Zaraz! Nie uwierzysz mi co widzę.
-Oby nie wilki.
-Gorzej! Biały niedźwiedź! Biegnie prosto na Odyna i tego drugiego. Nie rozumiem tego.
-Poczekaj chwilę tylko.
Piorun rozdarł niebo i boleśnie zakończył odważną szarżę MarJane. Zszokowane zwierzę zaskomlało boleśnie. Zrobiło jeszcze dwa kroki i padło jak nieżywe. Z drugiej strony polany kolejna iskra magii przecięła powietrze.
-Haliate! - Matka Natura rzuciła zaklęcie na Odyna. -Ty stary durniu! Co do cholery zrobiłeś Lokiemu?! I co to za baran którego obijasz?!
-Po pierwsze co to za durne zaklęcie opuszczające spodnie do kolan??! Nie stać cię na nic lepszego? A po drugie ten kręcony dupek dostał to na co zasłużył.
-W kaczuszki? - Loki zachodził się ze śmiechu – Nosisz bokserki w kaczuszki?!
-Co wy tu wyprawiacie? Gdzie jest Lutnia? I co do cholery robi tu ten Kolargol?
-Wyjaśniamy sobie nasze stosunki odnośnie końca świata, Lutnia się kompletuje, a Misiek wyleciał z tej wierzy. Nie mam pojęcia jak się tam znalazł.
-Z wieży? Czy ty wiesz co zrobiłeś? Zabiłeś MarJane!
-Tego świra co kochał się swego czasu w Lilith?
-Tego świra który jako jedyny zna ostateczne zaklęcie przywołania
-Nie umarł. Ma za grube cielsko, żeby coś mu zrobił jeden piorun. Pewnie tylko zemdlał. Zaraz! Ty chcesz też przyzywać tą sukę?
-Uważaj na słowa bożku! Mówisz o mojej siostrze!
-Nie! Mówię o ździrze która ma sprowadzić koniec świata. Nie pozwolę na to!
-To się jeszcze zobaczy. Haliate!
-Hehe. Niewyrośnięty jak na boga - zauważył Loki zerkając ponad znajdujące się teraz w okolicach kolan bokserki.
***
-Czemu one się nie łączą? - Mael próbował dopasować kawałki lutni do siebie. -Coś jest nie tak.
-Nie myśl o tym. My wykonaliśmy swoją część zadania. Teraz już tylko musimy wrócić do tej wieży.
-Nadal myślę, że coś tu jest nie tak. Brakuje co najmniej dwóch części by była kompletna. - rozmyślał chłopak przedzierając się przez las.
-Zaraz będziemy na miejscu i wszystko się wyjaśni.
-Tak wszystko się... - Mael upadł. Z jego pleców sterczał nóż, a
-...wyjaśni. - Maureen wyjęła z jego pleców swój nóż, schowała go do pochwy (co za niefortunne słowo) przywiązanej do kostki i pozbierała części Lutni. -Przykro mi mały. Tak musiało być.
Chwila koncentracji wewnętrznej energii i Maureen zniknęła w błysku światła.
***
Są takie chwile, gdy wszystko się wyjaśnia, są takie gdy wszystko się kończy i są takie gdy wszystko się zaczyna. Teraz wszystko działo się jednocześnie.
-Mistrzu. Zebrałam wszystkie części. - Klęcząca przed Tańczącym Maureen schyliła głowę w geście poddania.
-Dobrze Lutnio. Czyń swoją powinność. - Tańczący, bacznie obserwowany przez Matkę Naturę złożył ostatnią strunę na ręce Maureen. Dziewczynę okryła magiczna powłoka. Światło rozświetliło jej całe ciało. Kawałki lutni zaczęły krążyć dookoła. Coraz szybciej i szybciej by w wybuchu energii zakończyć swe istnienie jako oddzielne części i zjednoczyć się wraz z ostatnią ukrytą w ciele Maureen – pudłem rezonansowym. Iskrzące wyładowania energii pokrywały powstały instrument. Zebrani rozejrzeli się dookoła.
-Masz może popcorn? - Loki zagadał do Odyna, nie zważając na pętające obu panów więzy. Odyn nie odparł ani słowa, mrugnął tylko okiem a piorun zelektryzował i porozkręcał wszystkie loki na głowie blondyna.
-A niby jak zamierzacie na niej zagrać nie mając Ostatniego Barda? Ha?! - Odyn nigdy nie tracił animuszu nawet wisząc związany z bokserkami na wysokości kolan.
-Właśnie... - Matka Natura zastanowiła się zerkając na osamotnioną lutnię leżącą na trawie.
-Nie potrzebujemy Wybrańca – Tańczący był pewien swoich słów – w chwili kiedy cześć lutni połączyła się z ciałem mojej kapłanki, stała się samoistnym bytem. Z wolą i zdolnościami gry. Wystarczy tylko inkantacja. Wystarczy by MarJane dotknął jej przywołując Lilith. A właśnie. Jak on się czuje?
-Już lepiej – Powiedziała gładząc po łbie niedźwiedzia. - Myślę, że jest już gotów.
-Od sześćdziesięciu lat. Dawajcie mi tę fokę... znaczy lutnię.
Ziemia rozstąpiła się kiedy MarJane dotknął Lutni. Piękny dźwięk szarpanych strun zabrzmiał w całej okolicy. W oczach niedźwiedzia wytrwały obserwator dostrzegłby łzy wzruszenia, gdy jego wewnętrzny głos szeptał Llegar Lilith!
***
Lord Żaber siedział wygodnie wsparty na miotle. Wiatr rozwiewał nieliczne włosy na jego klacie.
-Ech gdybym tylko miał papieros, żeby zapalić po tak szalonej miłości. - ledwo zdążył wypowiedzieć te słowa a w jego palcach zapalone Mallboro kusiło swoim kształtem. -Niesamowite. A może martini do tego? - Kolejna używka (dzieci nie próbujcie tego w domu) pojawiła się w jego ręce.
-Lądujmy kochana. To coś niesamowitego. Mam magiczne zdolności. Czegokolwiek sobie zażyczę staje się prawdą. Żaber zastanowił się przez chwilę, zerknął ukradkiem na sęki Miotły. Większe. Czyli to jednak prawda....
Po wylądowaniu otoczył ich dom z basenem, huśtawka podwieszana w sypialni i stadnina koni.
-Teraz będziemy wiedli życie jak w bajcie.
Spokój ich popołudniowej sjesty zakłócił charczący dźwięk umierającej istoty. Lord zaczął biec, jednak znaczące szturchnięcie miotły zmusiło go do zawrócenia i zamiast w przeciwnym ruszył w kierunku skąd nadchodziło charczenie.
-A jeśli to jest umierający krokodyl? Ponoć potrafią być niezwykle niebezpieczne. Żaber chciał popisać się wiedzą przekazaną mu przez Krystynę Czubównę. Widok jaki ujrzał zamiast przerazić go wzbudził w nim współczucie. Nie było jednak na nie czasu. Plama krwi na koszuli chłopca powiększała się z każdym, coraz rzadszym uderzeniem serca.
-Medyka. Musimy wezwać medyka! Miotła jednak ewidentnie dała mu do zrozumienia, że również na medyka nie mają na to czasu. Przysunęła swoim ciałkiem (rzeczywiście większe te sęki) rękę Żabera do rany chłopca. Ten w jednej chwili zrozumiał wszystko. Wypowiedział życzenie:
-Niech chłopiec będzie zdrów! Błękitna otoczka energii przepłynęła między jego palcami.
Przymknięte, zapłakane oczy chłopca otworzyły się.
***
Lilith pochyliła się i pogłaskała za uchem MarJane.
-Dziękuję Ci mój Ukochany. Teraz już możemy być razem na wieki. Pocałowała go w niedźwiedzie usta. I jak to zwykło bywać w najlepiej kończących się bajkach otoczyły ich drobiny magicznego kurzu, a po ich opadnięciu MarJane i Lilith trwali w pocałunku w swoich ludzkich postaciach.
-Wiedziałem, że uda mi się Ciebie odzyskać kochanie. Czekałem tak długo.
-Wiem – Lilith zamknęła jego usta pocałunkiem i jeszcze mocniej wtuliła się w jego ramiona.
-Ekhm... Czy mogę na chwilę przerwać moja Pani? - Tańczący chciał przyciągnąć uwagę Lilith, jednak kula ognia uderzająca wprost jego twarz i przerzucająca jego drgające w agonii ciało z dala od biegu wydarzeń.
-Ej to nie tak miało być. Miałaś nas obdarować niepokonaną mocą, a nie niszczyć tych którzy włożyli tak wiele wysiłku w przywołanie ciebie. Ci to ma być? Nie na taką umowę się pisałam. - Matka Natura nie potrafiła wyrazić swojego oburzenia. -Ty Ździro.
Kula energii adresowana do Lilith utworzyła się w rękach Migrencji i pomknęła wprost w Lilith.
-Tak w ogóle to witaj z powrotem siostrzyczko.
Trzecia jednak nawet nie zrobiła uniku. Energia została pochłonięta w jej ciele.
-Łaskocze. - Lilith wzrokiem przerzuciła Matkę naturę przez całą polanę i uderzyła nią o ścianę. Dzierżona przez Matkę Naturę księga upadła w krzaki, i gdyby nie konieczność zachowania powagi na pewno uderzyłaby Złą Wiedźmę w głowę. Z racji podniosłości chwili uderzyła jednak w lunetę Vydry Vendetty, sprawiając, że śliwa pod okiem każe myśleć naukowcom, o odkryciu nieznanej wcześniej krzyżówki wydry z pandą. Zła wiedźma chwyciła ja w lot i przeczytała tytuł. Od razu przeszła do 13 rozdziału mówiącego o pieczętowaniu demonów w magicznych Wieżach.
-Dobrze, że swego czasu brałam korepetycje z Hiszpańskiego.
Rytuał był dość skomplikowany a dla obserwatora mógłby się nawet wydać niedorzeczny.
-Osłaniaj mnie – Zła Wiedźma rzuciła do Vydry proste polecenie.
Marianna rozglądnęła się niepewnie. Z jednej strony polubiła Zła wiedźmę, na tyle na ile jest możliwe jej polubienie, a z drugiej czuła się w obowiązku wobec Matki Natury, jej pracodawczyni.
Postanowiła jednak bronić Złej Wiedźmy póki starczy jej sił.
Wokół Lilith i MarJane smugi energii rozpraszały się coraz szerzej. Sięgały do każdej magicznej istoty wysysając z niej całość magii. Smugami przesuwała się ona wprost do dłoni Lilith.
Magiczne więzy pętające Lokiego i Odyna nagle rozluźniły się i panowie jak dłudzy zlecieli na ziemię.
-TY ŹDZIRO! - Zakrzyknął Odyn i sięgnął po piorun. Niestety żadnym ze znanych mu miejsc nie udało się znaleźć nawet najmniejszej iskierki których używał do podpalania fajki.
-Nie masz czego szukać – Loki szybko zorientował się w sytuacji – ta wiedźma przejęła całą naszą energię. Mieliśmy być niepokonani, a okazuje się, ze to tylko ona będzie mieć jakąkolwiek siłę na tej ziemi.
-Więc musimy załatwić to po staremu.
Smuga wysysająca energię ruszyła także w kierunku Złej Wiedźmy. Ta stojac na jednej nodze i szepcząc inkantację zapieczętowania demonów nie miała szans by się przed nimi obronić. Vendetta widząc całą sytuację podbiegła zasłaniając Wiedźmę własnym ciałem. Jednak za tą Smugą nadchodziły kolejne. Marianna po kolei przyjmowała je na swoje ciało. Kiedy już cała magia została z niej wyssana Smugi zaczynały wysysać z niej energię życiową. Włoski na ciele Vendetty zaczynały robić się coraz bardziej szare w niektórych miejscach przechodząc w biel.
-Uratuj ten świat – Vendetta rzuciła w stronę Złej Wiedźmy – I dodawaj do Żmijówki odrobię piołunu. Będzie lepiej smakować. Vydra upadła na kolana. Smugi rozbłysły jeszcze raz a potem zniknęły, akurat w chwili kiedy dusza Marianny wzlatywała do nieba Wiedźma skończyła inkantację i rzuciła zaklęcie na magiczną wieżę.
-Teraz wszystko od was zależy chłopaki! - krzyknęła w stronę Lokiego i Odyna. Dajcie popalić tej ździrze!
Smugi wbiły się w ciało Wiedźmy wysysając całą magię.
Loki ruszył pierwszy przejmując na siebie uderzenie wściekłej Lilith. W tym czasie Odyn skokiem i kilkoma przewrotami znalazł się przy gardle Trzeciej. Schwycił ją mocarnymi ramionami, które nawet bez magii bogów rzuciły Lilith tuż przed wejście do Wieży o Właściwościach Magiczo-Penitencjarnych, która dzięki zaklęciu Złej wiedźmy znów spełniała powiązaną z nazwą rolę.
Odyn rzucił się do kolejnego ataku ale fala uderzeniowa wysłana prze MarJane, który przybiegł chronić ukochaną odepchnęła pozbawionych magii bogów na skraj polany.
-To już koniec psie syny! Magia to przeszłość. Teraz liczyć się będę tylko ja! Tylko ja posiądę pierwotne siły! Tylko ja! - Lilith coraz mocniej dawała się ponieść roznoszącym ją emocjom.
-Nie dopóki ja żyję! - z impetem z góry Mael skoczył na stojącą tuż przed drzwiami Wieży parę. -Za mojego brata i całe zło które wyrządziliście! Gińcie!
Mael pomimo małych rozmiarów spadając z Miotły nabrał pędu który pozwolił mu na wepchnięcie demonicznej pary do Wieży. Po zniknięciu pary w ciemności wejście zostało zapieczętowane. Ze środka dał słyszeć się krzyk gniewu demonów. Energia nagromadzona w Lilith wydostała się na zewnątrz powracając do żywych istot. Dookoła wieży. Przynajmniej do tych które istniały. Zła Wiedźma spojrzała na leżące na trawie sztylety Vendetty.
Mael, kiedy tylko upewnił się, że drzwi są zapieczętowane ruszył do brata, który zapomniany przez wszystkich dogorywał.
-Marco! Bracie! Jak się czujesz? Marco otworzył oczy i uśmiechnął się do brata. Nie miał sił nic powiedzieć. Sięgnął tylko za pazuchę wyjął Dziennik Dziadziusia i wcisnął go w rękę chłopca.
-Marco! Nie! Nie możesz umrzeć! Nie! Błagam! Pomóżcie mu. Zebrani dookoła spuścili głowy. Śmierci nikt nie potrafił pokonać. Żaber próbował wykrzesać z siebie choć trochę magii, ale zniknęła ona tak samo szybko jak się pojawiła. Widać było to jedynie zawirowanie w równowadze magicznej związane z pojawieniem się Lilith. Teraz mógł jedynie objąć ja ramieniem i oprzeć o nią głowę.
-Nieeeeeeeeee! - krzyk Maela był jedynym dźwiękiem przeszywającym okolicę. Chłopiec objął brata i wtulił się w niego. Płacz to jedyne co mu pozostało. Chociaż nie. Miał jeszcze jedno. Zemstę! Z wściekłością chwycił za jeden ze sztyletów Vendetty i ruszył z nim na Odyna. Odyn widząc rozpacz chłopca nawet nie próbował się bronić. Pozwolił mu samemu zrozumieć, że wraz z zamknięciem Lilith, Odyn odzyskał boską moc i żadne ostrze nie jest w stanie nic mu zrobić.
-Dlaczego musiałeś go zabić?! W imię czego?! - sztylet wypadł z rąk chłopca, on jednak nadal bił w pierś Odyna, aż całkiem opadł z sił.
-To była ofiara której żądała przepowiednia. Tak musiało być.
Mael wymierzył mu najsilniejszy cios na jaki było go stać w tamtym momencie, Odyn i Loki zdążyli jednak się ulotnić, pozostawiając pogrążonego w żalu i żałobie chłopca.
***
-I to ma być wszystko ziom? A gdzie happyending? Gdzie żyli długo i szczęśliwie paląc to na co mieli ochotę?
-Twój prapradziadek żył. Jeszcze długie lata. Cały czas szukając metody zemsty na Odynie.
-Udało mu się?
-Nie. Nie miał wystarczającej siły by pokonać boga. Ale ty możesz mieć – Tańczący sięgnął pod płaszcz i wyjął spod niego pasek.
-Nie może być stary. To ta cała Lutnia joł?
-Jej część Tony. - Tańczący odparł ze stoickim spokojem w głosie. - Czy nie miałbyś ochoty na przygodę? I małą zemstę na bogach?
-A nie dasz mi do wyboru dwóch tabletek jak w Matrixie?
-Nie. Bo znając Twoje skłonności połknąłbyś obie i popił piwem.
-No dobra stary. Hehehe. Piszę się na to. Tylko te krawężniki muszą przestać falować.
v I jak?