Gry forumowe

inna gierka oraz Rewia NUTTER

Forumowe nabijacze postów ;)

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Eoren » 28 gru 2011, o 14:16

^ W sumie mam doświadczenie w byciu oczekiwaną tutaj więc czemu nie...

> Marku, Melisso - bardzo dziękuję za zadeklarowanie się.
Mogę dopisac to, o co prosiła Nobby tzn. huishu Rewii NUTTER (mam nadzieję, że o nikim nie zapomnę):
Mael - Marek
Lord Żaber - Grace
Migrencja vel Matka Natura - Dicey
Zła Wiedźma vel Niania Ikropka - moi czyli Eoren
Odyn - Jola
Loki - grze_tomas kiedyś był kiedy jeszcze... tu był
Vydra Vendetta vel Starsza Asystentka ds. Krychych ciasteczek i Sałatek Wielowarzywnych Marianna - Melissa
Eoren - (i tu zaskoczenie!) ...Eoren(?!)

Reszta ról pozostaje nadal nieobsadzona. Bierzcie, bierzcie - póki gorące! Macie jeszcze trochę czasu zanim PDFa sprokuruję ale bez przesady.
Mam nadzieję, że to Ci się pomoże zdecydowac Nobby ;)

v Zdecyduje się albo starym dobrym zwyczajem wkopie kolegę/koleżankę*.

*Niepotrzebne skreślic.
**
Eoren!Jak to dobrze,że jesteś! To znaczy tu.
Porównanie młodej i pięknej dziewczyny do koła zamachowego,to trochę ryzykowne,ale tak mi wyszło. Dlatego wolimy jak jesteś.

E tam - bycie kołem to dla mnie nie pierwszyzna. Wieśc gminna głosi, że jestem zaginioną córką Xaviego a jak wszyscy wiedzą Xavi z tego słynie, że robi kółeczka*** ;)
***A jak kółeczko dorośnie to jest kołem, prawda? No.
****Zauważyliście? Gwiazdki wróciły!
THERE IS NO JUSTICE. THERE IS JUST ME.
"Outside of a dog, a book is man's best friend. Inside a dog, it's too dark to read."
Avatar użytkownika
Eoren żeńska
Bibliotekarz
 
Posty: 1641
Lokalizacja: Nałęczów...KRK
Reputacja: 332

Reklama

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Eoren » 28 gru 2011, o 17:03

^ Jest mną. I wie, że w słowniku jej (mojej? naszej?) mamy znajduje się takie słowo jak "podszykowac". To więc uczyniła i napisała pre-zakończenie. Oto i ono:

> Zimne wichry Najdalszego Wschodu wyły za oknami małego, drewnianego domku...
Tańczący Między Słowami pstryknął palcami i nagle wiatr ustał. Dokładniej - wszystko ustało. Stuknął w bok Odyna.
- Patrz na nią, amigo - powiedział wskazując zastygłą w bezruchu, znajdującą się wewnątrz małego domku na Najdalszym Wschodzie, maleńką z tej perspektywy postać Éoren.
Odyn odpalił fajkę.
- Patrzę, i co?
- No właśnie chodzi o to, że nic! - nie wytrzymał Tańczący. - Ona zupełnie nie pisze!
Jego rozmówca podrapał się z zamyśleniem po brodzie, z której wysypały się okruszki różnego rodzaju strawy.
- I cóż z tego? Ja też nie piszę i śmiem twierdzić, że bardzo mi z tym dobrze.
- Tonto! Jeśli ona nie zacznie pisać ta la cuenta się nigdy nie skończy. Nunca! I nunca nie będziemy mieć el descanso! - zdenerwowany Tańczący coraz bardziej przechodził na hiszpański.
- Nie będzie descanso?! Jak to nie będzie descanso?! - zagrzmiał Odyn. - Ja tu zaraz pokażę* tej gówniarze...
Zaczął poklepywać się po kieszeniach w poszukiwaniu podręcznego pioruna...
- Tranquilamente, amigo! Bicho malo nunca muerte** - pozwolił sobie zażartować Tańczący. - Ekhm, ekhm... to znaczy... Nie możesz jej zabić! Musi przecież dokończyć la cuenta. Poza tym wcale nie ma łatwo. Zobacz co ellos wymyślili!
- Faktycznie - przyznał Odyn zerkając z ukosa. - Czarny Dym? Chyba za dużo Lost-a się naoglądali. Tylko czekać aż się pojawią niedźwiedzie polarne. Ale co to ja miałem... A tak! Piorun!
- Daj jej jeszcze jedną szansę. Ostatnią, amigo - próbował ratować sytuację Tańczący.
- Oj, daj spokój! Jeden mały piorunek jeszcze nikomu nie zaszkodził...

...Zimne wichry Najdalszego Wschodu znów zaczęły omiatać domek. Éoren z nieznanych przyczyn miała wrażenie, że ktoś ukradł jej parę ostatnich minut jej życia. I dlaczego była taka zdrętwiała?
>>PST!
- Słucham? - rzuciła w eter.
>>PST!!!\
- Kim jesteś? I, jeśli już o tym mówimy - to gdzie jesteś?
>>TU, NA EKRANIE, TY NIEROZGARNIĘTA ISTOTO. JESTEM TWOIM KOMPUTEREM, NIE PAMIĘTASZ.
- Ciężko zapomnieć - odparła. - Może byłoby lepiej gdybyś nie miał zepsutego monitora, który muszę trzymać pod kątem 45 stopni żeby widzieć cokolwiek - starała się odgryźć za "nierozgarniętą istotę" jak umiała. - A tak właściwie to dlaczego cię słyszę?
>>NIE SŁYSZYSZ MNIE.
- Słyszę.\
>>NIE. TO TYLKO NIEISTOTNA PROJEKCJA TWOJEGO UMYSŁU.
- Słucham...
>>ALE TO NIE MA JUŻ ŻADNEGO ZNACZENIA.
- Jak to nie ma? O co ci chodzi, ty stary gracie? - Éoren nie dając za wygraną położyła laptop na boku i próbowała przytrzymać go nogą żeby uzyskać kąt, pod którym będzie widzieć cokolwiek.
>>TYLKO BEZ INWEKTYW. NIE MOJA WINA, ŻE NIE ODDAŁAŚ MNIE DO AUTORYZOWANEGO SERWISU. BARDZO KIEPSKA Z CIEBIE WŁAŚCICIELKA. ALE WRACAJĄC DO TEMATU: CHODZI O TO, ŻE JEŚLI NATYCHMIAST NIE ZACZNIESZ PISAĆ TO TWÓJ UMYSŁ ZA CHWILĘ NIE BĘDZIE JUŻ ZDOLNY DO ŻADNYCH PROJEKCJI.
- Czy ty mi grozisz?...
>>JA NIE. JA CIĘ OSTRZEGAM. W KWESTII GRÓŹB ROZMAWIAJ Z ODYNEM.
- Odynem?! Mówisz o tym starym...mnjsdkjsodjaoijsdfikajik?
W sobie tylko znany sposób laptop zdołał wytworzyć projekcję ręki, która w odpowiednim momencie zatkała usta Éoren.
>>ŚWIETNA ROBOTA! WIESZ CO SIĘ DZIEJE Z PROCESOREM W TAKICH TEMPERATURACH? CZY CO TY TAM MASZ W ŚRODKU... NIE DYSKUTUJ TYLKO SIADAJ I PISZ!
- Ale...
->>PISZ!!!
- Dobra, już dobra - dziewczyna przejrzała szybko pozostawiony jej scenariusz. - Co?! Jaki znowu Czarny Dym?! Mam do tego dorzucić niedźwiedzie polarne, czy co? - wyrwało jej się.
>>ÉOREN...
- Tak?
>>SPÓJRZ W GÓRĘ.
Spojrzała. Po chwili zdała sobie sprawę, że z zamkniętymi oczami nie da się spoglądać więc spojrzała jeszcze raz. I zaczęła pisać...

*Czy też raczej "pokarzę"...
**(hiszp.) - dosł. "złe stworzonko nigdy nie umiera" = "złego diabli nie biorą".

V Czy uda jej się?
THERE IS NO JUSTICE. THERE IS JUST ME.
"Outside of a dog, a book is man's best friend. Inside a dog, it's too dark to read."
Avatar użytkownika
Eoren żeńska
Bibliotekarz
 
Posty: 1641
Lokalizacja: Nałęczów...KRK
Reputacja: 332

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez 4jola » 1 sty 2012, o 19:28

^Ofkors,że naturalnie tak!

> WSZYSCY,ale to absolutnie wszyscy,cała banda zgromadziła się za monitorem i wstrzymała oddech...
-Ciiii!!!-Mael uciszył Vendettę-Chcesz Ją rozproszyć?
-No co,mam czkawkę!-obruszyła się Starsza Asystentka ds.Kruchych Ciasteczek.
-Teraz?!
-Czkawka nie wyb-biera,odwal się!-syknęła nieszczęśliwa Wydra.
-Jak cię gwizdnę w ucho,to ci zaraz przejdzie-zamruczał Kraken z tyłu.
Przez chwilę,towarzystwo zastanawiało się,co im się nie zgadza.
-A ty co tutaj robisz?-zapytał w imieniu wszystkich Loki.
-No co,ciekawy jestem jak to się,tym razem skończy.Tak narozrabialiście i zamąciliście w rzeczywistości,że już opowiadają sobie o was w zaświatach.I to w odcinkach!I tak po starej znajomości...
Kraken spojrzał z wdzięcznością wszystkimi swoimi dwudziestoma kilkoma oczami na Odyna.Dwunastoma mrugnął porozumiewawczo.-A tak w ogóle,kto chce popkorn?
Kilkanaście rąk wysunęło się i wzięło torebki.
-Tylko nie mlaskać,żebyście Jej nie przeszkadzali-powiedział surowo Odyn.Oficjalnie chlapnął sobie z piersióweczki i tak wszyscy wiedzą.Nie przyznałby się jednak nigdy,nawet na torturach w piwnicy Inkwizycji,jak bardzo się bał,że o nim zapomną.Niech nawet nienawidzą,zawsze to jakieś uczucie.Ale tak zostawić odłogiem,na znistę i kurz?Ale teraz jest nadzieja...Widać nawet bogowie jej potrzebują.

Kilkanaście par oczu patrzyło w skupieniu,przez przezroczysty od ich strony monitor,na niczego nie podejrzewającą Eoren.Większość nieświadomie trzymała kciuki.Kraken nawet kilkanaście...Powinno pomóc...Wszyscy razem wysłali w eter NATCHNIENIE...

V Doszło?
"My , z matką twoją , rasizmowi mówimy twarde i zdecydowane: raczej nie !"

Growing old is inevitable,growing up is optional.
Avatar użytkownika
4jola
Pani Palm
 
Posty: 1537
Reputacja: 561

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Marek_Sobczak » 3 sty 2012, o 18:48

^Doszło :) Nawet doszedło, bo miało daleko. Doczekać się nie mogę końca, to sam skończę. Wszak mężczyznę... :) Sami wiecie. Posłuchajcie więc.
> - Ale się wywaliłem! Hehehehhehe – Tony kolejny już raz przeliczył swoje możliwości w stosunku do grawitacji i wysokości krawężnika. - Jak stara baba na deskorolce. Hehehe.
Żart wydał mu się dużo zabawniejszy niż był. Ale zwykle tak miał, kiedy odwiedzał znajomego o ksywce Apteka, który chętnie dzielił się z nim swoimi najnowszymi nabytkami. Tony lubił to jak się czuje po tych zielonych, ale i różowymi nie gardził. Tych w paski chyba jednak nie powinien już łykać. Jakoś dziwnie bliska staje się wtedy gleba. A szkoda nowych spodni. Dopiero co przetarł w nich dziury i dokupił dłuższy zamek żeby mógł je nosić na wysokości kolan. To marnotrawstwo jak płacenie abonamentu. Hehehehe.
- Pomóc Ci młody człowieku?
- Finansowo ziom? W każdej porze. Franki, euro, nawet te... jak się nazywają te ukraińskie? Jakoś tak jak zioło... Konopiejki? Jakoś tak stary. Hehehe.
- Myślałem raczej o pomocnej dłoni - odparł starszy podnosząc Tonego – Wszystko w porządku ombre?
- Raczej tak, hehehe. Leżałem w gorszych miejscach – półprzytomnym, ale szczęśliwym wzrokiem ogarną swojego wybawcę – i z brzydszymi kobietami. Hehehe. Dzięki ziom. Jak Cię zwą?
- Moje imię nic Ci nie powie. - odparł staruszek nabijając fajkę – Możesz się zwracać do mnie Tańczący.
- Taki Piróg Egurola z Ciebie ziom? To mi możesz mówić Czarna Mamba z Jagodami joł.
- Dobrze Tony – wycedził Tańczący wypuszczając jednocześnie kółka z dymu – będzie jak chcesz.
- Hehehe. Czarna mamba. Bo skonam, hehehe. Dobre! Nie ziom? Hehehe. Co to za towar wciągasz?
- Śmiały Harpunik.
- Heheh. Jak ten bierek w tej grze... jak to... się heheh w bierkach joł. Legalne?
- W tym estado raczej nie.
- Świetnie ziom! Dasz się sztachnąć?
Tańczący wyjął zza pazuchy drugą fajkę, nabił ją „Harpunnikiem” i podał Tonemu. Ten nie do końca wiedział jak się do niej zabrać, ale drogą dedukcji i systematycznego wykluczenia niewłaściwych końców, udało mu się ją zapalić i zaciągnąć kilka razy.
- Stary ale towar. Pozdrów swojego aptekarza. Powiedz mu, że pozdrawia go Tony. On będzie wiedział, że go pozdrawia Tony, joł.
-Domyślam się, że może mieć ogólne pojęcie amigo. Usiądźmy chłopcze.
-Możemy klapnąć na chwileczkę joł, hehehe. I tak za bardzo się ruszają te krawężniki żeby iść dalej. Ja to się nawet mogę położyć, ale się chyba za mało znamy ziom. Hehe.
-Istotnie. Ale kiedyś znałem Twojego przodka. Nawet zbyt dobrze.
-Kochałeś się w mojej staruszce joł?
-Niezupełnie.
-To w starym? Ziom dobrze, że się nie kładłem heheh.
-Engraçado. Znałem kogoś znacznie starszego. Twojego prapradziadka. Maela.
-Hehehe. Nigdy o nikim takim nie słyszałem. Choć w sumie nie pamiętam jak się mój staruszek przed moimi narodzinami nazywał. Teraz mówią na niego Starszy Tonego. Taki syndrom Tatusia Muminka.
-Uwierz mi na słowo. Kiedyś wplątał się w intrygę, która przerosła jego i wszystkich których kochał.
-A ty ziom o tym wiesz bo wyćwierkał ci mały ptaszek.
-Raczej gallina. Nie Dziedzicu Lutni. Ja w nich uczestniczyłem.
-Hehehe. Ziom jesteś bardziej zjarany niż ja. Musiałbyś mieć z 200 lat.
-Soy más viejo que el tiempo. Zresztą posłuchaj opowieści.

***
-I mój prapra z jakąś laską mieli znaleźć to ustrojstwo ziom? Jak w jakimś RPG. Hehe.
-Nie mieli wyjścia. Odyn, ten pijaczyna, el loco i nervus trzymał w szachu jego brata – Marco. Nawet w szachu macie. Zresztą tym razem namieszał jak nigdy do tej pory. Wszyscy myśleli, że nie ma już dla nikogo nadziei, a próba ratowania chłopaka jest jedynie przeciąganiem nieuniknionego. Jak się jednak okazało Los lubi płatać rożne niespodzianki.
-Nawet nie wiesz jak cię rozumiem Ziom. Hehe. Raz jak pomieszałem fanty od Aptekarza to... heheh
-Tak rozumiem twój punto de vista. Nikt z nas, ani Odyn, ani nawet ja, nie przewidzieliśmy, że geny przodków odezwą się w dzieciakach i zniszczą nasz misterny plan zaburzenia Równowagi Na Parkiecie.
-Nie czaję joł, hehe
-Fin del mundo de la magia. Koniec świata magii. Escuchar.

***

-Nie ciągnij mnie za włosy smarkaczu! Ała, zdzierasz mi stanik! Spadają mi moje pantofle!
Mael zatrzymał się w biegu tak, że Maureen wpadła na jego plecy, a przez prawo dynamiki następnie na swoją... też na plecy.
-Po pierwsze nie ciągnę cię za włosy ty... ty bekso! Po drugie nie nosisz stanika!! A po trzecie mam gdzieś twoje pantofle!!! Mój brat umiera pod buciorem jakiegoś pieprzniętego boga. Widziałem jak świat się kończy, widziałem jak ty i Marco umieracie, jak jakieś cienie i kolejna boginka wyłażą z wrót piekieł. A ty mi pieprzysz o pantoflach?! Weź się w garść i ruszajmy dalej!
Podła jej rękę, podciągnął do góry. Maureen zacisnęła usta, dyskretnie sprawdziła, że rzeczywiście nie ubrała biustonosza (dolnych partii bielizny nie miała czasu przetestować), sprawdziła zawiniątko przy pasku i bez słów ruszyła dwa kroki za Maelem. Po chwili zapytała pomiędzy atakiem kolki i zadyszki.
-A wiesz gdzie w ogóle szukać tej cholernej miotły?
-Nie. Ale wiem gdzie znaleźć kogoś, kto nas do niej przeniesie.
W chwili gdy kończył zdanie dotarli do znanej chłopcu Studni Życzeń.

***

Perspektywa upadku z wysokości wyższej niż podłoga jego Elżetki była dla Lorda przerażająca. Teraz przerażającą perspektywę pomnożył przez liczbę kilometrów nad ziemią. Czterocyfrowe liczby lubił tylko przy liczeniu zapasu konserw. Dla otuchy odjął swoje szanse na przeżycie. Dalej czterocyfrowa. Całe jego życie przeleciało mu przed oczami. Wszystko zaczęło się od obiadu, a skończyło na konserwach. Wolał tego nie oglądać. Ocenił trzeźwo swoja sytuację. Leci jakieś 10 km nad ziemią. Jak mawiają mędrcy, to nie wysokość a grunt zabija. Lord Żaber był zdania, że zabija strach i na szczęście, czy może nieszczęście, dostanie zawału przed uderzeniem w glebę. Zastanawiał się, czym zasłużył sobie na tak otwarty atak ze strony kawałka powiązanych patyków. Zrobiona byle jak miotła miała stać się jego toporem przeznaczenia przecinającym linię życia, a potem rozcinającym jego zwłoki i wypruwającym flaki na zewnątrz. Nie podobała mu się ta wizja, choć miała w sobie coś z malarstwa. Jak to się nazywało? A tak - ekspresjonizm.
Miotła, z Żaberem nadzianym za szelki od spodni zaczęła pikować w dół. Chciała dać nauczkę temu zjadaczowi konserw, ale już złość jej przeszła. Przy bliższym poznaniu ten cały Lord nie był takim złoczyńcą. Poza tym był całkiem miły w dotyku. I wcale nie obślizgły. Może mógłby zostać jej przyjacielem. Spojrzała jeszcze raz na niego. Pod pewnym kątem nawet przystojny. Jakby go ubrać w trawiastą spódniczkę może nawet zapałała by do niego uczuciem zgoła innym od nienawiści? Wszak ponoć to tylko jeden krok od jednego do drugiego... Pikując nie mogła dostrzec tego co działo się w innej części lasu.

***

Zła Wiedźma podrygiwała wesoło w swoim czerwonym kapelusiku, niosąc do babci koszyk z łakociami. Zaraz... - Eoren uderzyła się w czoło, dość dotkliwie, zważywszy na fakt, że użyła do tego lewej ręki, oszczędzanej tylko na spektakularne Faceplamy. - to nie było tak. Już wymazane.
-Cholera! Jasna cholera! Niech to Pioruny i Gradobicie spalą na wiór! Żeby jakiś gówniarz tak przechytrzył zawodową skrytobójczynię i uosobienie zła.
-Ehm... Starsza Asystentka ds. Kruchych Ciasteczek i Sałatek Wielowarzywnych. Skrytobójca to mój drugi zawód. Właściwie trzeci, jeśli liczyć ten miłosny... epizodzik z Lordem Żaberem. Ale to pijak i bulimik. Szkoda gadać. - do ostatniego wniosku doszła widząc zabijające samym spojrzeniem oczy Złej Wiedźmy.
-Musimy powstrzymać tego idiotę, zanim ktoś zmusi go do zagrania na tej lutni. Czasu coraz mniej do wypełnienia tej durnej przepowiedni. Ruszajmy!
-Gdzie?
-Do Wieży o Właściwościach Magiczno Penitencjarnych. Tam dzieje się coś Niepokojącego... Poczułam dziwne zawirowania mocy... Czar został złamany. Zło ma teraz wolną rękę.
-Czy przypadkiem to nie ty jesteś tą złą?
-Oj wiesz co mam na myśli. Idźmy już stąd. Myślę, że tu mogą być wilki.
-I co z tego?
-Jakoś nieswojo się czuję o nich myśląc... - Eoren zaśmiała się do monitora – Nie ma chwili do stracenia.

***

Migrencja wracała do gabinetu zdenerwowana. Loki miał się z nią spotkać dobrych kilka godzin temu. Mieli w końcu ustalić podział władzy po usunięciu Złej Wiedźmy z tego świata. Wygląda jednak, że ktoś wcześniej usunął tego narwańca z ziemi, albo śpi schlany z Walkiriami. Nawet rytuał przywoływania Tujo'chd, który wielokrotnie pomagał sprowadzić tego pijaka na ziemię, nie przynosił żadnych efektów. Czyli albo nie żyje, albo w Asgardzie, gdzie magia Matki Natury nie sięga.
-Trudno. Będę musiała sama sobie poradzić z tym wszystkim. - mówiła pod nosem, ruszając do biblioteczki. - Gdzieś to miałam. Ka... Kama... Kamasutra... Kultura Starożytnych Greków... Kolor Magii... Koniec Świata w Rewiach! Aha! Mam! Tylko gdzie jest czwarty tom? Co mnie obchodzi jakiś kurczak na sprężynę... A pamiętam. Pod stolikiem. Kiwał się. Jest! Tom Czwarty - Fin del mundo de la magia. Hiszpański? Cholera. Jeszcze słownik.
Po kilku minutach wyposażona odpowiednio ruszyła na spotkanie przeznaczenia w kierunku Wieży. Nagle zatrzymała się, zawróciła, wyłączyła żelazko i kontynuowała podróż.

***

Czarny Dym zaczął sobie zdawać sprawę ze swojego stanu. Spróbował poruszyć ręką, jednak ciężko jest poruszać czymś czego nie ma. Wspomnienie ręki dotykającej ukochaną przemknęło przez umysł. Umysł? Nie ma umysłu... Jest instynkt. Instynkt mówiący przetrwać. Nie pozwolić się rozmyć. Ciało. Naczynie. Ostatni moment. Szukaj. Naczynie. Nosiciel. Forma. MarJane ostatkiem sił wskrzesił uśpioną w sobie magię. Chciał wypowiedzieć zaklęcie ale nie miał jak. Namiastką zmysłów nerwowo otulał wszystkie przedmioty w wieży. Żywa istota. Jej potrzebował. Żywa forma. Zwierzę. Cokolwiek. Oso polar – wypowiedział w duszy Dym, na chwilę przed utratą świadomości i rozpłynięciem się w nicość. Energia rozbłysła tysiącami iskier wypełniając wieżę eterem najstarszej z pierwotnych magii. Skumulowała się w MarJane przenosząc świadomość w formę. Stał się... polarnym niedźwiedziem. Najdostojniejszym z królestwa zwierząt. Ach! Nareszcie! Wolny! Żywy! Nieposkromiony i najsilniejszy! Pora przyzwać Cię moja ukochana! Nadchodzę! Muszę tylko wykombinować jak otworzę drzwi mojej komnaty bez przeciwstawnych kciuków...
MarJane w formie Niedźwiedzia stanął na tylnych łapach i pacną drzwi łapą.
Poszło łatwiej niż myślałem. - Pomyślał przechodząc przez walające się z futryną i kawałkami ściany drzwi, a właściwie to co po nich zostało. - Nadciągam Lilith! Tylko dlaczego mam taką ochotę na foki?

***

Liście poruszyły się dookoła polany, choć wiatr nie wiał od dawna. Gdzieś daleko zakląskały kastaniety.
-Czy Lutnia jest już gotowa do gry? - Tańczący miał skłonność do pojawiania się w najmniej spodziewanym momencie. Odyna denerwowało, że jakoś nigdy nie potrafił zlokalizować jego śladu energetycznego. Podskoczył więc lekko, zerknął na zwijającego się w agonii chłopca u swoich stóp, następnie na dyndającego jak królik na mrozie Lokiego (który aktualnie uciął sobie drzemkę, lub knuł coś niegodziwego pod tymi kręconymi włoskami).
-Wszystko jest na jak najlepszej drodze. Musimy w końcu raz a dobrze pozbyć się tego świństwa sprowadzającego końce świata na tę ziemię. Chwili spokoju nie mam.
-Tak jak zaplanowaliśmy. Po sprowadzeniu Trzeciej na Ziemię Lutnia będzie należeć do ciebie amigo. A co z nią zrobisz to już twoja sprawa.
-Zaraz, zaraz. Przecież nie taka była umowa! Mieliśmy ją razem zniszczyć. Wiesz przecież co oznaczałoby dla nas sprowadzenie tej wiedźmy. Już ostatnim razem omal nie wywróciła tego świata do góry nogami.
-Już dawno powinna to zrobić! Każdy zasługuje na swoją magię! Każdy powinien ją mieć! A ja co?! Jedyne co mi pozostało to uroki rzucane na zwierzęta! Tańczące Tygrysy! Też mi coś! Kiedy ona była blisko każde moje marzenie stawało się faktem. Teraz pozostał mi tylko taniec. A tobie te durne pioruny. Nie pragniesz wszechmocy?!
-Co to za wszechmoc jeśli byle prostak może mieć taką samą jak ty! Kiedy nie możesz jej w pełni kontrolować?! Poza tym ona nie robi tego dla nas. Chce wzbudzić nasze potencjały, by je potem odebrać i zachować dla siebie! Nie rozumiesz tego!?
-Łgasz psi synu!
-Ty mi w rodowód nie zaglądaj bo skończysz tak jak Loki. Gdyby nie to, że masz ostatni kawałek to w ogóle bym z Tobą nie gadał! Odyn skoczył go gardła tańczącego, ten jednak wychylił się szybko, tak, że muskularne ciało Odyna, w niektórych miejscach przypominające alabaster, pogrążyło się całe w pelerynie Tańczącego, trzymanej jak płachta na byka.
-Toro! - zakrzyknął wesoło, pomimo sytuacji w jakiej się znalazł, przebudzony właśnie Loki. - Może na kolację będzie wołowina!

***

Zrozpaczony chłopak bił w cembrowinę zakrwawionymi rękami.
-Odezwij się! Studnio pomóż mi! Muszę uratować mojego brata! Muszę! Przenieś mnie do Miotły.
Studnia milczała. Cementowy dół z resztką wody na dnie. Bez magii.
Mael był załamany. Opadał sił. Ostatnia nadzieja na uratowanie brata, zanim się wykrwawi pod butem Odyna przepadła. Bo jak niby miał znaleźć inaczej tę przeklętą miotłę.
-To koniec! Wszystko przepadło! - Mael zrezygnowany przytulił się do klęczącej obok Maureen. Nic już nie da się zrobić...
Maureen nie powiedziała ani słowa. Objęła głowę chłopca i przytuliła do piersi. Łza spłynęła o jej policzku i spadła na cembrowinę. Woda na dnie rozbłysnęła srebrnym światłem. Mael jak w amoku powtarzał: Przenieś mnie do miotły! Pomóż mi uratować brata!
I wtedy życzenie się spełniło.

***

Miotła zatrzymała się tuż przed ziemią brzuch Lorda otarł się o trawę, a jego spodnie stały się cięższe niż jeszcze kilka minut temu. Miotła delikatnie opuściła go na ziemię. Przeleciała (jeśli wiesz co mam na myśli) nad nim kilka razy. Za każdym razem coraz niżej aż opadła na opiekuńcze ramię Lorda Żabera. Od kiedy Żaber przeżył atak rozwścieczonej pomocy wzorowej gospodyni domowej jakoś przyjemnie mu się zrobiło, gdy jej drewniane, może i chude, ale jednak ciałko, schroniło się w jego objęciach. Nagła iskra namiętności przeskoczyła między nimi. Lord Żaber słynący z francuskich pocałunków, nie miał w tym wypadku dużego pola do popisu, więc zabrał się zaraz do rzeczy. Szybko pozbył się spodni by nie krępować niczym natury a następnie rozpiął pasek nie wiadomo dlaczego opinający smukłe ciałko Miotły i wyrzucił go w krzaki.
-Czy jesteś gotowa maleńka wzlecieć ze mną – tu Lord ugryzł się w język boleśnie – ruszyć w wycieczkę na pola elizejskie naszej wspólnej przyszłości?
Miotła nie odparła nic jednak małe sęki na jej ciele zaczęły sterczeć i zachęcać Żabera do pójścia na całość.
-Zostawmy ich samych i wracajmy do twojego brata – powiedziała Maureen zabierając rzucony niedbale pasek.
-Śpieszmy się – dodał Mael pociągając nosem i przełykając łzy.

***

-Coś tu podejrzanie za spokojnie jak na koniec świata. - Vendetta była zawiedziona obserwując okolicę przez swoją lunetę. - tylko Odyn i ten torreador się trochę szarpią. Baleron z kręconymi włosami wisi spokojnie, a zmasakrowany dzieciak dogorywa jako dodatek artystyczny.
-To Mael?
-Nie. Jakiś inny. Kiepsko z nim. Wygląda jak pieczeń rzymska przed włożeniem do pieca.
-Nie obchodzi mnie to. A lutnia? Złożyli ją już?
-Póki co czysto. Zaraz! Nie uwierzysz mi co widzę.
-Oby nie wilki.
-Gorzej! Biały niedźwiedź! Biegnie prosto na Odyna i tego drugiego. Nie rozumiem tego.
-Poczekaj chwilę tylko.
Piorun rozdarł niebo i boleśnie zakończył odważną szarżę MarJane. Zszokowane zwierzę zaskomlało boleśnie. Zrobiło jeszcze dwa kroki i padło jak nieżywe. Z drugiej strony polany kolejna iskra magii przecięła powietrze.
-Haliate! - Matka Natura rzuciła zaklęcie na Odyna. -Ty stary durniu! Co do cholery zrobiłeś Lokiemu?! I co to za baran którego obijasz?!
-Po pierwsze co to za durne zaklęcie opuszczające spodnie do kolan??! Nie stać cię na nic lepszego? A po drugie ten kręcony dupek dostał to na co zasłużył.
-W kaczuszki? - Loki zachodził się ze śmiechu – Nosisz bokserki w kaczuszki?!
-Co wy tu wyprawiacie? Gdzie jest Lutnia? I co do cholery robi tu ten Kolargol?
-Wyjaśniamy sobie nasze stosunki odnośnie końca świata, Lutnia się kompletuje, a Misiek wyleciał z tej wierzy. Nie mam pojęcia jak się tam znalazł.
-Z wieży? Czy ty wiesz co zrobiłeś? Zabiłeś MarJane!
-Tego świra co kochał się swego czasu w Lilith?
-Tego świra który jako jedyny zna ostateczne zaklęcie przywołania
-Nie umarł. Ma za grube cielsko, żeby coś mu zrobił jeden piorun. Pewnie tylko zemdlał. Zaraz! Ty chcesz też przyzywać tą sukę?
-Uważaj na słowa bożku! Mówisz o mojej siostrze!
-Nie! Mówię o ździrze która ma sprowadzić koniec świata. Nie pozwolę na to!
-To się jeszcze zobaczy. Haliate!
-Hehe. Niewyrośnięty jak na boga - zauważył Loki zerkając ponad znajdujące się teraz w okolicach kolan bokserki.

***

-Czemu one się nie łączą? - Mael próbował dopasować kawałki lutni do siebie. -Coś jest nie tak.
-Nie myśl o tym. My wykonaliśmy swoją część zadania. Teraz już tylko musimy wrócić do tej wieży.
-Nadal myślę, że coś tu jest nie tak. Brakuje co najmniej dwóch części by była kompletna. - rozmyślał chłopak przedzierając się przez las.
-Zaraz będziemy na miejscu i wszystko się wyjaśni.
-Tak wszystko się... - Mael upadł. Z jego pleców sterczał nóż, a
-...wyjaśni. - Maureen wyjęła z jego pleców swój nóż, schowała go do pochwy (co za niefortunne słowo) przywiązanej do kostki i pozbierała części Lutni. -Przykro mi mały. Tak musiało być.
Chwila koncentracji wewnętrznej energii i Maureen zniknęła w błysku światła.

***

Są takie chwile, gdy wszystko się wyjaśnia, są takie gdy wszystko się kończy i są takie gdy wszystko się zaczyna. Teraz wszystko działo się jednocześnie.
-Mistrzu. Zebrałam wszystkie części. - Klęcząca przed Tańczącym Maureen schyliła głowę w geście poddania.
-Dobrze Lutnio. Czyń swoją powinność. - Tańczący, bacznie obserwowany przez Matkę Naturę złożył ostatnią strunę na ręce Maureen. Dziewczynę okryła magiczna powłoka. Światło rozświetliło jej całe ciało. Kawałki lutni zaczęły krążyć dookoła. Coraz szybciej i szybciej by w wybuchu energii zakończyć swe istnienie jako oddzielne części i zjednoczyć się wraz z ostatnią ukrytą w ciele Maureen – pudłem rezonansowym. Iskrzące wyładowania energii pokrywały powstały instrument. Zebrani rozejrzeli się dookoła.
-Masz może popcorn? - Loki zagadał do Odyna, nie zważając na pętające obu panów więzy. Odyn nie odparł ani słowa, mrugnął tylko okiem a piorun zelektryzował i porozkręcał wszystkie loki na głowie blondyna.
-A niby jak zamierzacie na niej zagrać nie mając Ostatniego Barda? Ha?! - Odyn nigdy nie tracił animuszu nawet wisząc związany z bokserkami na wysokości kolan.
-Właśnie... - Matka Natura zastanowiła się zerkając na osamotnioną lutnię leżącą na trawie.
-Nie potrzebujemy Wybrańca – Tańczący był pewien swoich słów – w chwili kiedy cześć lutni połączyła się z ciałem mojej kapłanki, stała się samoistnym bytem. Z wolą i zdolnościami gry. Wystarczy tylko inkantacja. Wystarczy by MarJane dotknął jej przywołując Lilith. A właśnie. Jak on się czuje?
-Już lepiej – Powiedziała gładząc po łbie niedźwiedzia. - Myślę, że jest już gotów.
-Od sześćdziesięciu lat. Dawajcie mi tę fokę... znaczy lutnię.
Ziemia rozstąpiła się kiedy MarJane dotknął Lutni. Piękny dźwięk szarpanych strun zabrzmiał w całej okolicy. W oczach niedźwiedzia wytrwały obserwator dostrzegłby łzy wzruszenia, gdy jego wewnętrzny głos szeptał Llegar Lilith!

***

Lord Żaber siedział wygodnie wsparty na miotle. Wiatr rozwiewał nieliczne włosy na jego klacie.
-Ech gdybym tylko miał papieros, żeby zapalić po tak szalonej miłości. - ledwo zdążył wypowiedzieć te słowa a w jego palcach zapalone Mallboro kusiło swoim kształtem. -Niesamowite. A może martini do tego? - Kolejna używka (dzieci nie próbujcie tego w domu) pojawiła się w jego ręce.
-Lądujmy kochana. To coś niesamowitego. Mam magiczne zdolności. Czegokolwiek sobie zażyczę staje się prawdą. Żaber zastanowił się przez chwilę, zerknął ukradkiem na sęki Miotły. Większe. Czyli to jednak prawda....
Po wylądowaniu otoczył ich dom z basenem, huśtawka podwieszana w sypialni i stadnina koni.
-Teraz będziemy wiedli życie jak w bajcie.
Spokój ich popołudniowej sjesty zakłócił charczący dźwięk umierającej istoty. Lord zaczął biec, jednak znaczące szturchnięcie miotły zmusiło go do zawrócenia i zamiast w przeciwnym ruszył w kierunku skąd nadchodziło charczenie.
-A jeśli to jest umierający krokodyl? Ponoć potrafią być niezwykle niebezpieczne. Żaber chciał popisać się wiedzą przekazaną mu przez Krystynę Czubównę. Widok jaki ujrzał zamiast przerazić go wzbudził w nim współczucie. Nie było jednak na nie czasu. Plama krwi na koszuli chłopca powiększała się z każdym, coraz rzadszym uderzeniem serca.
-Medyka. Musimy wezwać medyka! Miotła jednak ewidentnie dała mu do zrozumienia, że również na medyka nie mają na to czasu. Przysunęła swoim ciałkiem (rzeczywiście większe te sęki) rękę Żabera do rany chłopca. Ten w jednej chwili zrozumiał wszystko. Wypowiedział życzenie:
-Niech chłopiec będzie zdrów! Błękitna otoczka energii przepłynęła między jego palcami.
Przymknięte, zapłakane oczy chłopca otworzyły się.

***

Lilith pochyliła się i pogłaskała za uchem MarJane.
-Dziękuję Ci mój Ukochany. Teraz już możemy być razem na wieki. Pocałowała go w niedźwiedzie usta. I jak to zwykło bywać w najlepiej kończących się bajkach otoczyły ich drobiny magicznego kurzu, a po ich opadnięciu MarJane i Lilith trwali w pocałunku w swoich ludzkich postaciach.
-Wiedziałem, że uda mi się Ciebie odzyskać kochanie. Czekałem tak długo.
-Wiem – Lilith zamknęła jego usta pocałunkiem i jeszcze mocniej wtuliła się w jego ramiona.
-Ekhm... Czy mogę na chwilę przerwać moja Pani? - Tańczący chciał przyciągnąć uwagę Lilith, jednak kula ognia uderzająca wprost jego twarz i przerzucająca jego drgające w agonii ciało z dala od biegu wydarzeń.
-Ej to nie tak miało być. Miałaś nas obdarować niepokonaną mocą, a nie niszczyć tych którzy włożyli tak wiele wysiłku w przywołanie ciebie. Ci to ma być? Nie na taką umowę się pisałam. - Matka Natura nie potrafiła wyrazić swojego oburzenia. -Ty Ździro.
Kula energii adresowana do Lilith utworzyła się w rękach Migrencji i pomknęła wprost w Lilith.
-Tak w ogóle to witaj z powrotem siostrzyczko.
Trzecia jednak nawet nie zrobiła uniku. Energia została pochłonięta w jej ciele.
-Łaskocze. - Lilith wzrokiem przerzuciła Matkę naturę przez całą polanę i uderzyła nią o ścianę. Dzierżona przez Matkę Naturę księga upadła w krzaki, i gdyby nie konieczność zachowania powagi na pewno uderzyłaby Złą Wiedźmę w głowę. Z racji podniosłości chwili uderzyła jednak w lunetę Vydry Vendetty, sprawiając, że śliwa pod okiem każe myśleć naukowcom, o odkryciu nieznanej wcześniej krzyżówki wydry z pandą. Zła wiedźma chwyciła ja w lot i przeczytała tytuł. Od razu przeszła do 13 rozdziału mówiącego o pieczętowaniu demonów w magicznych Wieżach.
-Dobrze, że swego czasu brałam korepetycje z Hiszpańskiego.
Rytuał był dość skomplikowany a dla obserwatora mógłby się nawet wydać niedorzeczny.
-Osłaniaj mnie – Zła Wiedźma rzuciła do Vydry proste polecenie.
Marianna rozglądnęła się niepewnie. Z jednej strony polubiła Zła wiedźmę, na tyle na ile jest możliwe jej polubienie, a z drugiej czuła się w obowiązku wobec Matki Natury, jej pracodawczyni.
Postanowiła jednak bronić Złej Wiedźmy póki starczy jej sił.
Wokół Lilith i MarJane smugi energii rozpraszały się coraz szerzej. Sięgały do każdej magicznej istoty wysysając z niej całość magii. Smugami przesuwała się ona wprost do dłoni Lilith.
Magiczne więzy pętające Lokiego i Odyna nagle rozluźniły się i panowie jak dłudzy zlecieli na ziemię.
-TY ŹDZIRO! - Zakrzyknął Odyn i sięgnął po piorun. Niestety żadnym ze znanych mu miejsc nie udało się znaleźć nawet najmniejszej iskierki których używał do podpalania fajki.
-Nie masz czego szukać – Loki szybko zorientował się w sytuacji – ta wiedźma przejęła całą naszą energię. Mieliśmy być niepokonani, a okazuje się, ze to tylko ona będzie mieć jakąkolwiek siłę na tej ziemi.
-Więc musimy załatwić to po staremu.
Smuga wysysająca energię ruszyła także w kierunku Złej Wiedźmy. Ta stojac na jednej nodze i szepcząc inkantację zapieczętowania demonów nie miała szans by się przed nimi obronić. Vendetta widząc całą sytuację podbiegła zasłaniając Wiedźmę własnym ciałem. Jednak za tą Smugą nadchodziły kolejne. Marianna po kolei przyjmowała je na swoje ciało. Kiedy już cała magia została z niej wyssana Smugi zaczynały wysysać z niej energię życiową. Włoski na ciele Vendetty zaczynały robić się coraz bardziej szare w niektórych miejscach przechodząc w biel.
-Uratuj ten świat – Vendetta rzuciła w stronę Złej Wiedźmy – I dodawaj do Żmijówki odrobię piołunu. Będzie lepiej smakować. Vydra upadła na kolana. Smugi rozbłysły jeszcze raz a potem zniknęły, akurat w chwili kiedy dusza Marianny wzlatywała do nieba Wiedźma skończyła inkantację i rzuciła zaklęcie na magiczną wieżę.
-Teraz wszystko od was zależy chłopaki! - krzyknęła w stronę Lokiego i Odyna. Dajcie popalić tej ździrze!
Smugi wbiły się w ciało Wiedźmy wysysając całą magię.
Loki ruszył pierwszy przejmując na siebie uderzenie wściekłej Lilith. W tym czasie Odyn skokiem i kilkoma przewrotami znalazł się przy gardle Trzeciej. Schwycił ją mocarnymi ramionami, które nawet bez magii bogów rzuciły Lilith tuż przed wejście do Wieży o Właściwościach Magiczo-Penitencjarnych, która dzięki zaklęciu Złej wiedźmy znów spełniała powiązaną z nazwą rolę.
Odyn rzucił się do kolejnego ataku ale fala uderzeniowa wysłana prze MarJane, który przybiegł chronić ukochaną odepchnęła pozbawionych magii bogów na skraj polany.
-To już koniec psie syny! Magia to przeszłość. Teraz liczyć się będę tylko ja! Tylko ja posiądę pierwotne siły! Tylko ja! - Lilith coraz mocniej dawała się ponieść roznoszącym ją emocjom.
-Nie dopóki ja żyję! - z impetem z góry Mael skoczył na stojącą tuż przed drzwiami Wieży parę. -Za mojego brata i całe zło które wyrządziliście! Gińcie!
Mael pomimo małych rozmiarów spadając z Miotły nabrał pędu który pozwolił mu na wepchnięcie demonicznej pary do Wieży. Po zniknięciu pary w ciemności wejście zostało zapieczętowane. Ze środka dał słyszeć się krzyk gniewu demonów. Energia nagromadzona w Lilith wydostała się na zewnątrz powracając do żywych istot. Dookoła wieży. Przynajmniej do tych które istniały. Zła Wiedźma spojrzała na leżące na trawie sztylety Vendetty.
Mael, kiedy tylko upewnił się, że drzwi są zapieczętowane ruszył do brata, który zapomniany przez wszystkich dogorywał.
-Marco! Bracie! Jak się czujesz? Marco otworzył oczy i uśmiechnął się do brata. Nie miał sił nic powiedzieć. Sięgnął tylko za pazuchę wyjął Dziennik Dziadziusia i wcisnął go w rękę chłopca.
-Marco! Nie! Nie możesz umrzeć! Nie! Błagam! Pomóżcie mu. Zebrani dookoła spuścili głowy. Śmierci nikt nie potrafił pokonać. Żaber próbował wykrzesać z siebie choć trochę magii, ale zniknęła ona tak samo szybko jak się pojawiła. Widać było to jedynie zawirowanie w równowadze magicznej związane z pojawieniem się Lilith. Teraz mógł jedynie objąć ja ramieniem i oprzeć o nią głowę.
-Nieeeeeeeeee! - krzyk Maela był jedynym dźwiękiem przeszywającym okolicę. Chłopiec objął brata i wtulił się w niego. Płacz to jedyne co mu pozostało. Chociaż nie. Miał jeszcze jedno. Zemstę! Z wściekłością chwycił za jeden ze sztyletów Vendetty i ruszył z nim na Odyna. Odyn widząc rozpacz chłopca nawet nie próbował się bronić. Pozwolił mu samemu zrozumieć, że wraz z zamknięciem Lilith, Odyn odzyskał boską moc i żadne ostrze nie jest w stanie nic mu zrobić.
-Dlaczego musiałeś go zabić?! W imię czego?! - sztylet wypadł z rąk chłopca, on jednak nadal bił w pierś Odyna, aż całkiem opadł z sił.
-To była ofiara której żądała przepowiednia. Tak musiało być.
Mael wymierzył mu najsilniejszy cios na jaki było go stać w tamtym momencie, Odyn i Loki zdążyli jednak się ulotnić, pozostawiając pogrążonego w żalu i żałobie chłopca.

***

-I to ma być wszystko ziom? A gdzie happyending? Gdzie żyli długo i szczęśliwie paląc to na co mieli ochotę?
-Twój prapradziadek żył. Jeszcze długie lata. Cały czas szukając metody zemsty na Odynie.
-Udało mu się?
-Nie. Nie miał wystarczającej siły by pokonać boga. Ale ty możesz mieć – Tańczący sięgnął pod płaszcz i wyjął spod niego pasek.
-Nie może być stary. To ta cała Lutnia joł?
-Jej część Tony. - Tańczący odparł ze stoickim spokojem w głosie. - Czy nie miałbyś ochoty na przygodę? I małą zemstę na bogach?
-A nie dasz mi do wyboru dwóch tabletek jak w Matrixie?
-Nie. Bo znając Twoje skłonności połknąłbyś obie i popił piwem.
-No dobra stary. Hehehe. Piszę się na to. Tylko te krawężniki muszą przestać falować.

v I jak?
Albo w pasiece do ula się spowiadał
A pszczoły miód na serce mu lały...
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 1423
Lokalizacja: Rzeszów/ Zawadka
Reputacja: 2854

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez 4jola » 4 sty 2012, o 00:29

O matuchno przenajświętrzo...zatkało mnie. Jak Ty to robisz Chłopaku?

Znaczy się,bierzemy się za Ciąg Dalszy?

Damy radę?
"My , z matką twoją , rasizmowi mówimy twarde i zdecydowane: raczej nie !"

Growing old is inevitable,growing up is optional.
Avatar użytkownika
4jola
Pani Palm
 
Posty: 1537
Reputacja: 561

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Marek_Sobczak » 4 sty 2012, o 07:43

^Mnie pytasz? a kto tu reżyserzy?:)
>Sądzę, że Tony nada się na Bohatera Rewii 5.
v nie sądzisz ziom? hehehe
Albo w pasiece do ula się spowiadał
A pszczoły miód na serce mu lały...
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 1423
Lokalizacja: Rzeszów/ Zawadka
Reputacja: 2854

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Melissa » 4 sty 2012, o 12:26

^ ja sądzę, że jak najbardziej. I też mnie zatkało. Zaskoczenie rzecz jasna pozytywne :D

> No ładnie - tylko się pojawiłam i od razu poległam na polu chwały. ;) Tak to chyba musi być z małymi zwierzątkami.

Mam pomysł na pierwszy odcinek Rewii 5! Może to jeszcze nie napływ weny - aż tak szumnie bym tego nie nazwała, ale mam nadzieję dotrzymać kroku reszcie twórców.

v Dacie mi czas do niedzieli, bo mam oprócz tego masę rzeczy do zrobienia?
"Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą."
A. Einstein
Melissa
Mag I stopnia
 
Posty: 136
Reputacja: 219

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Marek_Sobczak » 4 sty 2012, o 16:06

^Ja daję, ale ja tu tylko sprzątam :)
>Musisz spytać PR albo ZPR:)
v Rewia 5 Fajnie brzmi :) Co nie?
Albo w pasiece do ula się spowiadał
A pszczoły miód na serce mu lały...
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 1423
Lokalizacja: Rzeszów/ Zawadka
Reputacja: 2854

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Melissa » 8 sty 2012, o 19:24

^ Brzmi fajnie. :D Dlatego niniejszym:
> R E W I A 5

W pewnej niewielkiej restauracyjce młoda kobieta spoglądała nostalgicznie przez okno, rozmyślając nad swym ciężkim losem. Zapytacie, jakie problemy może mieć Prześliczna Wiolonczelistka z talentem, świetną posadą i gronem oddanych wielbicieli? Pomijając trudy zmagań twórczych i kwestię fanów raczej rozrzutnych niż rozsądnych (wierzcie, że cztery kosze lilii też mogą być problemem, gdy ma się na nie alergię), będzie to przede wszystkim nieznośnie pragmatyczny dyrektor opery i nieco bardziej niż odrobinę pulchna, protegowana przez niego śpiewaczka. W obecności Diwy Deotymy pękały nie tylko kryształowe kieliszki. Zanotowano także trzy pęknięcia gumki od spódnicy, pękanie z zazdrości pięciu skrzypaczek na widok nowego naszyjnika artystki i jeden drobny incydent z ekranem telefonu dotykowego zrzuconego z dziewiątego piętra. Wszystkie te zajścia odnotował kronikarz z zamiłowania, matematyk z wykształcenia, hydraulik z zawodu, a uwodziciel z przyzwyczajenia. Znalazł się on na miejscu zdarzeń jako efekt nerwowych poszukiwań kogoś, kto mógłby w trybie pilnym i za niewielką odpłatnością zastąpić dyrygenta, który złamał obie ręce, jeżdżąc na nartach. Prześliczna Wiolonczelistka westchnęła. Zatrudnienie pana Miecia było kolejnym przejawem postępowej myśli dyrektora wychodzącego z założenia, że skoro bez dyrygenta orkiestra gra niewiele gorzej niż zwykle i tylko niewiele lepiej, niż bez nut, teraz wystarczy tylko znaleźć człowieka dobrze prezentującego się z batutą w ręku.
Jak sprzeciwić się takiej władzy? Zwłaszcza, gdy szansa, że pozostali muzycy zechcą współpracować w tej sprawie jest mniej więcej jak ta, że grupa lemingów zamiast rzucać się z urwiska, wybuduje nad nim most przęsłowy. Przydaliby się jacyś poplecznicy. Na początek ktoś niezbyt rozgarnięty, żeby można było nim łatwo manipulować. Ktoś, kto jej zawdzięczałby posadę. Przypomniała sobie pomysł dyrektora, żeby wprowadzić jakieś nietypowe instrumenty dla przyciągnięcia publiczności. Może podsunąć mu, powiedzmy – młodego, niedoświadczonego lutnistę… Ten pomysł wymaga przemyślenia.
W tym momencie do jej stolika podszedł kelner.
- Czy mogę już przyjąć zamówienie? Na co dziś się pani zdecydowała?
- Przecież wiesz drogi Klemensie – rzekła z czarującym uśmiechem, – że ze wszystkich łakoci najbardziej lubię boczek.

V Czy czarodziejska lutnia ma szansę trafić do orkiestry? Czy Tony po (chwilowym) opanowaniu problemu falujących chodników będzie wciąż pamiętał, jaką władzę może dać mu otrzymany instrument? Czy pan Miecio trzyma jakiegoś asa w rękawie? I czy boczek jest lepszy z chrzanem, czy musztardą?

DEMONY WIEDZĄ. BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ.

*Jeżeli wam się podoba, to proszę o rozwijanie, ale zostawienie jeszcze na moment postaci Lokiego. Bo popisałabym jeszcze o nim, ale znowu brak czasu.
"Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą."
A. Einstein
Melissa
Mag I stopnia
 
Posty: 136
Reputacja: 219

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Marek_Sobczak » 8 sty 2012, o 23:23

^Ukłony dla autorki! :clap: TO jest to co lubię. Jak ktoś dotrzymuje terminów i zaczyna fajną historię. Jako, że mi się podoba, no to zaczynajmy przygodę z Rewią V - Polowanie Na Boga - tytuł roboczy :P Tak się ucieszyłem Vydro ty moja kochana, że aż mnie natchnęło do napisania odcinka. A co będę gorszy :)?
No to lecimy z tą historią.
>Klemens czuł zawsze jakieś dziwne mrowienie w okolicy paska od spodni, kiedy podchodził do stolika Prześlicznej Wiolonczelistki. Musiał wkładać mnóstwo wysiłku by zachować pewność głosu i tłumić chroniczną czkawkę, która dla kelnera nie jest najbardziej pożądanym schorzeniem. Szczególnie w kontaktach z klientami. A już szczególnie jeśli to równanie zawiera płonące lody i ciasne buty od służbowego uniformu. Twarz Klemensa zarumieniła się jak pupa nieletniego po powrocie rodziców z wywiadówki. Zadał odruchowe pytanie wyuczone na szkoleniach i wpatrywał się w błękitne oczy Wiolonczelistki, która nie bez powodu jest nazywana... tak jak jest. Miała tą niezwykłą umiejętność, że każdy mężczyzna (jak i niektóre z kobiet) zapatrywał się w nią, przygryzał dolną wargę i obserwował z napięciem każdy ruch. Jakoś szczególnie mocno wpatrywali się w chwili gdy brała głębokie wdechy a potem niesamowicie długo, sycząc na infradźwiękach, wypuszczała powietrze. Bo otwarcie należy powiedzieć, że Prześliczna Wiolonczelistka miała na czym oprzeć instrument. Nawet dwa. Klemens znał na pamięć każdy możliwy ze scenariuszy odpowiedzi jego obecnej klientki. Zanotował sobie tylko szybko „boczek z chrzanem” w kajeciku i nie odwracając głowy, tyłem, by jak najdłużej cieszyć się bliskością obiektu westchnień, ruszył w kierunku kuchni. Jak wiadomo podróże w ten sposób prawie nigdy nie kończą się sukcesem, jeśli nie jesteś skorupiakiem z 5 parami odnóży. Nie inaczej było w tym wypadku. Na szczęście klient którego potrącił był na tyle szybki, że zarzucił płaszczem jak płachta na byka, rzucił krótkie Torro!, uśmiechnął się do wspomnień tak odległych, że podobnych do baśni i ruszył prosto do stolika Prześlicznej Wiolonczelistki. Już na powitanie odgarnął jej zuchwały kosmyk włosów z oczu za ucho, wzbudzając tym zazdrość w Klemensie.
Ktoś tu dostanie zupę z wkładką – przebiegło Klemensowi przez głowę, gdy znikał za drzwiami kuchni.

***

Zła wiedźma nienawidziła pracy w supermarkecie. Osiem godzin użerania się z brakiem grosika do wydania reszty czy n-tym brakiem kodu kreskowego przyrządu do masażu intymnego dla sfrustrowanych lub samotnych (choć tu trochę radości sprawiało wywoływanie przez sklepowy radiowęzeł kierownika do kolejnego przypadku bezkodowego wibratora). Zwykle taki zabieg skutecznie skłaniał się do rozmyślenia się z zakupu owego przyrządu. Nie dziw, że całe stanowisko pracy przy kasie obłożone było pozostałościami po mniej wytrzymałych klientach.
-Pani.. – Kierownik spojrzał na plakietkę: „Zła Wiedźma. W czym mogę pomóc.” a niżej na dopisek „Uczę się – Proszę o wyrozumiałość” - Zła Wiedźmo. Czy Pani nie lubi swojej pracy?
-Zdecydowanie tak. Choć w sumie ja jestem kobieta pracująca – żadnej pracy się nie boję, ale każdej nienawidzę. Robię to tylko po to, by móc opłacić prawnika, który ma mnie wybronić ze sprawy karnej, wytoczonej za to w jaki sposób zrezygnowałam z ostatniej pracy.
Kierownik wyraźnie został zbity z tropu i nie wspomniał ani słowem, choć już pchało mu to się poza punkt bez powrotu, wyznaczony przez struny głosowe, jak bardzo nie podoba mu się zachowanie nóg Złej Wiedźmy, przyodzianych w ciężkie glany, ułożonych wygodnie na przycisku od wysuwania szufladki z dorobkiem Sklepu Nie Dla Idiotów. Zamiast tego wyartykułował istotniejsze w obecnej chwili pytanie:
-A w jakiż to sposób Pani zrezygnowała z pracy?
Przełknął ślinę, w pauzie, która nastała po postawieniu kropki pod znakiem zapytania. Zła Wiedźma wyciągnęła zza pazuchy piersiówkę ze Żmijówką. Pociągnęła łyk na uspokojenie, który ukazał jej jeden z najsmutniejszych obrazków jakie oglądała przez całe życie – puste dno piersióweczki.
Wyciągnęła więc zapalniczkę i zaczęła się nią bawić.
-Definitywnie – odparła w końcu, co skłoniło Kierownika do zaproponowania jej podwyżki i tygodnia pełnopłatnego urlopu macierzyńskiego. Kiedy kierownik schronił się do kanciapy i wezwał Panią Basię z Działu Odzieżowego ze męskimi bokserkami rozmiar 46, Zła Wiedźma z urokiem zakrzyknęła:
-Następny!
Po taśmie przejechało 13 butelek Jasia Wędrowniczka, pół kilo tytoniu Wesoły Żeglarz, ciemne okulary i słój na pioruny z unijnym atestem. Po chwili przejechał jeszcze pakiet 12 prezerwatyw.
-Jesteś optymistą stary druhu.
-Być może. Choć data przydatności do użycia to 4 lata. - odparł Odyn dokładając na taśmę jeszcze puszkę sardynek.
-Co Cię sprowadza w te strony staruszku?
-W Księdze Umarłych zapisano moje Imię. Mam zginąć za niecały miesiąc.
-Jesteś nieśmiertelny, to raczej nie jest powód do obaw.
-Nie do końca. Przy tym zamieszaniu z Lilith – Zła wiedźma splunęła siarczyście na jeden z wibratorów, a ten Bzzzzyknął ostatkiem sił zasilającej go baterii – kawałek Lutni utkwił mi w... - tu ściszył głos do szeptu - pośladku.
-Czyli Ahilles miał piętę, a ty...
-Tak właśnie. Nie sądziłem, że ktokolwiek o tym wie. A teraz ten zapis w Księdze Umarłych. Pomożesz?
-To zależy.
-Od czego?
-Czy ma Pan kartę stałego klienta? – uśmiech przebiegł przez twarz Złej Wiedźmy, a przez jej krew przepłynął wybuch endorfin, budzący do życia gen przygody.

***

Pan Miecio lubił swoją pracę. Od kiedy przestał już być gwiazdą na plakatach reklamujących użyteczność wschodnich hydraulików na zachodnim froncie sanitariatów, postanowił, że fucha na plakatach reklamujących występy filharmonii też nie jest taka zła. Szczególnie, że batuta jest o Niebo lżejsza od klucza francuskiego. Poza tym dyrygując nie trzeba wciskać ręki do odpływów nie będąc pewnym czy uda się ją stamtąd wyciągnąć. I to po co? Po obrączkę („Koniecznie musi Pan ja odnaleźć przed powrotem żony”) czy po blokady odpływu, będące pozostałością po bujnych niegdyś czuprynach rockowych gitarzystów. Jedyne co było gorsze od poprzedniej pracy to straszny huk, od którego bolały go uszy. A najgorzej huczała ta Diwa Deotyma. Nic tylko krzyczała i krzyczała. W pracy – wrzaski i krzyki. Za to kiedy spotykali się prywatnie (Mieciu miał wąsy – żadna kobieta nie potrafiła mu się oprzeć) to... niestety sytuacja wyglądała tak samo. Tyle, że jakoś wtedy mu te krzyki nie przeszkadzały. Znał różne kobiety. Miał rożne kobiety. Mało co potrafiło zdziwić Miecia. Nawet to, że Diwa Deotyma po wszystkim, kiedy wypaliła już papierosa i zasnęła, przez sen opowiadała niestworzone historie. Że niby jakiś Odyn ją oszukał, własna siostra zdradziła wielokrotnie a jakiś przedszkolak był za głupi by wypełnić swoje przeznaczenie, mimo że specjalnie dla niego wcieliła się w nauczycielkę. Miecia nic nie dziwiło. Grunt, że była dobra w łóżku, choć zajmowała sporo miejsca.

***

Tony obudził się w pozycji embrionalnej. Gdyby oczywiście chodziło o embrion, który potknął się o pępowinę, przeskoczył przez barierkę i wylądował na puchowej poduszce, wprost na pulchną różową buźkę, z szeroko rozłożonymi nogami, spętanymi zbyt dużą pieluchą.
-Hehehe! Ziom ale się zjarałem. Miałem fazę, że mam zabić jakiegoś boga za pomocą jakiejś przedwojennej gitarry, joł! Czaisz? Nawet dostałem do niej pasek – sięgnął do kieszeni, gdzie oprócz kilku różowych tabletek znalazł pasek od lutni i krótką notatkę napisaną po hiszpańsku:
Nos vemos a las 7 de la cafetería del Centro.
Tony przeczytał wiadomoć kilka razy, potem znalazł strzałkę sugerujacą jej odwrócenie. Na drugej stronie ktoś zapisał:
Jakoś wątpię żebyś znał mój język...
- Święte słowa ziom!
Więc przetłumaczę: Spotkajmy się w kawiarni Centrum o 7.
-Hehehehehe. Mam randkę z przeznaczeniem, a jak taki nieuczesany.
Opuścił spodnie do kolan, otrzepał z liści bluzę, zaciągnął kaptur i ruszył na spotkanie przygody zręcznie omijając grające w berka drzewa.
V
Czy magiczna lutnia trafi do orkiestry?
Jaki Plan ma Tańczący?
Kto rozdaje karty - on czy Prześliczna Wiolonczelistka?
Czy Odyn przeżyje?
Czy doczekamy się owocu związku Diwy Deotymy i Miecia?
Jaki udział w historii ma Tony?

DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!
Albo w pasiece do ula się spowiadał
A pszczoły miód na serce mu lały...
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 1423
Lokalizacja: Rzeszów/ Zawadka
Reputacja: 2854

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez ratharienn » 9 sty 2012, o 13:08

*Wcinam się przebrzydle w ogóle nie ukrywając, że nie przeczytałam ni słowa (pisemnie: NI SŁOWA). Dlaczego, kiedy jestem, mam czas i wzywam równie przebrzydłą Eoren**, to ona nie przychodzi, ale kiedy tylko zabiorą mi Sieć, raptem Wszyscy (nie tylko Eoren), zaczynają podle drukować, żebym potem się z tego wygrzebać nie mogła?
Wiecie, co? Wstydźcie się.


**Przebrzydłość jest wprost proporcjonalna do nieodpowiadania na me czy innych tu obecnych, wezwania.;)
***Chcę być Maureen, jeśli jeszcze jest wolna i jeśli w tej części nie wystąpiła Akrobatyczka, czego pewna nie jestem...
"And you? What's your story, bastard?"
"Ask me nicely and maybe I'll tell you."
Avatar użytkownika
ratharienn żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1300
Lokalizacja: Jelenia Góra/Wrocław (Mroki)
Reputacja: 917

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Marek_Sobczak » 11 sty 2012, o 01:06

^wstydzę się ale tylko trochę.
>Na przyszłość proszę zgłaszać problemy z Internetem do dostawcy:). Jest szansa, że jak po drucie tepsowym to będę w stanie coś poradzić :)
A ze spraw ważnych to wracaj szybko do Rewii bo już rusza powoli piąta. Warto chyba być a bieżąco skoro dobry bóg Internetu pobłogosławił Twojemu łączu
v Uwagi? Wnioski? Odcinek?:)
Albo w pasiece do ula się spowiadał
A pszczoły miód na serce mu lały...
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 1423
Lokalizacja: Rzeszów/ Zawadka
Reputacja: 2854

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez ratharienn » 14 sty 2012, o 17:18

^ Przeczytałam wreszcie wszystko - stanowczo wolę to, niż męczenie pracy kontrolnej - i jestem zachwycona! Uwielbiam, równie stanowczo co wyżej uwielbiam te wszystkie historie.
> Melisso, bardzo się cieszę, że do nas dołączyłaś, zgodnie z prośbą nie ruszymy postaci Lokiego, dopóki sama o nim nie napiszesz.

*
Marek_Sobczak napisał(a):Na przyszłość proszę zgłaszać problemy z Internetem do dostawcy:). Jest szansa, że jak po drucie tepsowym to będę w stanie coś poradzić

Naszym dostawcą jest W-Rzyć-Kopany Plus, więc pomimo chęci, które bardzo doceniam, nie mógłbyś pomóc. Niestety, choć mieszkam w mieście, dokładne miejsce, w którym dawno temu Germanowie postawili mój dom, schowane jest skrzętnie wśród pagórków i otoczone drzewami o gęstych koronach, dlatego raz, że strach po zmroku wracać (przyjaciółkę, która do mnie szła, gonił jegomość ze spodniami opuszczonymi do kolan - czyżby Odyn z ostatniego odcinka Rewii IV? ;) ), a dwa: żadna Sieć nie dociera samoistnie, coby móc z niej skorzystać - w tym miejscu chciałabym uprzejmie podziękować Sąsiadowi zza strumienia, który lat temu dziesięć z hakiem, nie zezwolił na pociągnięcie łączy Sieciowych przez swoją zarośniętą chaszczami i nieużywaną od pokoleń łąkę. Bo nie.

v Korzystając, zawieszam odcinek:

Tony nie spieszył się specjalnie. Pomagały mu w tym procederze falujące chodniki, które przyprawiały go o mdłości. Nie lubił, kiedy było mu niedobrze, to oznaczało, że źle wymieszał składniki ostatniej porcji różnokolorowych proszków.
Zatrzymał się i oparł o znak drogowy. Chciał w spokoju przeszukać kieszenie podartych dżinsów. Niestety, wkrótce okazało się, że tym razem przegiął z darciem ich, bo z rozpędu pourywał też podszewki kieszeni.
- Fak – zaklął brzydko, nie pamiętając, gdzie nauczył się tego słowa.
Chodniki nadal falowały, przyprawiając go o kolejną falę mdłości. Rozejrzał się wokół i spostrzegł park, z którym kojarzyło mu się tyle dobrych rzeczy. Ucieczki z lekcji, włóczenie się z kumplami, uciekanie przed krwiożerczą wiewiórką…
Co dziwne, park był ostoją spokoju i bezruchu, otoczony wzburzonymi potworami falujących chodników. Z wielkim trudem, przemagając się, puścił znak – maszt, który dotychczas powstrzymywał szalejący żywioł przed sprzątnięciem go z nóg. Po kilku turbulencjach udało mu się dotrzeć do parku. Usiadł przy drzewie, choć o tej porze nikt nie zajmował ławek.
- Gdzie to ja miałem iść…? – zapytał sam siebie, tocząc błędnym wzrokiem wokół.
Na szczęście nie dostrzegł wiewiórki, przyglądającej mu się z gałęzi po przeciwnej stronie ścieżki. Wolała zachować ostrożność, a że była wiewiórką bojową*, czujność ceniła sobie ponad wszystko.
Tony ziewnął i mlasnął. Kiedy ponownie otworzył oczy, zauważył coś dziwnego. Dwa rzuty mokrym beretem** od drzewa, przy którym siedział, płonęło ognisko. Wokół ogniska tańczył czarno odziany młodzian, urywki jego pieśni docierały do uszu Tony’ego:
- Hej-ho! Podaj szluga!
Hej-ho! Koryto wznieśmy!
Niech ogień, co nas leczy
Rychło nas wyleczył!

Tony, nawet będąc w stanie średnio zaawansowanej nieważkości, pozwolił sobie wyrazić zdziwienie, unosząc brwi i ubolewanie, krzywiąc twarz. Dźwignął się na nogi i ruszył w tamtym kierunku. Nieumiejętność składania rymów i brak jakichkolwiek talentów wokalnych odrażał go, jednak pieśń traktowała o szlugach, a on chętnie by sobie coś zakopcił. Obojętnie co.
Czarno odziany młodzian o skłonnościach szamańskich z radością powitał kompana. Tony, niewiele myśląc, podchwyciwszy fałszywą melodię, dołączył do niego, tańcząc i podrygując w rytm płonących polan.
Pół godziny później siedzieli przy dogasającym ognisku, sącząc średniej jakości trunek i paląc byle jak skręconego papierosa, nadzianego suchymi liśćmi i fragmentami poszycia.
- Tajemna moc, rozumiesz? – bełkotał Szaman. – Moc wyryta w trzewiach od pokoleń!
- Masz coś więcej, ziom? – zagadnął Tony, pociągnąwszy nosem i za nic mając mamrotanie szaleńca o mocy i trzewiach.
Jeśli miał wybór, wolał nie zagłębiać się w wygląd czyichkolwiek trzewi, nawet jeśli coś zostało w nich wyryte. Dopóki nie były to różnokolorowe proszki, nie interesowało go to.
- Poczuj ją! – krzyknął zaaferowany Szaman. – Poczuj moc w sile liści, które wirują wokół nas!
- Jesteś walnięty – skwitował Tony. – Wiesz może, która godzina?

*W dzieciństwie widziała wiele odcinków „Brygady RR”.
**No, zależy, kto rzucał. Jeśli on, to osiem.

- Tutaj mieszkasz? – Odyn wytrzeszczył oko. – Serio?
- Jeszcze jedno słowo, a sam będziesz sobie wygrzebywał z du… - Wiedźma przerwała na moment – z pośladka te drzazgi.
Rzuciła krótkie zaklęcie i drzwi domku na drzewie stanęły otworem. Zła Wiedźma wytrwale usuwała z niego pamiątki po poprzednich mieszkańcach – bandzie usmarkanych bachorów, które znosiły tam miliony nieużytecznych bambetli, takich jak pluszowe misie i kawałki lalek. Poza tym, kiedy już wyrzuciło się wszystkie te różowe elementy wystroju i zastąpiło je elementami o innym zabarwieniu, na przykład czarnym, było tam całkiem przytulnie.
- Ściągaj portki i kładź się na tym stole. – Wskazała podłużną ławę, stojącą pośrodku izby.
Odyn uniósł jedną brew.
- Tak od razu? Może najpierw napilibyśmy się żmijówki? – zaproponował.
- Jestem zmęczona, chcę to już mieć za sobą.
Gromowładny westchnął, spuścił spodnie i ułożył się na ławie, odpaliwszy wcześniej fajkę, świeżo nabitą tytoniem Wesoły Żeglarz – o wiele bardziej smolistym, niż hobbickie fajkowe ziele, które uwielbiał, dopóki nie odkrył tego drugiego.
Coś brzęknęło i stuknęło, rozbłysło światło.
- Fak – zaklęła brzydko Zła Wiedźma.
- Co jest? – Odyn wykonał skomplikowany skręt szyją, który sprawił, że coś mu boleśnie przeskoczyło.
- Wygląda na to, że musimy zaczekać z oględzinami stanu twego cennego zadka – wyjaśniła.
- Drzazgi nigdzie się nie wybierają beze mnie, więc to żaden kłopot, ale co się stało?
- Gówno uderzyło w wentylator – brzmiała zwięzła odpowiedź, poczym Wiedźma wskazała migający kolorowo i jaskrawo wizjer, błyszczący między obrazkiem, przedstawiającym uśmiechniętego wbrew wszelkim obyczajom kota z dzwoneczkiem przy obroży a mapą Mordoru.
Odyn przez chwilę wpatrywał się w majaczące niewyraźnie sylwetki dwu młodych ludzi, podających sobie papierosa i butelkę średniej jakości alkoholu, poczym zaklął tak samo brzydko, jak wcześniej Zła Wiedźma.
- Czyli jednak najwyższa pora – powiedział, kręcąc głową.

Czy magiczna lutnia trafi do orkiestry?
Jaki Plan ma Tańczący?
Kto rozdaje karty - on czy Prześliczna Wiolonczelistka?
Czy Odyn przeżyje?
Czy doczekamy się owocu związku Diwy Deotymy i Miecia?
Jaki udział w historii ma Tony?
Kim jest Szaman?
Czy współpraca Wiedźmy i Odyna może prowadzić do czegoś sensownego?

DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!
"And you? What's your story, bastard?"
"Ask me nicely and maybe I'll tell you."
Avatar użytkownika
ratharienn żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1300
Lokalizacja: Jelenia Góra/Wrocław (Mroki)
Reputacja: 917

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Eoren » 10 lut 2012, o 16:34

^ Dzień dobry - że tak sobie pozwolę zażartowac. Po pierwsze chciałam wyrazic moją Dozgonną Wdzięcznośc dla Marka. To może wyrażę o tak: dziękujędziękujędziękuję!!!!!
> Po drugie: chciałam zaznaczyc, że jakkolwiek nie podważam w żaden sposób mojej przebrzydłości to nieśmiało spróbuję przypomniec, że: MIAŁAM SESJĘ! I to prawdopodobnie nie pomylę się jeżeli stwierdzę, że najgorszą w moim marnym życiu. I (tak, jeszcze jedno "i") zdałam ją w pierwszym terminie. Więc teraz mam ferie. Dużo ferii. I będę kontynuowac pracę. Chociaż, za przeproszeniem, nie wiem w co ręce włożyc? Pisac odcinek? Kontynuowac przerabianie czwórki na PDFa*? Jedno i drugie?
v Pomóżcie...

*Tak, zaczęłam to robic.
THERE IS NO JUSTICE. THERE IS JUST ME.
"Outside of a dog, a book is man's best friend. Inside a dog, it's too dark to read."
Avatar użytkownika
Eoren żeńska
Bibliotekarz
 
Posty: 1641
Lokalizacja: Nałęczów...KRK
Reputacja: 332

Re: inna gierka oraz Rewia NUTTER

Postprzez Eoren » 10 lut 2012, o 17:50

^ A co tam. Przeczytałam i rzutem na taśmę sprokurowałam krótki odcinek.

> Stała na progu. Na pożegnanie pocałował ją w policzek i puścił do niej oko nim wprawnym gestem nasunął na nos przeciwsłoneczne okulary i przeczesał dłonią swoje związane w kucyk włosy. Całkiem ładne włosy, trzeba przyznac. Gęste, jasne i kręcone. Tylko chwilami, kiedy naprawdę się zapominał* pojawiała się na nich bijąca po oczach skaza czarno-białego pasemka. Uśmiechnął się szelmowsko i puścił jej dłoń, którą jeszcze przed chwilą ściskał kurczowo.
- Nie martw się, kochanie. Wrócę zanim się obejrzysz.
- Obiecujesz?
- A czy ja cię kiedyś okłamałem? - zapytał retorycznie.
W chwilę później, Loki, znany też wśród przyjaciół jako Mistrz Kłamstwa i Bóg Oszustów korzystając ze swoich niespotykanych umiejętności kierowania siłą woli mknął przed siebie na harley'u przeliczając jednocześnie pokaźną zawartośc portfela męża owej łatwowiernej, choc trzeba przyznac, że całkiem ładnej istoty. To mu się podobało. Banknoty były przyjemne i ciepłe w dotyku, a ich zapach nie mógł się z niczym równac. Nie rozumiał jaki sens miała jego wielusetletnia egzystencja dopóki nie poznał tego - zapachu używanych pieniędzy. Schował portfel do kieszeni kurtki i oparł dłonie na kierownicy. Już nie mógł doczekac się kiedy zatrzyma się na pierwszej stacji benzynowej. Tak - to dopiero była władza. Świat bez magii? Nie można miec nic przeciwko temu gdy jest się tak utalentowanym.

*Aczkolwiek te chwile zdarzały mu się coraz rzadziej.

Była zima. To konieczne dla narracji, bo zima jest wymaganym tłem dla historii takich jak ta. Była też noc - to zrozumiałe. Niewyraźna postac brnęła przez śnieżne zaspy. Nie zdziwi nikogo jeśli dodam, iż odziana była w ciemny płaszcz z kapturem, który skutecznie maskował jej, czy też może jego, prawdziwą tożsamośc. Nie jest to może zbyt dokładne stwierdzenie, bo ubiór ten zdziwił jednego czy drugiego kierowcę TIRa gdy jadąc przed siebie w śnieżną noc omiótł światłami swego wehikułu tą dziwną postac. Ale kierowcy TIRów nie są główną grupą odbiorców tajemniczych opowieści i jako takich można ich zaniedbac. A na dodatek bardzo rzadko mają wyczucie klimatu... Ale powrócmy do naszej postaci. Otóż brnęła ona pod wiatr i przez śnieg ściskając w rękach i chroniąc pod płaszczem - coś. Co - tego nawet najbardziej znudzony kierowca TIRa nie zdołał dostrzec.

Nikt nie wiedział także czy miała ona cokolwiek wspólnego z faktem, że sprzątająca w oddalonym o pięc kilometrów sierocińcu siostra Wilhelma, dokładnie o północy usłyszała pukanie do drzwi a gdy otworzyła je ujrzała na progu przykryty kocykiem koszyk. Westchnęła.
- Kolejny koszykarz! - krzyknęła w głąb budynku wykorzystując całe możliwości swoich pokaźnych płuc.
Schyliła się i odsunęła kocyk.
Umiejętności jej płuc zostały wykorzystane po raz kolejny, tym razem w sposób zdecydowanie mniej zwerbalizowany. Siostra Wilhelma była kobietą o nerwach mocnych jak takielunek średniej wielkości żaglowca jednak uczciwie trzeba przyznac, że nawet koszykarze rzadko mieli aż tyle futra... Chociaż po chwili, gdy zdołała się już uspokoic, doszła do wniosku, że ten akurat całkiem uroczo wygląda poruszając tak wąsikami.

v Czy magiczna lutnia trafi do orkiestry?
Jaki Plan ma Tańczący?
Kto rozdaje karty - on czy Prześliczna Wiolonczelistka?
Czy Odyn przeżyje?
Czy doczekamy się owocu związku Diwy Deotymy i Miecia?
Jaki udział w historii ma Tony?
Kim jest Szaman?
Czy współpraca Wiedźmy i Odyna może prowadzić do czegoś sensownego?
Co knuje Loki?
I czy sam to wie?
Kim jest znaleziony na progu "koszykarz"?

DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!
THERE IS NO JUSTICE. THERE IS JUST ME.
"Outside of a dog, a book is man's best friend. Inside a dog, it's too dark to read."
Avatar użytkownika
Eoren żeńska
Bibliotekarz
 
Posty: 1641
Lokalizacja: Nałęczów...KRK
Reputacja: 332

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Gry forumowe

Glenda nigdy nie zwracała uwagi na stronę z ogłoszeniami, ponieważ zamieszczali je tam ludzie, którzy chcieli jej pieniędzy.

Niewidoczni Akademicy, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników